Dobra, trzeba się z tym zmierzyć. Mowa o Chinach. Bo przecież zwiedzanie, żarcie i inne przyjemności nie jest i nie było pierwszoplanowym celem tego wyjazdu. Wbrew temu, co mówi Rodor. Jechaliśmy poćwiczyć i… ale o tym to już inszą razą.
Wprowadzenie
Dawno temu mistrz Yang Jwing Ming opowiadał nam o zjawisku zwanym „Macdonalyzacją Kung Fu”. To proces powodujący, że nauczyciele dzielą swój materiał na moduły i „sprzedają” go w zależności od życzeń klienta. Właśnie tak, trochę na kształt tej jankeskiej sieciówki. Przychodzisz, z menu wybierasz, co chcesz, ćwiczysz i taki moduł dostajesz. Ależ my (w każdym razie ja) się wtedy burzyliśmy. No jak? Tradycja i dalekowschodnia mistyka, a tu amerykański młyn i papierowe pseudomięso. Nie zauważyliśmy, że w zasadzie sami już w tym „maku” siedzimy. Mistrz przyjeżdżał i uczył nie tego, co każdemu z nas było potrzebne, tylko jakiegoś konkretnego materiału. To nie tak, że robił to źle. Wprost przeciwnie — miał te moduły dopracowane na fest.

Kiedy jednak na sali było grubo ponad sto osób, to chyba jedyną metodą było rzucić perły przed wieprze. Nawet jeśli niektóre gładko ogolone, ale zawsze to te przysłowiowe wieprze. Mistrz nauczał na zasadzie: „Bierzcie, co zdołacie (a przełkniecie to, do czego jesteście gotowi)”. Jak człowiek nie skumał, to zawsze mógł wziąć udział w takim module jeszcze raz. To taka metoda, w której każdy z nas uczył się tego, do czego akurat był gotów.
macdonaldyzacja Gong fu
Nie krytykuję takiej działalności — dla mnie taki jest znak czasu. Gdybyś miał takiego mistrza na miejscu, czas i kasę (czyli gdyby świat był mniejszy i bardziej przyjazny), to pewnie można byłoby liczyć na spacery po górach, dyskusje o filozofii do późnej nocy i oczywiście picie herbaty. Ja się cieszę z tego, co mam, bo to i tak więcej, niż kiedykolwiek marzyłem. Tak po prawdzie, to chyba tylko w przypadku mistrza Hong Zi Tiena było nieco inaczej. On uczył tego, co mu akurat na sercu leżało. Lub pokazywał ćwiczenia, które uważał, że nauczą nas czegoś, czego nam brakowało. No tak, ale on miał niewielką grupkę.

