Podróż życia – etap właściwy – z pewną dozą niepewności

Kończył się singapurski etap podróży. Etap niedocelowy, ot po prostu – jak już człek leci ponad 9000 kilometrów ściśnięty w samolocie niczym szwedzkie kiszone śledzie w puszce, to grzechem byłoby nie pozwiedzać. I nie żałuję: Meczet Sułtana, Świątynia Zęba Buddy (o tym jeszcze będzie) i oczywiście lokalne jedzenie, przyroda i tym podobne. Nawet tak turystyczne miejsce jak Gardens by the Bay ze swoimi sztucznymi drzewami wyciętymi niczym z filmu „Avatar” jest czymś, czego absolutnie nie żałuję.

Ale czas było zjeść ostatnie śniadanie na targu, ostatnią roti pratę u „Alladyna” i wypić ostatnią Kopi-C (oczywiście w Singapurze, bo to przecież było tylko preludium) i z bagażami podreptać na lotnisko. Na szczęście Singapur ma cudownie prostą do ogarnięcia komunikację miejską. Już czterdzieści pięć minut później siedzieliśmy na jednym z najpiękniejszych lotnisk świata (według różnych influencerów). A mnie w głowie coraz częściej brzmiał przebój z „Killera”, czyli „Co ja robię tu, co ja tutaj robię”… ale po kolei.

Geneza

Wiele lat temu trafiłem na YT na film przedstawiający mistrza Huang Sheng Shyana ćwiczącego coś, co od razu schwyciło mnie za serce. W tytule filmu było coś o pięciu ćwiczeniach rozluźniających. W owych czasach ta nazwa kojarzyła mi się tylko z Systemą i z turlaniem się po ziemi. A tu na ekranie mistrz wykonywał coś, co wyglądało bardzo prosto, ale jednocześnie było w tym „to coś”. Coś, co już na pierwszy rzut oka mówiło: to jest to, co jest warte grzechu. Nawet pozwoliłem sobie na komentarz do tego filmu: pięć rozluźniających praktyk tai chi.

Później zacząłem szukać materiałów: książek i filmów. Lakoniczne opisy w książkach zazwyczaj mnie zawodziły (i nic w tym dziwnego), filmy instruktażowe zazwyczaj też, ale często trafiałem na inne dokumenty z GM (Grand Masterem – tak go tam tytułowano), gdzie demonstrował on i ćwiczenia, i zastosowania tych praktyk. Wyglądało to wręcz nieziemsko. Na filmach partnerzy starszego, szczupłego i nieco złowieszczo uśmiechniętego nauczyciela odbijali się od niego niczym piłki i odlatywali w sposób tak spektakularny, że aż trudny do uwierzenia. Zresztą, co tu dużo gadać, wśród moich kumpli są tacy (nie będę wymieniał), którzy to tak zwane „odskakiwanie” mocno krytykują. Wiedziałem, że w Polsce nie znajdę nikogo, kto mógłby mi pomóc w zgłębianiu tych praktyk, więc interesowałem się nimi czysto teoretycznie: Huang Sheng Shyan.

I tak do czasu, kiedy trafiłem na film, na którym GM pokazuje, do czego te ćwiczenia służą (pięć ćwiczeń rozluźniających mistrza Huanga) i tu już na poważnie zapragnąłem takiej praktyki. Podzieliłem się tym filmem z Jiuzhizy, licząc na jego światłe uwagi. I już nawet nie pamiętam, chyba mu się nawet podobało, w każdym razie zwrócił mi uwagę, że autor tego kanału umieścił na nim jeszcze sporo innych ciekawych filmów. Na koniec dodał jeszcze coś takiego: „Ty patrz, on mieszka na Borneo: piasek, palmy, fajne jedzenie – mógłbyś tam polecieć”.

W zasadzie Jiuzhizy w takich sprawach się nie myli, więc zachęcony taką rekomendacją przejrzałem dokładniej ów kanał. Jego autor nazywa się Anthony Yap i jest Chińczykiem mieszkającym w niewielkim mieście Miri, leżącym w malezyjskiej części Borneo. Jeden z jego filmów pokazuje ćwiczącego na plaży Amerykanina i ma podpis „mój student online”. Co więc mogło mi zaszkodzić? Łatwo odnalazłem jego profil na FB (to jest Anthony’ego), napisałem, że interesuje mnie pięć ćwiczeń rozluźniających i spytałem o warunki nauki. Warunki były akceptowalne, pozostało mi więc spróbować.

W zasadzie ten tekst będzie właśnie o tym, czy warto, a właściwie czy można nauczyć się Tai Chi online, przez komunikator. Bo do czasu pandemii wszyscy krytykowali to w czambuł (i ja zresztą też), woleliśmy krótkie warsztaty Tai Chi z dobrymi nauczycielami w grupach nierzadko liczących ok. 100 osób i praktykę z instruktorami, którzy sami mają raptem kilkutygodniowy kontakt z dobrym źródłem. Czy to ma sens? Sam już się przyzwyczaiłem do pracy w mniejszych grupach, a awersja do tłumnego praktykowania powoduje, że ciągnie się za mną opinia tego, który nie lubi ludzi…

W każdym razie napisałem i odpowiedź dostałem bardzo szybko. Że owszem, tak, i że mogę zacząć za tydzień razem z pewnym Francuzem. No to okej. Jak już powiedziało się A, to trzeba w to brnąć dalej. Warunki były akceptowalne, więc powiedziałem sobie: „Zobaczymy cztery kolejne lekcje, jak pyknie, to wchodzimy w to, jak nie, to sayonara”. I co? No, wbrew obawom, pykło. Anthony Yap ma duże doświadczenie w nauczaniu przez internet (choć sam twierdzi, że nie), bardzo dużo widzi, wykorzystuje sporo nietypowych przyrządów mających zobrazować prawidłowe ćwiczenie (czasami nawet własne dzieci). Nawet nasza komunikacja werbalna jakoś działała, choć mój angielski jest taki sobie, a do jego wymowy trzeba się po prostu przyzwyczaić. Jednym słowem – czułem postęp. Więcej, czułem się zaopiekowany; pomiędzy treningami wysyłałem mu filmy z moich treningów, do których zawsze dostawałem cenne uwagi. Skupiliśmy się na pięciu ćwiczeniach rozluźniających i formie 37-ruchowej.

Czyli co? Nauka Tai Chi online dobrą metodą jest? No, nie do końca. Jest metodą akceptowalną, taką, którą można użyć, jeśli masz naprawdę dobrego nauczyciela Tai Chi, któremu się chce analizować twój ruch, korzystając tylko z ekranu. My z czasem wypracowaliśmy nawet pewną metodykę: ja ustawiałem się tak, żeby wykorzystać lustro, które mam w szafie. Dzięki temu widać było mnie i z przodu, i jednocześnie z tyłu. Jeśli porównamy to do warsztatów Tai Chi, na których jest kilkadziesiąt osób, kontakt z prowadzącym jest bardzo jednostronny. To ty go widzisz, a o zebranych – on bardzo często ciebie nie widzi. Takiej bezpośredniej pracy nauczyciel-uczeń jest mało. Im większy spęd, tym mniej pracujesz z nauczycielem. Przy dobrym kontakcie online jego uwaga jest skoncentrowana wyłącznie na ćwiczącym.

Pomny rady Jiuzhizy, zacząłem przemyśliwać o możliwości osobistego kontaktu. I ponieważ ten rok jest dla Danusi rokiem wyjątkowym, a i ja obchodzę okrągłą rocznicę tułania się po tym łez padole, postanowiliśmy oboje zrobić sobie podróż życia i pojechać w nieznane. Nauczyciel Yap podał mi optymalne daty przyjazdu i na pół roku przed zaczęliśmy przygotowania.

Co ciekawe, kiedy poinformowałem Jiuzhizy, że zgodnie z jego radą jadę do Miri uczyć się Tai Chi, ten skomentował to krótko: „Noż dureń, ja ci mówiłem, że tam palmy, piasek i fajne żarcie, a nie żebyś się tam Tai Chi uczył”. Z perspektywy czasu stwierdzam, że tym razem się pomylił.

nic mi nie pasowało jako ilustracje, więc użyłem zdjęć przyrody

I tak porwałem się na wyprawę do kraju, który wedle naszego MSZ jest zagrożony terroryzmem, przez strefę wojny wywołaną przez szalonego miłośnika solarium, i jeszcze ciągnąłem za sobą Danuśkę. Jechałem do człowieka, z którym rozmawiałem do tej pory kilka razy przez internet. Na szczęście w samolocie nie miałem czasu o tym myśleć, bo spałem.

A kiedy wylądowaliśmy już w Miri i udało się przejść wszystkie kontrole oraz odebrać bagaże, naprzeciwko mnie wyszedł niewysoki, lekko zaokrąglony (choć co on może wiedzieć o zaokrągleniu), uśmiechnięty człowiek. A pół godziny później siedzieliśmy już w knajpie i przełamywaliśmy lody przy pieczonej płaszczce, białej zupie grzybowej, zielonej jakby-fasolce i innych smakołykach. Poszło szybko, bo jakże miało iść przy tej temperaturze.

A następnego dnia rano… jak było na treningach Tai Chi, napiszę następnym razem.


1

przyjęcie na osobistego ucznia mistrza Zhai Wei Chuana
Mistrz Anthony Yap
korekty mistrza Zhai Shi Zonga
nauka u mistrza Hong Zi Tiena
pchające ręce z mistrzem Yang Jwing Mingiem

1 komentarz do “Podróż życia – etap właściwy – z pewną dozą niepewności”

  1. Ten piasek, to Ci jakiś korektor mowy podsunął chyba. Pisałem: klapki, palmy i banany. Ewentualnie Czamki 😉 BTW, zobacz jak to się mistycznie układa.. Francuz, odskakiwanie i żaby 😉 Anyways, jestem dumny z KO 🙂

    Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz