Podróż do Chin: Świątynia Konfucjusza w Quzhou i legenda Yue Feia

Zazwyczaj staram się po zakończonych szkoleniach poświęcić nieco czasu na zwiedzanie. Tym razem z powodów różnych przeciwieństw losu było inaczej. Niemniej jednak udało mi się co nieco zobaczyć, a nawet spełnić swoje marzenie. Trochę nieoczekiwanie, ale zawsze – o tym jednak na koniec.

Niezmiennie fascynują mnie azjatyckie świątynie: ich kolorystyka, mnogość symboliki i ogólnie to, co można określić mianem feng shui. To są chyba jedne z niewielu miejsc na świecie, w których doskonale rozumiem, na czym to pojęcie polega. Tak więc zawsze, jak już gdzieś jadę, odwiedzam takie przybytki. Niektóre z nich nadal spełniają swoje cele religijne, a niektóre są już tylko ładnymi parkami. Tym razem, pomimo szczupłości czasu, odwiedziliśmy kilka takich miejsc.

Świątynia zen ze słoniem

W Quzhou trafiliśmy na świątynię zen. Trafiliśmy tam przez przypadek i to tylko dzięki temu, że znajdowała się ona na tym samym placu co supermarket, w którym zaopatrywaliśmy się w utensylia pomagające nam spędzać wieczory z dala od domu. Tylko że my tam bywaliśmy zazwyczaj już po zmroku, więc jedyne, co widzieliśmy, to duże bramy z czerwono malowanych desek. I gdyby nie powywijane dachy i słoń przed jedną z nich, to pewnie wziąłbym ją za wejście do jakiegoś magazynu. Dopiero konsultacja z Andrzejem potwierdziła moje podejrzenia: świątynia zen. W świątyni zen jeszcze nie byłem. Wiem, że to też w zasadzie świątynia buddyjska, ale ponoć są pewne różnice.

brama do świątyni, przy placu Wallmarktu

Nawet nie wiedziałem, gdzie wchodzę. Już po powrocie do Polski, zaraz po sprawdzeniu aktualnej tabeli Ekstraklasy, sprawdziłem miejsca, które zwiedziłem. Okazało się, że jest to świątynia zen Tianning i że jest tam ulokowana od 1400 lat. Pewnie ze starej świątyni nic już nie zostało, ale…

Na szczęście jeden dzień w tygodniu świątynia była czynna nieco dłużej. Normalnie zamykała swoje podwoje o 16:00, czyli kiedy byliśmy jeszcze na zajęciach. Korzystając z okazji, w niewielkiej grupie poszliśmy zwiedzać. Do świątyni wchodzi się „bramą górską” zwaną Sanmen (trzy oczyszczenia/wyzwolenia), usytuowaną tradycyjnie w południowym narożniku kompleksu. Bramy, jak nazwa wskazuje, są trzy i kiedyś ta środkowa, największa, była otwierana tylko dla ważnych gości. Plebs wchodził bokiem i także my tak uczyniliśmy.

stare drzewo to must have każdej świątyni

Wnętrze mnie nie zawiodło. Pomimo sąsiedztwa ruchliwego miasta, w środku panował spokój i cisza. Majestatyczne figury i wszechobecne na nich symbole swastyki. Tak tylko dla przypomnienia, bo nie wszyscy jeszcze skojarzyli, że buddyjski znak różni się od tego faszystowskiego kierunkiem ustawienia ramion. Buddyjski najczęściej ma ramiona skierowane w lewo; Niemiaszkom symbol się spodobał, ale z bliżej mi nieznanego powodu skierowali ramiona w prawo. Widocznie autor znaku dzięki temu brał większe tantiemy z praw autorskich.

Laba czyli fajne żarcie

Z wizytą mieliśmy jednak niesamowitego farta, ponieważ akurat zbiegło się to ze świętem Laba Jie, czyli upamiętnieniem osiągnięcia stanu oświecenia przez Buddę Siakjamuniego. Sama nazwa brzmi dla polskiego ucha przyjemnie (tj nazwa święta, a nie nazwisko świętego). Ciekawe, czy nasza „laba” ma z ich świętem coś wspólnego. Może i tak, bo nasze słowo pochodzi od staropolskiego terminu „labować”, czyli rozkoszować się. W przypadku buddyjskiego święta ważnym elementem jest spożywanie słodkiego kleiku z owocami o nazwie laba.

Tak więc stoimy sobie z Aidanem przed głównym pawilonem, podziwiamy figury, a tu podchodzi do nas od tyłu młode dziewczę i translatorem (bo jakże inaczej) pyta, skąd jesteśmy. I zanim zdołaliśmy jej rozwikłać tę trudną zagadkę, wręczyła każdemu z nas po dużej torbie zawierającej trochę owoców i jakieś pudełka. No pięknie. Na szczęście miałem w kieszeni (przypadkiem nienaruszony) baton krówkowy, mogłem się jej odwdzięczyć. I tak od słowa do słowa (o ile wymianę translatorowych komunikatów można nazwać rozmową) zostaliśmy zaproszeni na poczęstunek w świątynnej kuchni. I tu mogliśmy skosztować owego specyfiku. Ale ponieważ był to koniec dnia, dostaliśmy po misce wygrzebanej z dna kotła: gęstej paciai z miękkiego ryżu, słodkiej fasoli i owoców. Nie narzekam, bo było smaczne. Na szczęście po otwarciu torebek okazało się, że zawierały one bardziej tradycyjną wersję tej potrawy.

świątynna kuchnia
świątynia to dużo miejsc, w których czujesz się dobrze

Rodzinna świątynia Konfucjusza

I znów Quzhou. Jest to bowiem ośrodek znany jako stolica południowego konfucjanizmu. Świątynia konfucjańska w Quzhou to jedna z dwóch rodzinnych świątyń w Chinach. Ta pierwsza, ważniejsza, znajduje się w rodzinnym mieście filozofa, w Qufu. Łatwo się pomylić.

w Quzhou na każdym kroku przypominają o Konfucjuszu

Ta w Quzhou powstała, gdy czterdziesty ósmy potomek Konfucjusza uciekał na południe w ślad za swoim cesarzem. Zabrał wtedy ze sobą dwie figury (Konfucjusza i jego żony) przygotowane przez jednego z uczniów mistrza. Pewnie jak dotarł do Quzhou, to stwierdził, że dość już tej turystyki i został. Na powyższym zdjęciu scenka przedstawiająca przybycie figurek do Quzhou. Figurki są niewielkie, bo drewniane – Konfucjusz to zaledwie 37 cm. Ale figurki były ważne, są niemalże jak klejnoty koronne. Kto je miał w posiadaniu, ten był spadkobiercą rodu. Gdyby były większe, to pewnie nie dałoby się z nimi uciekać i południowy konfucjanizm by nie powstał. Bo niby jak? Przyjeżdża taki do Quzhou i mówi: „Jam jest…” i tu podaje, kim on jest. A tłuszcza na to: „A figurki jakieś masz? Pokazuj”. A tu nic, to by mu pewnie kazali spadać.

polska grupa, u stóp posągu Konfucjusza, oczywiście w parku Konfucjusza

W czasie wojny (tej drugiej, światowej) figurki były ukrywane w pobliskich górach, których mają tu sporo (oczywiście gór, bo figurki nadal są dwie). Obecnie rzadko można je oglądać, ale to nic dziwnego, bo to stare drewniane świadectwa historii.

dobre miejsce do spacerowania

Znikające słowa

Ładne miejsce zwieńczone parkiem Konfucjusza. Notabene z figurą Konfucjusza dużą i, jakby to powiedzieć… na miarę naszych możliwości. Oni tą figurą i dalej każdy wie co. A po drugiej stronie ulicy już jest świątynia. Szkoda, że park nie ma połączenia z kompleksem, ale cóż, ulice w miastach też muszą powstawać. I tu również trafiliśmy może trochę na farcie, bo akurat tego dnia, w ramach wypełniania pewnych obowiązków, dawaliśmy pokaz w amfiteatrze po drugiej stronie ulicy. Mróz był tego poranka przeogromny. Ale kiedy ten polsko-chiński performance już się skończył, wyszło słoneczko i zrobiło się naprawdę wiosennie. Dzięki Bogu, bo mogliśmy w miłej atmosferze pozwiedzać… oczywiście po wykonaniu wspólnego Shanxia maodun zhuang z całą grupą… przecież rolki same się nie nakręcą.

Sama świątynia – ładna, ale taka troszku „nieświątynna”, „martwa”. Może taka jest specyfika świątyń rodzinnych, będących raczej miejscem upamiętnienia przodka, a nie miejscem kultu. Bardzo podobały mi się tablice do kaligrafii. Tablice były kamienne, a do pisania służyły pędzle maczane w wodzie. Jak było słońce, to napisy szybko znikały, zostawiając miejsce dla drugiej osoby. Jest coś trochę magicznego w znikaniu słów pisanych wodą na kamieniu. Można tak pisać bardzo nietrwałe wyznania. Kaligrafia to jedna z rzeczy, której Chinom bardzo zazdroszczę. Ja wiem, że my mamy swoją, ale to bogactwo znaków powoduje, że mają one bardzo różny charakter.

pani w lila kurteczce maluje znaki wodą

Bardzo miłym gestem jest to, że goście świątyni dostają miniaturową wersję pism Konfucjusza. Ja o swój egzemplarz musiałem, co prawda poprosić, i na dokładkę dostałem tylko drugą część, ale pamiątka jest fajna.

Yue Fei – spełnienie marzeń

A to było tak: jak tylko zacząłem ćwiczyć i pojawił się świat internetu, to jedną z pierwszych historii, które przeczytałem, była ta o życiu i (oczywiście) śmierci Yue Feia. Nie pamiętam już gdzie. Może nawet było to w zapomnianym już niestety „Świecie Neijia” nieodżałowanego Tomka Grycana (jak ktoś nie wie, o co chodzi, to zapraszam na www.neijia.net). W tej historii życia wielkiego innowatora (twórcy Ośmiu Kawałków Brokatu), zdrady i śmierci, a także zadośćuczynienia, jest coś klasycznego. Pamiętam, że bardzo dobrze jest tam opisany sam grób Yue Feia i figury jego zdrajców, które po wsze czasy miały klęczeć w powrozach hańby, prosząc o wybaczenie. Wtedy to powiedziałem sobie: „Jakże wspaniale byłoby tam być, ale to chyba niemożliwe”.

I co? Czasami, kiedy zdradzisz Bogu swoje plany, on pośród salw śmiechu rzuci cię w drugi koniec świata. Ale czasami, ni stąd, ni zowąd, niby przypadkiem, postawi cię ON na właściwym miejscu. I tak było tym razem.

Już w Hangzhou cała grupa wybierała się na plantacje herbaty. Nas z Danusią jakoś to nie pociągało. Postanowiliśmy zwiedzić coś w mieście. I po krótkim rekonesansie w internecie okazało się, że hotel, który wybraliśmy, znajduje się 45 minut na piechotę od świątyni – grobowca generała Yue Fei. No nie mogłem przegapić takiego znaku danego mi z góry. Ustawiliśmy sobie cel na nawigacji i klucząc osiedlami, dotarliśmy na miejsce. Nie zawiodłem się ani o gram. Co prawda jak ten głupi po przejściu bramy głównej wyrwałem do przodu, myśląc, że miejsce, które do tej pory widziałem tylko w internecie, będzie znajdowało się na głównej osi kompleksu. I tak zwiedziliśmy prawie całą świątynię, obecnie zamienioną w muzeum. I znów: ładne to, eksponaty ciekawe, opisy nawet udało się rozszyfrować translatorem. Ale gdzie jest główny bohater?! Gdzie jest mój wpis na bloga?!

to co ważne znajduje się na uboczu

I mało brakowało, a wpis by szlag trafił. Bo pęcherz wypełnił mi się ponad miarę, a toaleta w świątyni zamknięta. Na zewnątrz w parku pewnie coś znajdę, ale trzeba by drugi bilet kupować. Na szczęście podejrzałem, że miejscowi nic sobie nie robili z tabliczki „chwilowo nieczynne”… Kiedy już umysł mi się rozjaśnił… mogłem szukać dalej. Obeszliśmy wszystkie pawilony, znaleźliśmy nawet sklep z chińskim lego. Mają goście rozmach – pół historii Chin i połowa legend w figurkach i klockach. Kupiłem mojemu wnukowi figurkę Małpiego Króla. Doprawdy zacna. Ale chodzimy i chodzimy, a grobu nie ma. Byłem pewien, że układ świątyni będzie taki jak domy w Guangfu. Że przechodząc przez kolejne coraz bardziej „znaczne” pawilony koniec końców dojdziemy do miejsca najważniejszego. A tu nic – chodziliśmy w kółko i nic. Miejsce ładne, jak to chińskie świątynie. I kiedy już powoli traciłem nadzieję, to w małej kamiennej bramie ujrzałem klęczące figury. Tak, to było dokładnie to.

Przed schodami prowadzącymi do jego grobu Yue Fei, znajdują się cztery, żeliwne figury klęczące z rękami związanymi za plecami. Mają tak klęczeć po wsze czasy, w pozie wieczystej hańby. Pierwotnie było ich pięć – jeden został pewnie zrehabilitowany. Przedstawiają one osoby, które doprowadziły do niesłusznego uwięzienia i egzekucji generała w 1142 roku. Nawet obecnie w Chinach są one uważane za synonim zdrady państwowej. Pierwszy z nich to Qin Hui, który najbardziej skorzystał z usunięciu Yue Fei’a z drogi. Ale obok jest jego żona, która ponoć była głównym motorem zdrady. Wszyscy oni zginęli przez ugotowanie (usmażenie ?) w gorącym oleju. Bardzo niezdrowa śmierć, cholesterol i te rzeczy.

Qin Hui i jego żona… tego dnia nie padało… (napisy na tabliczkach proszą aby nie uderzać i nie pluć)

Przez wieki istniał zwyczaj, zgodnie z którym odwiedzający grobowiec pluli na posągi, przeklinali je lub uderzali. Z powodu intensywnego „użytkowania” przez tłumy, posągi wielokrotnie ulegały zniszczeniu i musiały być odlewane na nowo (obecne pochodzą z czasów dynastii Qing). Dziś władze często umieszczają tabliczki proszące o cywilizowane zachowanie, choć emocjonalny ładunek tego miejsca nadal jest bardzo silny. Na terenie grobowca znajduje się napis:

„Zielone wzgórze ma to szczęście, że kryje kości lojalnego patrioty;
Białe żelazo ma tego pecha, że odlano z niego posągi zdradzieckich urzędników.”

Z egzekucją Qin Hui’a wiąże się jeszcze tak kulinarna ciekawostka. Popularna chińska przekąska śniadaniowa, smażone paluchy z ciasta znane jako You-tiao, pierwotnie nazywały się You-zha-hui („Smażony Hui” lub „Smażony diabeł”). Miały one symbolizować dwóch zdrajców (Qin Hui i jego żonę) smażonych żywcem w oleju. Jadłem – Fajne.

Yun Tiao – fajne i brakuje mi takich świeżych…

A sama świątynia. Wiecie, jak to jest. Czasami coś sobie wyobrażacie, a potem czujecie się zawiedzeni. Czasami człowiek nie oczekuje niczego, a widok przerasta możliwości pojmowania. Tym razem było zupełnie inaczej. To było dokładnie takie samo, jak sobie wyobrażałem lata temu. Kopulaste groby zupełnie takie same jak te w Guangfu w Fu Gong Temple. Wielka i dymiąca popielnica przed nimi i figury zdrajców klęczące pod murem. Zupełnie jakbym tam już kiedyś był. Poczułem wtedy ulgę, że stare marzenie się spełniło. I mówiąc górnolotnie: poczułem drogę, którą przeszedłem, żeby tam być.

Kult Yue Fei’a jest obecnie bardzo wygodny i taki bardzo państwotwórczy, coś jak u nas Grunwald. Wszędzie znajdują się bardzo patriotyczne, ale nieco podprogowe przekazy. Na suficie głównej hali namalowano 373 żurawie. W chińskiej kulturze żuraw jest symbolem uczciwości, czystości i długowieczności ducha. Liczba ta oraz motyw lotu mają podkreślać nieskalaną naturę i niezłomny charakter generała. Znajdują się tam też odpowiednie cytaty 还我河山 („Oddajcie nasze góry i rzeki”) będące reprodukcją pisma Yue Fei’a i do tej pory używane jako wezwanie do zwrotu utraconych terytoriów oraz 尽忠报国 („Służ krajowi z najwyższą lojalnością”), który to matka Yue Fei’a ponoć wytatuowała mu na plecach, żeby nigdy nie zapomniał jaka jest jego główna powinność. Nie dziwne, że kult generała jest podsycany do dzisiejszego dnia.

skamieniałe drzewo – fragment pierwotnej świątyni

Tak naprawdę ciekawe rzeczy są raczej wyżej na tej górze. Bo było tam co zwiedzać i naprawdę żałuję, że tego czasu potreningowego było tak mało. Jeśli będzie jeszcze następny raz w Hangzhou, to następnym razem na pewno!


1

przyjęcie na osobistego ucznia mistrza Zhai Wei Chuana
korekty mistrza Zhai Shi Zonga
nauka u mistrza Hong Zi Tiena
pchające ręce z mistrzem Yang Jwing Mingiem

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz