Antoine Ly (1946-2026)

Niestety, mam do przekazania bardzo smutne wieści. Zmarł mistrz Antoine Ly. Jeśli ktoś z was nie wie, kim był, warto przypomnieć, że to wieloletni nauczyciel Janka Glińskiego. Żeby się nie rozpisywać, najlepiej oddadzą to słowa Janka, które pojawiły się dziś w Internecie.

Mistrz Antoine Ly (1946 – 2026)

Z głębokim smutkiem dzielę się wiadomością o nagłym odejściu Mistrza Antoine Ly (Li Chuan Zheng), na krótko przed jego 80. urodzinami. Pożegnaliśmy go wczoraj w podparyskim Champigny-sur-Marne, gdzie mieszkał od dziesięcioleci.

Dla wielu był wybitnym nauczycielem Starego Stylu Yang Taiji, dla niektórych przewodnikiem na ścieżce pracy z ciałem i energią. Dla mnie przez blisko trzy dekady był kimś znacznie więcej: Mistrzem, ale też człowiekiem, z którym dzieliłem głębokie wartości i rozumienie świata.

Urodzony w 1946 roku w Phnom Penh w Kambodży, w tradycyjnej chińskiej rodzinie, od najmłodszych lat wzrastał w środowisku przenikniętym kulturą i duchowością. Jego edukacja obejmowała wiele języków i tradycji, a także studia klasycznej literatury chińskiej. Rozpoczęte w 1970 roku studia na Tajwanie zostały przerwane przez dramatyczne wydarzenia związane z rządami Czerwonych Khmerów, które rozproszyły jego rodzinę po świecie. To właśnie na Tajwanie, w 1972 roku, rozpoczął praktykę taiji pod kierunkiem Mistrza Deng Shihai. Relacja mistrz–uczeń pozostała fundamentem jego życia. Przez ponad pięćdziesiąt lat Mistrz Ly poświęcił się bez reszty praktyce, badaniu i nauczaniu klasycznego Taiji. Jego przekaz był wyjątkowy – łączył precyzję ruchu z głębokim zrozumieniem filozofii. Uczył nie tylko formy, ale sposobu bycia.

Ostatnia książka Mistrza Ly, „Taijiquan i Taoizm”, przypomina słowa jego nauczyciela: „Taijiquan to poznanie filozofii taoistycznej poprzez ciało”. Tak właśnie nauczał – poprzez ciało, poprzez doświadczenie i poprzez obecność. Pozostaje we mnie głęboka wdzięczność – za czas, za cierpliwość i za przekaz, który wykracza daleko poza formy.

Jego droga trwa dalej – w ciałach i sercach tych, których uczył.

RIP, Ly Laoshi.
Jan Gliński

Dla mnie mistrz Ly nie był bytem wirtualnym, miałem okazję go spotkać i to nie raz. Pierwszy raz w Paryżu, potem już w Polsce. Pomimo tego, że nie kontynuowałem praktyki jego przekazu, zawsze byłem pod wrażeniem jego wiedzy i dokładności. Niepozorny swą posturą prezentował nienaganną technikę i niemalże purystyczne przywiązanie do zasad swojego stylu.

Pamiętam, jak w czasie naszego drugiego spotkania, na warsztatach w Garwolinie, zwrócił uwagę, że przypinki przedstawiające postać ćwiczącą sekwencję „wąż pełzający w trawie”, zawierają jakieś błędy. Przypinki przygotowały bodajże Kahuna z Marzenką. Mistrz Ly dał się sfotografować w poprawnej pozycji i przykazał poprawić projekt. Tak, był dokładny do bólu. Tak bardzo, że słyszałem (nie powiem od kogo), że czasami ludzie prosili niebiosa, by już niczego więcej nie zauważył.

Był to człowiek oddany praktykowaniu i uczeniu Tai Chi. Tak mocno, że nawet Janek, który już wielu swoim zaangażowaniem zawstydził, musiałby się mocniej przyłożyć do pracy by móc być jego naśladowcą. Pozostawił po sobie książki i filmy, a co najważniejsze – wielu ludzi, którzy poniosą tę praktykę dalej.

Dla Janka i wszystkich związanych z tym przekazem: Moje kondolencje. To duża, niepowetowana strata. Teraz już wszystko będzie inne. Do was jednak należy praktykować, tak jakby żył nadal.

A jeśli mi wolno, to ja go zapamiętam tak

Sulisław 2018 – wieczorne podsumowanie treningowego dnia

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz