Qi Gong against Astma – Konfrontacja

Nieczęsto się chwalę tym, że od dzieciństwa chorowałem na astmę, bo i chwalić się nie ma czym. Było różnie – raczej ciężej niż lżej, ale dziwnym trafem objawy choroby zaczęły słabnąć w chwili, kiedy zabrałem się za trening. Po latach problemy zanikły niemal zupełnie. Czuję się tu w obowiązku zaznaczyć jednak, że nadal jestem pod

Nudy na pudy

Bo ile można pisać, że w Białymstoku dobrze mi się ćwiczy albo że Rafał robi dobre treningi? Pisałem już też, że dojazd do perły ściany wschodniej (nie mylić z lubelską perłą) jest już tak fajny, że można się tam wyrwać nawet dosłownie na chwilę. Wspominałem również o babce ziemniaczane i o tym, jak to w

Ćwiczący wśród smogu…

Kraków. W poprzednią sobotę wyruszyłem sobie na południe kraju. Warunki drogowe niestety kiepskie, więc miałem okazję zobaczyć po drodze kilka rozbitych samochodów. Jednak udało się i już w południe jadłem sobie wegetariańskiego indiburgera w galerii nieopodal dworca Głównego. Nawet dobry był, od czasu do czasu można wtrząchnąć coś bez mięsa. Powody podróży miałem dwa. Po

KO i pół Karwowskiego

Dostałem ostatnio powiadomienie o piątej rocznicy prowadzenia tego bloga. Nie tam, żeby od razu jakieś gratulacje, po prostu znalazłem na mailu fakturę z dopisanym terminem zapłaty, a proste obliczenia, do których wystarczyły mi palce jednej ręki, pozwoliły stwierdzić, że to już. Jednocześnie, wykonując przy pomocy trzech pozostałych kończyn, niewielką pracę umysłową, wyliczyłem, że stuknęło mi

Zoppot wieczorową porą

Pisałem poprzednio, że miałem możliwość pojechać do Trójmiasta na rocznicowe seminarium z okazji dwudziestolecia tamtejszej szkoły YMAA. Tak też uczyniłem. Seminarium z Robertem, Rafałem i Arkiem rekompensowało mi kilkugodzinną podróż. Dobrze, że chociaż jako towarzysza miałem Arka — chłopak jest wdzięcznym rozmówcą. Furda tam brak świateł, dobrze, że przynajmniej mieliśmy hamulce… moralne. Pierwszy dzień treningowy

Konkurs świąteczny

W ramach życzeń noworoczno-świątecznych konkurs z nagrodami. Właściwie z nagrodą, bo mam tylko jedną. Wygrać można płytę DVD z filmem instruktażowym o walce dziadowskim biczem (Andrzeja „Koonia”  Jasztala – tu o tym pisałem) Zwycięża najdowcipniejszy komentarz (w komisji siedzę ja, kot Filetosław, oraz karp Anastazy). Siłą rzeczy, konkurs musimy zakończyć przed Wigilią, z powodu planowanej

Jubileusz

Po trosze oficjalnie. Otóż pewnego dnia zadzwonił do mnie Arkadiusz władca Białegostoku, znany mi od lat instruktor z YMAA-owski, i informuje mnie, że będzie chwilę bawił w Warszawie, a potem jedzie do Trójmiasta. Jeśli chcę, to mogę się  z nim zabrać. Do Rafała? Poćwiczyć? No jak nie jak tak… Oczywiście, że jadę. Dopiero po kilku dniach

Pogadalim my se…

Od czasu, kiedy pewnego sobotniego poranka, spotkałem w warszawskich Łazienkach niewielką grupę praktykującą sikhijskie sztuki walki, otrzymuję przez Internet informacje o ich działalności. Często zawierały one zaproszenie na coś, co się nazywa „Pantra”. Poszukiwania w Internecie początkowo dały zaskakujący efekt. Pantra przyjmowała wiele różnych twarzy, raz był to środek do mycia wanien, raz dobrze wyposażona

Na grzędzie…

Nadrobiłem zaległości… Takie treningowo-towarzyskie. Mam ich trochę, ale czasu zawsze za mało, by być na bieżąco. Do brzegu jednak, do brzegu, im szybciej opiszę, co miałem do nadrobienia, tym szybciej dojdziemy do jakichś konkluzji. W czasie kiedy ja szalałem po tajwańskich świątyniach, w Warszawie Janek Gliński wraz z działaczami Fundacji Dantian przygotowywali swoją stałą siedzibę

Orka

Obserwując ćwiczących Tajwańczyków, zauważyłem, że często wybierają sobie jedno ćwiczenie i powtarzają je w kółko przez długi czas. Spacerując po parku Dean, widziałem kobietę, która z zapałem maszerowała w miejscu. Ćwiczyła szybko, wysoko unosząc kolano i przeciwległą rękę. Oczywiście mogła tylko czekać, aż zniknę za bambusowym gaikiem i ćwiczyć zaawansowane techniki Bagua, ale to mało

Dziady

Z okazji setnej rocznicy odzyskania niepodległości, odwołano nam treningi Chuo Jiao Fanzi. Szkoła, w której wynajmujemy salę, zorganizowała dla dzieciaków wielką imprę. Musieliśmy wprowadzić w życie plan B, czyli chwilowy powrót na Pole Mokotowskie. Listopad tego roku, na szczęście, charakteryzuję się typowo wrześniową pogodą. Można było, zatem spokojnie poćwiczyć — jak za starych dobrych czasów,

Tai Chi o smaku kimchi

Kimchi — czyli coś na kształt kiszonej kapusty, często o lekko pikantnym posmaku. W odróżnieniu od naszej kapuchy, robi się ją na bazie kapusty pekińskiej. Ogólnie to azjatycki patent, jednak najczęściej bywa łączona z Koreą. Co to ma wspólnego z Tai Chi? Wyjdzie w toku. W poprzednią sobotę wybrałem się na spotkanie zorganizowane przez Grzegorza

Azja trawel – jak oni ćwiczą…

Zazwyczaj, jeśli gdzieś pojadę i niekoniecznie musi być to wyjazd treningowy, to bacznie przyglądam się temu, jak oni ćwiczą. Staram się wypatrywać biegających, machających odnóżami lub jakimkolwiek sprzętem, a także tych, co to medytują, spacerują albo jeżdżą. Ogólnie robią cokolwiek, byleby tylko poruszyć swe, bez różnicy czy fizyczne, czy astralne ciało. W zasadzie na Tajwan

Gorączka sobotniej nocy

Dzisiejszy tytuł to analogia do filmu, w którym główny bohater czekał cały tydzień, by móc w sobotę zaszaleć na parkiecie. Ja mam łatwiej. Nie muszę tylko czekać na weekend, spokojnie mogę się realizować na sali, w czasie treningów. Jednak w sobotę mogę porobić rzeczy inne — można powiedzieć – powykazywać się prywatnie. I tym razem

Azja trawel – KO chadza własnymi ścieżkami

To będzie o tym, jak to opłaca się czasami zbaczać z utartych ścieżek. Rzecz się dzieje w Tajnanie, najstarszym mieście Tajwanu. Podobieństwo w nazwach jest jak najbardziej uzasadnione. Tajwan dzieli się na górny, środkowy i dolny. I stąd nazwy trzech stolic: Tajpej, Tajchoung i Tajnan. Tajnan to jest to miejsce, w którym Portugalczycy dogadali się

Azja trawel – KO spotyka prawdziwego mistrza

Od początku prowadzenia tego, pożal się Panie bloga, nie robiłem jeszcze tak długiej przerwy we wpisach. Nie zrobiłem tego dlatego, że mi się znudziło (choć to pisanie proste nie jest), ani że nic się nie działo (bo działo się chwilami aż za dużo). Po prostu nie miałem dostępu do kompa i w zasadzie do netu

Wypijmy za błędy…

Z punktu widzenia osoby totalnie początkującej, takiego widza z poziomu parkowego trawnika to, co ćwiczymy jest proste. Ot, bujamy się w tę i wewtę, leniwie poruszając przy tym rękami. Ja to znam, nadal mam takie fazy, że kiedy widzę jakąś demonstrację ćwiczenia, mówię sobie: „luzik – proste, za 30 min. będę mógł prowadzić o tym

Jak to dwóch facetów sobie w krzakach pokazywało…

Niedzielny poranek. Pognało mnie do Królewskich Łazienek, gdzie nauczyłem się czegoś ciekawego o tym jak to „Podnoszenie igły z dna morza” w Lao Jia ma więcej wspólnego z „Naciskaniem dłonią” ze stylu Hao, niż z „Wyciąganie igły z dna morza” uczonego z przekazu mistrza Yanga. Może jednak to różnica w znaczeniu pomiędzy słowami „podnoszenie”, a

Boiska dla wszystkich, dyplomy dla KO

Jednak można, czyli jeszcze jedno znalezione przeze mnie Adasię… Pokrótce – było to tak. Jesień tego roku mamy zarąbistą. Jeszcze gdyby słoneczko raczyło zachodzić dwie godzinki później, byłoby miodzio. To ostatnie, niestety, niemożliwe. Jak to powiedział klasyk (czyli jakiś tam -teles): – Praw natury pan nie zmienisz, nie bądź pan rura i nie pękaj. Tego

Gość w dom, woda do rosołu…

Takie oto żartobliwe powiedzonko kiedyś słyszałem, choć np. moja babcia nigdy rozwodnionego rosołu by nie podała. Za to kluseczki własnej roboty – to już jak najbardziej. Pamiętam je do tej pory. Zawsze, kiedy tylko miałem okazję, obserwowałem jak kroi pasy ciasta, przesuwając nóż po precyzyjnie złożonych paznokciach. Magia :). Dlaczego o tym wspominam w blogu

Gong Fu Rap

Kumpel podesłał mi maila z linkiem, z prośbą bym koniecznie sprawdził i dał znać co myślę. Świat zrobił się tak szybki, że wystarczy teraz chwila i jedno kliknięcie, by móc samemu wyrobić sobie opinie na wiele tematów. W linku znalazłem muzykę. To chyba pierwszy polski utwór o tematyce Kung Fu\Wu Shu. Na dokładkę jest to

Wiem co jem? – Gaumardżos

Ostatnio ktoś mi zarzucił… „coraz mniej piszesz o Tai Chi”. Może i tak? Bo w zasadzie, co tu pisać? Ćwiczę i tak naprawdę niewiele się zmienia. W moim treningowym życiu nie ma jakichś objawień, błysków wiedzy. Mam nadzieję, że jest to praktyka małych kroczków. Bardziej pełzanie niż skakanie. Nie piszę też z innych powodów. Jakoś

W siną dal…

Tai Chi zwane jest długim boksem. Kiedyś, po przeczytaniu kliku internetowych artykułów, nabrałem przekonania, że ten długi boks to jakaś odmienna forma. Na szczęście mistrz Yang Jwing Ming wyjaśnił mi to w czasie sesji pytań i odpowiedzi. W skrócie – Żółta Rzeka, to wielka rzeka będąca symbolem Chin. To długa rzeka (5464 km) – ma

Kettle w służbie narodu…

Tyle się mówi o tym, że trening ma niewielki sens. Mogą mówić co chcą, ja mam dowody na to, że to nie prawda. Wracając po pracy, mijam stoisko z owocami. Mijam je, bo owoce mają tam bardzo drogie. Liczą zapewne na to, że ludzie, biegnąc do metra, zrobią szybkie zakupy, nie zastanawiając się nad tym, czy wydadzą 2-3

Tai Chi GO i koszerne fotki

Pomimo, że nie pochwalam wakacji treningowych, to muszę przyznać, że mój czas treningu jest jakoś podzielony na sezony. Sezon treningowy i część wakacyjna. Różnica jest taka, że w wakacje więcej treningów zależy od mojej własnej inwencji, bo w pozostałym czasie terminarz mam zapełniony regularnymi zajęciami. W poniedziałek, pomimo tego, że są jeszcze wakacje już powoli