Baishi (拜师) w Tai Chi – ceremonia ucznia i moje doświadczenie z Chin

Baishi (拜师), to tradycyjna ceremonia w środowisku kung fu i w Chinach przyszło mi się z nią zmierzyć.

Kiedy w lipcu 2025 gościł w Polsce mistrz Zhai Shi Zong, oprócz treningów szabli zdarzyło się jeszcze coś. Pod koniec warsztatów Andrzej Kalisz wziął mnie na bok i mówi tak: „Zaproponowano mi, żebym przystąpił do Baishy wobec mistrza Zhai Wei Chuana. Miałem jeszcze wybrać kogoś, więc poleciłem Radka i Ciebie”. Zastanawiałem się przez jakieś japońskie półtorej oddechu. To jest wdech – żeby zyskać na czasie, wydech – żeby uspokoić umysł i znowu wdech – podczas którego podejmujesz decyzję. I się zgodziłem. Dopuszczenie do ceremonii Baishy, to duży zaszczyt. A już w stosunku do tak wielkiego mistrza, jakim jest Zhai Wei Chuan, to prawdziwe wyróżnienie. Jak to kiedyś powiedziała pewna miss Polonia: „Premierowi się nie odmawia”.

Czym jest owo Baishi?

Baishi, to taka chwila w życiu ćwiczącego, kiedy przestaje być tylko „tym, który przychodzi na trening”. Zamiast tego zaczyna się być „tym, za którego mistrz zaczyna się trochę wstydzić”… albo i nie 😉. Mówiąc mniej żartobliwie — to tradycyjna ceremonia w chińskich sztukach walki, podczas której mistrz oficjalnie przyjmuje ucznia do swojego kręgu, czyli tak zwanej „rodziny kung fu”.

Nie jest to zwykły zapis na zajęcia ani upgrade karnetu z „basic” na „premium”. To raczej coś pomiędzy adopcją, ślubowaniem a cichą umową typu: „ja będę naprawdę uczył, a ty przestaniesz udawać, że ćwiczysz”. W trakcie ceremonii uczeń oddaje szacunek — zwykle poprzez pokłony i podanie herbaty. Mistrz ma wtedy okazję, żeby powiedzieć: „dobra, teraz pokażę ci trochę więcej… ale też będę więcej wymagał”.

Po Baishi zmienia się kilka rzeczy. Po pierwsze — dostęp do wiedzy. Nagle okazuje się, że to, co do tej pory robiłeś, to był tylko wstęp do wstępu. Po drugie — odpowiedzialność. Bo od tej pory nie jesteś już anonimowym człowiekiem z końca sali, tylko kimś, kto reprezentuje szkołę i swojego nauczyciela. A po trzecie — relacja. Bardziej bezpośrednia, czasem bardziej wymagająca, a czasem… bardziej bezlitosna dla twoich błędów.

Kiedyś ktoś napisał: Baishi to chwila, w której kończą się złudzenia, a zaczyna praktyka.

Na imię mam…

W tym miejscu muszę przyznać, że jeśli chodzi o Baishi, to w tamtej chwili byłem już człowiekiem doświadczonym. Kilka lat wcześniej, z inicjatywy mistrza Honga, składaliśmy pokłony przed Markiem. Był on wówczas moim nauczycielem Chuo Jiao Fanzi. Tylko że… to niewiele zmieniło. Marek od zawsze traktował nas bardzo poważnie, sekcja była naprawdę niewielka, a stosunki naprawdę nieomal rodzinne. Niemniej jednak samą ceremonię miałem już za sobą. To, co na niej odwaliłem, zapisałem w notesie i od tamtej pory niewielu osobom to zdradziłem. Tak więc i tu nie zdradzę.

Myślałem, że jako „doświadczony baishista” tym razem nic nie spapram. I tak sobie wmawiałem. Na kilka miesięcy nawet zapomniałem o całej sprawie.

