Będzie dużo materiału do opisywania, bo działo się ostatnio, działo. A że w hotelu nie było jak porządnie usiąść do kompa, to w łeb wzięły plany pisania w miarę na bieżąco. Zresztą później okazało się, że ja do tego głowy ani (muszę się przyznać) serca nie miałem. Zacznę więc nadganiać czas. Podróż – etap pierwszy.
Singapur. To miasto-państwo znałem do tej pory z beletrystyki o czasach drugiej wojny światowej. Najbardziej zapadła mi w pamięć powieść Bohdana Arcta „Cena życia”. Ta książka o angielskich lotnikach pokazuje twierdzę Singapur jako niewielkie kolonialne miasteczko skryte w dżungli. Kiedy wylądowaliśmy z Danusią na lotnisku Changi (gdzie podziwialiśmy największy na świecie wodospad pod dachem), nie mogłem znaleźć ani śladu tamtejszej atmosfery. Singapur to nowoczesne, dobrze skomunikowane miasto. Bez większych problemów znaleźliśmy hotel i zaplanowaliśmy zwiedzanie.

Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku – to słynny cytat z „Podróży na Zachód”. Moja podróż startowała właśnie w Singapurze. Oczywiście jednym z podstawowych celów wyprawy był trening sztuk walki, ale o tym w następnych odcinkach. Nie szukałem tu nauczycieli – bardziej chcieliśmy poszwendać się po różnorakich świątyniach, spróbować lokalnych specjałów i ogólnie „posmakować Orientu”. Na temat świątyń zrobię oddzielny cykl, więc na razie to zostawimy. Na początek opiszę trochę rzeczy treningowych.
Miasto przyjazne emerytowi
Jedną z wielu rzeczy, których mi brak w Warszawie, są ogólnodostępne zadaszenia do ćwiczeń. Ćwicząc latami w ogólnie pojętym outdoorze, odwoływaliśmy treningi lub je przerywaliśmy, bo pogoda… Takie na przykład Pole Mokotowskie to wspaniała miejscówka, ale kiedy leje, musisz zwinąć mandżur i koniec balu. Nieliczne miejscówki, które posiadają jakiekolwiek zadaszenia, są często wykorzystywane jako publiczne toalety, co niekorzystnie wpływa na komfort ćwiczenia… Śmierdzi po po prostu i żadne miętówki tu nie pomogą.
W Singapurze jest inaczej – nowsze osiedla są budowane tak, aby znalazła się tam zadaszona przestrzeń publiczna. Czytałem o tym przed wyjazdem, ale nie myślałem, że to się dzieje na taką skalę. Najczęściej taki wysoki wieżowiec mieszkalny na parterze (u nich to się nazywa ground), pomiędzy słupami podtrzymującymi budynek, ma wydzieloną przestrzeń do spotkań i ćwiczeń. Automatyczna Inteligencja wręcz mi zalecała szukanie tam jakichś mniejszych grup ćwiczących Tai Chi. Rozglądałem się bacznie, ale poza prostymi zajęciami dla seniorów nic specjalnego nie widziałem.


ćwiczenia dla seniorów
Takie zajęcia odbywają się rano i są organizowane przez specjalną jednostkę rządową tego miasta-państwa, zajmującą się aktywizacją osób starszych. Dlaczego tylko rano? Bo uprawianie jakiejkolwiek aktywności ruchowej w tej temperaturze i wilgotności w późniejszych godzinach byłoby samobójstwem. No, chyba że rząd chciałby się pozbyć emerytów. Z ciekawości poszedłem na jedno takie spotkanie. Siedziało tam może około trzydziestu osób, w części zupełnie niezainteresowanych zajęciami (zupełnie jak u nas), prowadzonymi przez młodego, atletycznie zbudowanego gościa. Zajęcia ograniczały się do bardzo prostych ćwiczeń, np. wspinanie się na palce stóp i zatrzymanie opadania. A pomimo tego ćwiczyło zaledwie kilka osób, a reszta była zajęta ploteczkami.
O dziwo, prowadzący nie pozwolił mi zrobić praktycznie żadnych zdjęć, zasłaniając się prawami autorskimi programu należącego do władz miasta. Jedyne zdjęcie, na jakie wyraził zgodę, dotyczyło ekranu wyświetlanego z rzutnika, a i tu zastrzegł, że muszę wyblurować informacje o autorze programu. Wtedy jeszcze pomyślałem, że to takie wymysły nadgorliwego służbisty, ale… sami zobaczycie.


Drugi Tempelhof w moim życiu
Pierwszy Tempelhof to oczywiście ten berliński. Czasami władze miasta potrafią obronić jakiś kawałek przestrzeni przed deweloperką. Oczywiście, kiedy byłem w Berlinie, nie mogłem sobie odpuścić, by nie poćwiczyć choć chwilę w miejscu, gdzie jeszcze niedawno można było się dostać tylko w jeden sposób – porywając samolot An-24. I jakaż była moja radość, kiedy przeglądając na Google Maps okolicę hotelu, odkryłem park będący pozostałością po zamkniętym w 1955 roku lotnisku Kallang.
Port lotniczy w Kallang powstał w 1937 roku i miał bardzo nietypową konstrukcję. Samo lotnisko to było okrągłe pole wzlotów, pozwalające zawsze ustawić się samolotowi pod wiatr. Obecnie na polu wzlotów powstał gigantyczny stadion, zachowując charakterystyczny, kolisty kształt w tej części miasta. Niestety sam budynek portu lotniczego jest zamknięty, a ja nie bardzo miałem czas na uprawianie urbexu.

Ostatnim elementem ocalałym z portu lotniczego są pozostałości bramy wjazdowej oraz jakiś klimatyczny murek nieopodal. Murek, lekko uszkodzony i obrośnięty rozbujałą roślinnością, przypominał swoim klimatem ruiny zagubionych w dżungli świątyń. Może i fajnie byłoby zrobić tam sobie jakąś sesję zdjęciową, ale… UUUUUPAŁ! A chciałem poćwiczyć trochę dłużej.


Park Kallang jest dość gęsto porośnięty regularnie posadzonymi drzewami, a ich stykające się korony tworzyły złudny cień. Niestety poprzedniej nocy mocno lało – ziemia była mokra i elastyczna. Każda próba obrotu pozostawiała brzydką wyrwę w trawie. Na szczęście po drugiej stronie rzeki Kallang, przepływającej obok terenu lotniska, była druga część parku, a tam zauważyłem kilka niewielkich parkowych budowli. Zadaszenia, altanki i pergole, a to wszystko porośnięte gęstą roślinnością. Bardzo brakuje mi w naszych parkach takich miejscówek. Ileż to razy treningi nie dochodziły do skutku z powodu braku najmniejszej ochrony przed deszczem? I żeby jeszcze nie były zasikane.
parki Singapuru
Kilkanaście minut później już ćwiczę sobie pod wielką pergolą, porośniętą gęstą roślinnością tworzącą jej dach oraz szczątkowe ściany. Po gałęziach pomykają gekony. W cieniu lepiej, choć pomimo poranka po kilku minutach ćwiczeń koszulka jest już mokra. Razem ze mną miejscówkę wykorzystują jeszcze dwie osoby. Jeden pan na wózku inwalidzkim wykonuje proste rozciągania. Po chwili wstaje z wózka (czy to dowód na magiczne możliwości treningu?) i spokojnie rozciąga nogi. Na koniec siada z powrotem na wózek i odjeżdża w siną dal, mrucząc delikatnie elektrycznym silnikiem swojego bolidu.

Ten drugi jest bardziej interesujący. Widać, że jego trening jest bardziej systemowy. Są tam jakieś elementy ćwiczenia Pięciu Zwierząt i Ośmiu Kawałków Brokatu. Czasami zerkałem, ale nie przyjechałem tu podglądać każdego ćwiczącego Chińczyka. Facet robił jednak atmosferę, z której skwapliwie korzystałem. Mój przypadkowy towarzysz przećwiczył na koniec jakąś skróconą formę Tai Chi (myślę, że to był pekiński styl Wu), wymasował sobie punkty Yongquan i poszedł. Ja chwilę później też, bo skończyła mi się woda w termosie. Miałem ją co prawda całą na koszulce, ale przecież nie będę wyciskał…


Udałem się więc na przystanek naszej ulubionej linii autobusowej numer 100 i już kilka minut później byłem z powrotem w hotelu.
Nunchaku przytulanka
Tak sobie pomyślałem, że fajną pamiątką z wyjazdu byłby grot do włóczni. Trening z elastycznym kijem zakończonym grotem to jednak nieco wyższa jakość. Zaprzągłem do pracy AI. Dżepetto podał mi kilka lokalizacji i wskazał jedną jako najbliższą i ponoć najbardziej kultową. Samo odszukanie sklepu miało być przygodą samą w sobie.
No to pojechaliśmy. Faktycznie, znalezienie sklepu to zadanie godne jakiejś niewielkiej gry komputerowej. Tu adres swoje, a życie swoje. Trafiliśmy na niewielkie osiedle czteropiętrowych galeriowców, przeznaczonych na prowadzenie biznesów. Piętra wypełnione były magazynami, hurtowniami, partery zaś warsztatami i, oczywiście, knajpami. Odnalezienie właściwego miejsca było możliwe dopiero dzięki pomocy miłego właściciela salonu używanych fortepianów. W życiu nie widziałem tylu fortepianów w jednym miejscu.


Sklep Ting Fong Enterprise mieścił się na pierwszym piętrze, za metalowymi drzwiami. Spodziewałem się czegoś na kształt naszego sklepu Budo Sport, ale cóż – życie nie spełnia wszystkich naszych życzeń. Z atmosfery sklepu na Brackiej nie było… w zasadzie niczego. Najbardziej zawiódł mnie asortyment. Koszulki, buty, spodenki były. Rękawice wszelkiej maści też. Ale na pytanie o grot pan założył na twarz maseczkę i pokręcił przecząco głową. Prawdę mówiąc, więcej widziałem tam breloczków niż tradycyjnej broni treningowej. Nawet nunchaku wiszące na regale bardziej przypominało puchate, przytulankowe parówki niż sprzęt do sztuk walki. Przypomniałem sobie, że w Singapurze każdy przedmiot, który policja uzna za potencjalnie niebezpieczny, jest zabroniony. Możecie zapomnieć o ćwiczeniu z mieczem w parku czy okładaniu się kijami. W tym sklepie widać to było bardzo wyraźnie.
Nie dysponuję własnymi zdjęciami wnętrza sklepu, bo właściciel kategorycznie zabronił mi fotografowania. To był drugi taki przypadek – widocznie nie wzbudzam zaufania. Znalazłem kilka zdjęć w necie i z tych skorzystam.



Podziemna sala balowa
Turystycznym must have wyjazdu do Singapuru jest trójca, na którą składa się po pierwsze Merlion – czyli ryba z głową lwa, będąca symbolem miasta. Na drugim miejscu jest bardzo drogi hotel ze statkiem na dachu (Marina Bay Sands – znany z wielu łzawych filmów o życiu bogatych). I na koniec najlepsze, czyli Gardens by the Bay – przepiękny, nowoczesny park zbudowany na miejscu zasypanej zatoki (i tak była to mielizna, więc dużo się nie narobili). Ja tam nie lubię turystycznych punktów, ale muszę przyznać, że nie żałowaliśmy. Rybolwa odhaczyliśmy w pięć minut, hotel mieliśmy okazję zobaczyć z daleka i bliska (przyznam, że z bliska wieczorem wygląda imponująco), a ogrody w zatoce były tak wspaniałe, że wróciliśmy tam jeszcze wieczorem następnego dnia.

Ale to nie o tym. Żeby dostać się od Merliona do ogrodów, trzeba było przejść ponad stumetrowym tunelem. Właściwie nie tyle tunelem, ile szeroką salą wypełnioną z obydwu stron lustrami. „Ależ sala treningowa!” – pomyślałem, kiedy szliśmy tam pierwszy raz. Była tak szeroka, że pomimo tego, iż środkiem tuptał sobie spory tłumek, pod ścianami wieczorem odbywały się tam próby kilkunastu grup tanecznych. Fantazyjnie ubrane (w zdecydowanej większości) dziewczyny trenowały tam przed kamerkami swoich telefonów skomplikowane układy taneczne. Dobre warunki – jasno, szeroko, lustra, klima – i to wszystko za darmo.
podziemne Tai Chi
I tu postanowiłem zrobić sobie film reklamowy. Poprosiłem Danusię, żeby nagrywała, i zrobiłem spory kawałek formy. Kiedy skończyłem, zobaczyłem starszą panią, która wyraźnie w moją stronę pokazywała tak zwaną „okejkę”. Później, również na migi, zaproponowała mi wspólny trening. Pani wyraźnie nie znała angielskiego, a także pokazywała mi na uszy, sygnalizując, że nie słyszy. Najpierw zrobiliśmy kawałek formy Hao, a potem zaproponowała mi formę 24 Tai Chi (pokazała na palcach 24) i tu też zrobiliśmy duży fragment, dopóki nie pomyliłem ciężaru i nie wylądowałem na niewłaściwej nodze. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko napisać, że to chyba była pierwsza próba ćwiczenia formy 24 w moim życiu.

Pani miała fajne, długie pozycje i ładne, spokojne tempo ćwiczenia. Po kilku pamiątkowych fotkach pomachaliśmy sobie na do widzenia i każdy poszedł w swoją stronę. Naprawdę miłe spotkanie. Może faktycznie szkoda, że nie spróbowałem wymienić się z nią kontaktem na WeChat.

Następnego dnia czekał nas ciąg dalszy podróży… lecimy dalej, tym razem do celu podróży. Ale o tym w następnym odcinku.
1









Może Singapurska Syrena przybrała na chwilę postać starszej taiczystki, żeby potrenować z KO 😉
Cóż za poświęcenie… zupełnie niepotrzebne