Do brzegu…
Dlaczego o tym piszę? Bo w zasadzie pojechaliśmy do Quzhou na taki moduł. Moduł pod tytułem „Forma 108”. I znów powtórzę dobitnie — ja się cieszyłem, że jechałem, i wiedziałem, że się nie zawiodę. I miałem rację — zobaczyłem nawet więcej, niż się spodziewałem. A na dokładkę dostaliśmy jeszcze coś ekstra (ale o tym w innym wpisie będzie).
„Forma 108” to tradycyjna forma w tym stylu, a właściwie w całym Tai Chi. Nieważne od przekazu — każdy ją ćwiczy, oczywiście z drobnymi różnicami wynikającymi z mistrzowskich widzimisiów. Wszystkie te krótsze formy to w miarę współczesne wynalazki, mające na celu dostosowanie materiału do realiów współczesnego świata. Forma 108 w Tai Chi to taki trochę „pełny alfabet ruchu” – klasyczny, rozbudowany układ, który zawiera w sobie praktycznie cały fundament sztuki. Najczęściej kojarzona jest ze stylem Yang (np. linia Yang Chengfu), ale jej warianty są obecne chyba wszędzie, niezależnie od sposobów liczenia ruchów (od 88 do 150). Co do zasady, dla zdrowia, dla funu, dla tzw. rozwoju wewnętrznego spokojnie wystarcza praktyka formy 37 — tam naprawdę jest co robić. Ale forma 108 to już taki top of the top… więc jeśli ktoś już wdepnie w to praktykowanie Tai Chi, niczym w krowi placek*, to nie ma większego wyboru — trzeba tego kroku dokonać.
Zajęcia z formy prowadziła cała wierchuszka. Starszy mistrz Zhai Wei Chuan raczej ograniczał się do wykładów o teorii, zostawiając gro fizycznej roboty swojemu synowi, Zhai Shi Zongowi. Takie prawa wieku i pozycji. Natomiast jego wykłady były gęste od wiedzy. Na szczęście mogliśmy je zrozumieć dzięki tłumaczeniu Andrzeja Kalisza. Trzeba przyznać, że Andrzej bardzo sprawnie tłumaczy słowa mistrza, a ponoć on mówi bardzo rzadkim guangfiańskim „slangiem”. Nawet miejscowi byli pod wrażeniem, bo oni tak dobrze mistrza nie rozumieją. Wiem, co mają na myśli, bo też zupełnie nie wyłapuję nawet najprostszego słowa.
forma 108
Nauka formy na tym poziomie to nie tylko przyswajanie kolejności ruchów, ich nazw i tym podobnych bzdetów, ale poznawanie narzędzia od strony zasad, które nim rządzą. I tak — było sporo o otwieraniu i zamykaniu, o prowadzeniu siły i tym podobnych rzeczach, które większości ćwiczącym do niczego nie są potrzebne. Kiedy jedzie się taki kawał drogi, dobrze jest mieć już jakiś background, żeby uczyć się rzeczy ważniejszych. Ja formę 108 poznałem już w Polsce, ale teraz okazała się dużo bogatsza niż to, co machałem do tej pory. Okazała się też dynamiczniejsza niż to, co ćwiczyłem w Polsce. Ilość podskoków i przyspieszeń ruchu oraz gwałtownych (jak na tai chi) zmian wysokości wręcz mnie zaskoczyła. I znów — to nie zarzut w stronę Andrzeja… taka była potrzeba na tym etapie. A poza tym on sam wydawał się być czasami zaskoczony różnicami.

Nie każdą sekwencję rozkminialiśmy tak dokładnie. Niektóre były uczone bardziej pobieżnie (ale nie po łebkach). Demonstracje jednak niezmiennie były bardzo dokładne. To już naszym zadaniem jest przeniesienie doświadczeń z miejsca na miejsce. Nadal uważam, że rolą nauczyciela jest tylko wyjaśnić problem, a nie wykładać nam wszystko kawa na ławę. Musimy drążyć temat i samemu szukać tych elementów w formie. Taki model nauczania nie oznacza, że zaliczyłem moduł i mam odfajkowane. Pewnie, gdybym miał możliwość uczestniczyć w nim jeszcze raz, widziałbym inne rzeczy. Ale świat nie jest idealny… a nawet mam wrażenie, że jest coraz bardziej popieprzony.
Gro fizycznej roboty spadało na mistrza Zhai Shi Zonga. Młodszy mistrz przekazywał nam technikalia, a niektóre ruchy rozkładał na otwarcia i zamknięcia, dając nam dodatkowy bodziec do pracy własnej. Czasami, przy powtarzaniu większych partii ruchów, zastępował ich Li Yang. Lubię na niego patrzeć, a jeśli mam okazję poćwiczyć w jego obecności — to jak kumulacja w totka. Li Yang jest dokładny do bólu. W jego ruchach można odkrywać coraz to nowsze aspekty techniki. Czasami mam wrażenie, że on to specjalnie przerysowuje, żebyśmy mogli więcej zobaczyć. I jeszcze ta jego radość z przekazywania wiedzy.
Nauka Tai chi w Chinach
Naukę formy 108 skończyliśmy nieco wcześniej, niż przewidywał plan. Nie wiem, czy to my byliśmy tacy kumaci, czy mistrz troszkę pogonił materiał, ale na koniec dostaliśmy jeszcze trochę pchających dłoni. I znów — mam wrażenie, że mistrz Zhai Wei Chuan pokazywał mi to już dwa razy… w 2019… potem w 2024, kiedy polazłem do niego (trochę poza programem niejako). Tylko może było za wcześnie, nie było odpowiedniego podkładu. Teraz doznałem kilku olśnień. Kilka rzeczy zaczęło się składać z tym, co ćwiczyłem w Wawie.
Kurs zakończył się egzaminem — to już chyba taka świecka tradycja. Podzielono nas na sześć sześcioosobowych grup, według klucza, nazwijmy to dyplomatycznie, geograficzno-kulturowego (żeby nie powiedzieć rasowego, czyli: Polacy osobno, Chińczycy osobno — żeby nie było za łatwo ani za trudno, tylko… akurat). I na szczęście tym razem nie musieliśmy wykonywać pełnej formy. Każda grupa dostała jedną sekcję formy do wykonania. Jestem niemal pewien, że kolejność startu została ustalona tak, żeby najtrudniejsze sekcje — czyli te, gdzie jest najwięcej dynamicznych elementów — trafiły do grup, które mogły je zrobić. Bo szczerze… to nie był test kompetencji. Mam też silne, bardzo silne „czucie w kościach” — niemal jak Donald Trump przed każdym atakiem — że mistrzowie doskonale zdają sobie sprawę, iż to, co właśnie przerobiliśmy, to są dopiero ziarna. Nie plony. Nawet nie kiełki. Ziarna wrzucone gdzieś głęboko, które może kiedyś, przy sprzyjających wiatrach i odpowiedniej ilości potu, zaczną coś przypominać.
Egzamin na gorąco pokazuje niewiele. Czasem tylko tyle, jak to w klasyce śpiewał Bajm: „Tylko piach, suchy piach”. (Jeżu, ależ ja dziś aluzyjny jestem… może by coś trzynastozgłoskowcem walnąć).
Ja trafiłem gdzieś w środek formy — to chyba sekcja czwarta. Mam problem z tym podziałem na sześć sekcji, bo mi w głowie ciągle siedzi ten YMAA-owski podział na trzy części i wiecznie się do niego odnoszę. Nieważne. Egzamin zdaliśmy, pomimo że w mojej grupie w pewnym momencie część ćwiczących zaczęła wykonywać formę na yangowską modłę, bo tam przy „tkaczkach” są nieco inne kąty wykonywania techniki… ale jakoś to przeszło.
Odchodząc od stołu…
Odchodząc od stołu, mogliśmy się tylko oblizywać w myślach o tym wszystkim, czego nie zobaczyliśmy. Bo przecież na pewno nie zobaczyliśmy wszystkiego, nie posmakowaliśmy każdego kęsa wiedzy. Ale czy ta wiedza jest stracona? Nie wszystko. Po powrocie staram się powtarzać jak najwięcej z tego, co zapamiętałem. To wycofanie po kopnięciu z wyskoku — no koszmar 🙂 ale powoli wchodzi… gorzej z końcówką. Przy tej obrotówce tracę orientację. Trzeba będzie dokładnie obejrzeć na filmach. Ale to małe rzeczy. Ćwicząc w Quzhou, łapałem takie okruchy fajnych akcji. Tylko że, ćwicząc coś po raz pierwszy, człowiek wykonuje to w sposób nieco wymuszony. Samo to przypominanie sobie: że o, teraz tu… teraz trzeba pracować, żeby to wgrać do głowy, żeby stało się czymś naturalnym, nieomal jak oddychanie. To powoli, powoli się pojawia. Mnie się tam jednak nie spieszy — bardziej zależy mi na tym, żeby ta zmiana była trwała.

Jest jeszcze jedna, w zasadzie smutna trochę, rzecz. Podejmując taką wyprawę, uczymy się czegoś, odkrywamy jakieś nowości. A potem kultywujemy te obserwacje niczym pamięć o bramce Hamalainena w meczu z Lechem. Niby to dobrze, ale czasami zbytnio się do nich przywiązujemy. To przecież nic innego niż zastój, bo upieramy się przy czymś, co rok temu zobaczyliśmy, patrząc z jakiegoś dziwnego kąta. A co, jeśli akurat wtedy mistrz zrobił coś, co mu nie wyszło? Może przerysował jakiś ruch, żeby nas naprowadzić na jakieś rozwiązanie? Ja wiem, że to obrazoburstwo jest, ale mistrz też człowiek. Tak mocno trzymamy się tych okruchów wiedzy, że często pomijamy to, co nam się później objawia w czasie praktyki własnej. Bo przecież to, czego się uczyliśmy, to mogłaby być taka leninowska „mądrość etapu”. Narzędzie, które prędzej czy później trzeba będzie porzucić. Ciekawe, co jest dalej…
i ciekawe zdjęcia



1