Jako pierwsza pojawiła się kwestia imienia, bo na Baishy dostajesz imię — taką „rodzinną ksywę”. Przypomniałem sobie wtedy o poprzedniej ceremonii. Wtedy imiona wybierał nam Juzhizy — jako ten najbardziej w znaczkach, robaczkach kumaty. Bo to trzeba wiedzieć, czy imię dobrze brzmi — powinno choć trochę przypominać imię lub nazwisko. Znaki nie powinny mieć żadnych negatywnych konotacji, no i powinno mieć w sobie to coś. Moje imię brzmiało Ou shy… czyli zachodni kamień i oznacza w zasadzie tyle, że jestem z Europy. Sam bym sobie pewnie wymyślił coś głupiego. Przy okazji okazało się, że kiedy zdawałem na stopień instruktorski w YMAA, również nadano mi takie samo imię. Na dokładkę pisane dokładnie tymi samymi znakami tylko tradycyjnymi. Wtedy tylko nikt mi o tym nie powiedział. Pomyślałem sobie, że to za dużo przypadków i że powinno tak pozostać.

W Quzhou się działo

W Quzhou początkowo nie miałem zbyt dużo czasu, żeby myśleć o ceremonii – forma 108 jest wystarczająco zajmująca. Jako pierwsza wróciła jednak kwestia imienia. Miałem się nauczyć pisać je znakami. Hmmm, ja w polskim robię wystarczająco dużo błędów, a tu weź jeszcze zapamiętaj te wszystkie kreseczki. Początkowo myślałem, że będę musiał podpisywać jakieś papiery na żywca, w czasie ceremonii, więc przystąpiłem do nauki. Poczułem się niczym przed maturą… tą drugą. Na szczęście moje znaki są proste, zapamiętałem to jako: „kucharz uciekający przez drzwi i kuchnię pod okapem…” — taka mnemotechnika.

欧石

Całe szczęście, że nie musiałem tego zapamiętywać po arabsku. Z niczym mi się te wężyki nie kojarzą (no dobra, ten drugi jednak trochę, tak).

حجر غربي

Na szczęście okazało się, że spokojnie mogłem podpisać papiery wcześniej, przy stole, bez większego stresu.

Dwa dni przed ceremonią zaczęły do nas docierać pewne szczegóły. Nieco inaczej miało to się odbyć niż ta nasza „polska” impreza. Kiedy byłem świadkiem Baishy Roberta Wąsa wobec mistrza Yang Jwing Minga, odbyło się to W przerwie pomiędzy treningami. Załapałem się na nie zupełnie przez przypadek. Moje miało miejsce w knajpie, w wynajętym saloniku, wśród przyjaciół, którzy w większości również brali udział w ceremonii. Tym razem część oficjalna miała odbywać się w siedzibie szkoły, w sali, w której ćwiczyliśmy. Świadkami mieli być nasi treningowi towarzysze. Oprócz tej grupy do ośrodka zaczęli zjeżdżać inni goście. Przyjechali nasi starzy znajomi z Hangzhou, a także spora grupa nieznanych mi ludzi.

dywan uroczystościowy

Pierwotna wersja ceremoniału wyglądała następująco. Tego dnia, oprócz nas, Baishi mieli dostąpić jeszcze trzej miejscowi. Z tą tylko różnicą, że oni w stosunku do młodszego mistrza Zhai Shi Zonga, a my przed jego ojcem, Zhai Wei Chuanem. Więc oni pierwsi, potem my… Ukłony mieliśmy składać trójkami (niczym żołnierze z Westerplatte) i kłaniać się trzy razy. Potem jeszcze tylko zaoferowanie mistrzowi herbaty i jesteśmy wolni. Dwie rzeczy mi się trochę nie zgadzały. Po pierwsze, dlaczego mamy się kłaniać trzy razy — wszak sama nazwa wskazuje dziewięć ukłonów (ba – to dziewięć). Po drugie mówienie — ja miałem powiedzieć po chińsku: „mistrzu, skosztuj herbaty” — to brzmiało jak pułapka, wątpię, żebym to powiedział prawidłowo. Pomimo tego, że kułem ten prosty zwrot przez dłuższy czas, translator był jednak nieubłagany… ciągle plotłem jakieś androny. Postanowiłem więc, że coś wybełkoczę, mając nadzieję, że wyobraźnia słuchaczy dopisze tam odpowiednie dźwięki.

Przynajmniej dobrze, że mieliśmy stawać we trzech. Andrzej dobrze rozumiał polecenia, a ja będę robił to, co on… będzie dobrze.

Nadejszła wiekopomna chwila

Poniedziałek, 26 stycznia. Jak ktoś oglądał ten film, to wie — jeśli coś ma iść źle, to w poniedziałek. Przyjeżdżamy do ośrodka i tak czułem, że będzie inaczej. Główna sala została wyłożona pięknym, grubym dywanem, a po jego dwóch stronach ustawiono rzędy krzeseł. Wtedy uświadomiłem sobie, że chińskie podejście do tego tematu jest nieco Inne niż nasze. W każdym razie inne niż moje dotychczasowe doświadczenia. Czy wszyscy? Chyba nie — z opowiadań znam sytuację, kiedy ktoś był powiadomiony o „przyjęciu w grono uczniów” telefonem. Oczywiście ciężko mi to zweryfikować. Ale ilość publiczności okazała się najmniejszym problemem, gdyż okazało się, że istnieje coś na kształt scenariusza.

mistrz Zhai Shi Zong i ważniejsi goście
demonstracja

Za wszystko był odpowiedzialny jeden z zaawansowanych uczniów mistrza, którego roboczo nazwaliśmy „mistrzem ceremonii”. Gość był niesamowicie zaangażowany, między innymi postanowił nauczyć się kilku słów po polsku. Zapisał je sobie fonetycznie w zeszycie, tylko że na nauczyciela wybrał Aidana… Ten jest zaś rodowitym Anglikiem (obecnie z Żoliborza), a jego polszczyzna jest… przeurocza. Aidan, nie robię sobie jaj — naprawdę uwielbiam Cię słuchać. Nasz „mistrz ceremonii” najlepiej opanował słowa: „Bardzo dobrze”. Cute!

Więc co poszło nie tak? Po pierwsze, nie podchodzimy grupowo, tylko pojedynczo, odpada więc efekt kościelny (czyli klękanie i wstawanie jak reszta). Po drugie trzy ukłony nie oznaczają trzech ukłonów, tylko trzy serie po trzy ukłony (i tu mamy w końcu to klasyczne dziewięć). I po trzecie, najpierw trzeba będzie wbić kadzidełka w popielnicę na ołtarzu i zrobić trzy dodatkowe ukłony dla przodków. Fascynująca była metoda, jaką „mistrz ceremonii” przekazywał nam ów scenariusz — wszystko okraszał onomatopejami, że nawet bez Andrzeja byśmy się dogadali. Według jego obliczeń całość powinna trwać kilkanaście sekund.

Niby niewiele, na szczęście okazało się, że będę w tym towarzystwie produkował się jako ostatni, więc może zdążę się nauczyć? Oj, jakie to złudne było.

I poszły konie po betonie

Czas przejść do clou, czyli do samej celebracji. Mistrz senior zajął swoje miejsce po prawej stronie ołtarzyka, po lewej usiadł jego syn… Usiadł i zaraz wstał, bo bez zgody ojca siadać nie powinien. Potem rozpoczął się proces przedstawiania przybyłych gości, dyrektorów, głównych specjalistów, przewodniczących — każdy wywołany wstawał i pozdrawiał obecnych. Potem odbyły się pokazy… tj. ćwiczyliśmy formę trójkami. Polska grupa jako druga, ale zabijcie mnie, nie pamiętam, która to forma była — byłem zbyt zdenerwowany. Już!!! A był to dopiero początek.

Zaczęło się. Do młodszego mistrza po kolei podchodzili uczniowie. Byłem naiwny, sądząc, że zapamiętam kolejność czynności samą obserwacją. Zewnętrznie niby nic się nie działo, ale w środku byłem coraz bardziej zestresowany. Niby nie powinienem, bo chłop stary, a się przejmuje.

czekamy

W końcu, po niewielkiej przerwie, przyszła nasza pora. Miejsce Zhai Shi Zonga zajęła żona starszego mistrza. Zauważyłem, że na tacy, którą trzymała Zuzia (tak nazywaliśmy jedną z uczennic mistrza), przybyła jeszcze jedna filiżanka. Tacę Zuzia podsuwała w chwili, kiedy należało (po wypowiedzeniu tego magicznego hasła) podać mistrzowi filiżankę. Zwróciłem Andrzejowi uwagę na pojawienie się nowego elementu. Na szybko ustaliliśmy, że oprócz mistrza musimy jeszcze, w pierwszej kolejności, prosić o akceptację jego żonę. Faktycznie mistrz powiedział, że jest wdzięczny swojej żonie za to, że mógł poświęcić życie treningowi. Ponieważ wspierała go przez całe życie, to należy się jej udział w ceremonii i on się będzie z jej zdaniem liczył. To znaczyło, że na szybko trzeba było nauczyć się nowego zdania po chińsku. Może ktoś powie, że to proste zdanie, ale ja już naprawdę byłem zestresowany.

KOniec końców ruszyliśmy my. Pierwszy Andrzej — fachura, zrobił to tak łatwo, jak drogówka bierze łapówki. Potem Radek, nie wiem co czuł w środku, bo nie gadaliśmy o tym, ale wizualnie było ok. I ruszam ja. Przypomniałem sobie, jak to było, kiedy w szkole średniej występowałem w amatorskim teatrzyku. Grałem tam w „Ślubach panieńskich” postać Radosta. Pamiętam jak wyszedłem do swojej pierwszej sceny krokiem żwawym i natychmiast zapomniałem całego tekstu.

Tu było identycznie. Stanąłem przed ołtarzykiem i… się zaczęło. Dostałem do ręki trzy zapalone kadzidełka i wbiłem je w popielnicę zdecydowanym ruchem. Zbyt zdecydowanym, bo połamałem je w palcach (to jakieś cienizny, z Temu chyba były). Próbując ratować sytuację, łapałem te gorące kawałki i próbowałem powtórnie wbić.

ja się wyginam…
…a publika na zmianę, jest rozbawiona lub skonfundowana

Mistrz ceremonii odciągał mnie od stołu, a ja nie — uparcie łapałem te kawałeczki, wciskałem w popielnicę i… łamałem je na coraz mniejsze kawałki. Coś tam upadło na podłogę… chwała Manitu, że nie na dywan. W zasadzie nie to było najgorsze, choć już czułem, że drugie moje podejście do Baishy również będzie dalekie od ideału. Cóż, kiedy klęknąłem pierwszy raz przed mistrzem, w udo złapał mnie taki skurcz, że myślałem, iż nie wstanę…

Oczami wyobraźni widziałem tę scenę… kiedy, niczym na meczu, wbiega ekipa medyczna, pryska mnie tymi sprejami, a mistrz odsyła mnie z boiska, żebym sobie odpoczął. Na szczęście skurcz odpuścił równie szybko, jak się pojawił. I nawet nie ruszyło mnie specjalnie, że wstawałem, kiedy nie trzeba, albo nie reagowałem na polecenia mistrza ceremonii. Prawdę mówiąc, chciałem, żeby to się skończyło.

udało się… szalik dla kibica rzecz święta
po minach widać która to faza imprezy

I się skończyło

Dojechałem do końca… mistrz łaskawie kiwnął głową, jego żona również wyraziła aprobatę. Dostałem plakietkę, żółto-czerwony szalik (barwy pomylili! — przecież nie kibicuję Jagiellonii!), książkę z autografem mistrza oraz oczywiście przepięknie wykonaną umowę w czerwonych okładkach. Zapozowałem do kilku fotografii i w zasadzie było po wszystkim. Na koniec mistrz Zhai powiedział jeszcze kilka słów na temat łapania kontaktu z przeciwnikiem. Normalnie byłoby to dla mnie wydarzenie, ale naprawdę byłem już tym zmęczony, całe szczęście, że dostaliśmy jeszcze zapisane ręką mistrza wskazówki dotyczące tego tematu.

tu dostajemy rzeczony rękopis

Przy okazji okazało się, że mistrz postanowił nie przyjmować już więcej uczniów… więc byliśmy ostatni. To znaczy, gwoli ścisłości: TO JA BYŁEM OSTATNI! Co chyba dziwne nie jest — pewnie gdy zobaczył moje wyczyny, to stwierdził, że ma dość i więcej tego oglądać nie ma zamiaru. Tak więc ilość „certyfikowanych” uczniów skończyła się na stu trzydziestu, czyli na mnie. Nic to, że sto trzydzieści nie jest liczbą pierwszą — jakoś to zniosę.

zdjęcia grupowe to nieodzowny, ale bardzo męczący element celebracji

Co Baishy dla mnie oznacza? Osobiście doceniłem to, że zostałem doceniony. Zawarliśmy pewną umowę… spisaną na papierze i podpisaną. Ze swojej strony mam zamiar jej dotrzymać. Mam zamiar przykładać się do praktyki z całego serca, propagować przekaz i uczyć go w miarę swoich możliwości (zapraszam na zajęcia) i tak dalej. Pewnie gdybym mieszkał bliżej i miał większe szanse na osobisty kontakt z mistrzem, dałbym mu szansę na to, by częściej i dokładniej mnie uczył. Prawda jest taka, że nasze kontakty będą raczej rzadkie i nie liczę na jakieś specjalne traktowanie. Nie będę go rozliczał z naszej umowy.

Pojedli, popili i…

I jeszcze… tytuologia. Składając Baishy, stałem się członkiem szóstego pokolenia praktyków. Mam braci i bratanków. Stałem się bratem mistrza Zhai Shi Zonga (co mi przez gardło nie przechodzi) oraz wujkiem Li Yanga (i dziwnie się z tym czuję). Nawet chwilę rozmawiałem o tym z Li Yangiem, ale on powiedział, że tak ma być i koniec. Tak szczerze, to wydaje mi się być to czymś dużo poważniejszym niż umowa i ta cała impreza, i że to mocno na wyrost jest dane. I piszę o tym oraz mówię ostatni raz w życiu i nie chcę do tego wracać.

Tak, Baishy to jak gorzka pigułka — trzeba ją popić. Ostatnim aktem tego dnia był obiad. Dużo żarcia, chyba pierwszy raz w życiu jadłem kraba i nie polecam… Były toasty, spacery od stołu do stołu i rewizyty, i chyba śpiewy jakieś też (Danusia mówi, że nie było). Wieczorem z przyjemnością usiadłem w pokoju ochłonąć. Danusia mi pogratulowała i stwierdziła, żebym się nie martwił, bo trzecie Baishy wyjdzie mi już koncertowo. Tylko że wcale nie jestem pewien, czy jestem w stanie trzecie wytrzymać psychicznie. Myślałem, że stres będzie malał z wiekiem i „doświadczeniem”, ale jest wprost przeciwnie.

przy stole stres malał
w oczekiwaniu na swoją kolej
autoportret czyli adept z chochelką

Cardo historiae

Cardo historiae – czyli dosłownie „przegub historii”, punkt po którym nic już nie jest takie samo. Mogę sobie twierdzić, że nic się nie zmieniło w mojej praktyce, a ja jestem tym samy człowiekiem. Muszę jednak przyznać, że od tego styczniowego dnia, czas dzieli się na to co było przed i na to co było/będzie po. To chyba dobry czas żeby coś podsumować. W związku z tym oficjalnie, dziękuję wszystkim których spotkałem na swojej drodze. Tym którzy w odpowiedniej chwili mnie hamowali i tych którzy ciągnęli za uszy. Każdemu kto kiedykolwiek powiedział mi coś z sensem (albo za to, że się powstrzymał), za korygowanie błędów, za zmuszanie do ich popełniania. Fajnie, że spotykałem ludzi, z którymi krzyżowałem (po przyjacielsku) ręce, stukałem się szkłem, siedziałem przy stole lub po prostu gadałem na mailach. Bez nazwisk, bo pewnie nie wymieniłbym wszystkich, a nie chciałbym nikogo pominąć. Dziękuję także tym, którzy nie chcieli dobrze, bo dzięki nim nauczyłem się kogo omijać a to bardzo ważna umiejętność.


1

przyjęcie na osobistego ucznia mistrza Zhai Wei Chuana
korekty mistrza Zhai Shi Zonga
nauka u mistrza Hong Zi Tiena
pchające ręce z mistrzem Yang Jwing Mingiem

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz