Mniej poważny wpis o wizycie w Chinach. To był ostatni dzień pobytu w Quzhou. Wszystkie treningi za nami, pożegnania i toasty — to już minęło. Walizki spakowane, a ostatnia doba hotelowa zbliża się nieubłaganie ku końcowi. To chwila, której nie lubię, bo to niby jeszcze nie koniec, ale tu już nic więcej się nie może wydarzyć. Do ustalonej godziny ewakuacji mieliśmy jeszcze ponad dwie godziny. Zostawiłem więc Danusię w pokoju i poszedłem na jeszcze jeden, ostatni spacer.


Starożytne miasto, czyli warszawska Starówka przy Ramzesie III
Zaraz za wyjściem z naszego hotelu rozpościerało się tak zwane starożytne miasto… hłe, hłe, hłe — jak by to Onufry Zagłoba w „Rycerzach” Waligórskiego skomentował. Jakoś tak czuję, że przy starożytności tego miasta to warszawska Starówka datowana byłaby gdzieś w okolicach Ramzesa III. Jednym słowem czuję się tam jak jakiś Krakus na Podwalu. Ale od czego mam wyobraźnię? Jeśli w Wawie potrafię wyobrazić sobie zabytkowość Starówki, to i w starożytnym mieście Quzhou dam sobie radę… i to nawet bez płynnych wspomagaczy.

Spaceruję więc bez większego sensu po wąskich uliczkach, pośród pozamykanych sklepików i knajpek. Oglądam, równie jak one zamkniętą, przychodnię medycyny naturalnej. Wszak mamy godziny poranne i poza popapranym turystą z dalekiego kraju nikt tam nie chodzi. No dobra, prawie nikt, bo spotykam jeszcze dwie dziewczyny z naszej grupy, ale szybko gubimy się w zaułkach starożytnego miasta. W jednym, jedynym otwartym sklepie z pamiątkami udaje mi się upolować magnes na lodówkę pasujący do naszej kolekcji (tak, tak, zbieramy z Danusią różne dziwne rzeczy).

Łowy na magnesy i pocztowe pieczątki
Prawdę powiedziawszy, idę na pocztę. Poprzedniego dnia wysyłaliśmy z niej widokówkę (zwaną przed wojną odkrytką — ale to z rosyjska, więc zostańmy przy kartce pocztowej), która swoją drogą jeszcze nie dotarła. Przy okazji zauważyłem, że na poczcie znajduje się pokaźna kolekcja pieczątek. To znany w niektórych regionach Azji sposób na „produkcję” pamiątek z podróży. Poprzedniego dnia nie miałem ze sobą swojego świętego notesu treningowego, więc postanowiłem uzupełnić go tego ostatniego poranka.

Muszę też zauważyć, że ostatniej nocy spadł deszcz i miasto nadal było raczej szare. Więc kiedy po raz pierwszy na ulicy mignęła mi starsza pani (to znaczy żwawa seniorka) w jaskrawej treningowej piżamce, to nie od razu zwróciłem na to uwagę. Ale po chwili zza załomu ulicy wyszła druga, a za nią trzecia… poszedłem tam. Może trochę pod prąd, bo mam wrażenie, że wszyscy już wracali, ale byłem ciekawy skąd.
Inwazja seniorek w jaskrawych piżamkach
W jednej z uliczek znalazłem szkołę Tai Chi. Niestety już pustą, czyli zajęcia pań, które spotkałem na mieście, właśnie musiały się zakończyć… och, jaka szkoda. Ależ miałbym materiał na wpis. I można powiedzieć, że nadal mam. Bo pusta szkoła nie znaczy zamknięta.
Szkoła składała się z przedsionka rozciągającego się za dużą, niczym niezamkniętą bramą księżycową. Sam przedsionek był chyba ze cztery razy większy od naszej akademijnej piwnicy. W przedsionku dyżurował ochroniarz. Nic dziwnego, bo to wszystko naprawdę było ogólnie dostępne. Kiedy ruchem dłoni spytałem, czy mogę wejść, uśmiechnął się i zaprosił do środka (oczywiście również kinetycznie).

W środku… mmm… tak to właśnie wyglądało na „Przyczajonym tygrysie i ukrytym smoku”. Duża przestrzeń pośrodku, pod ścianami olbrzymie biurko, zapewne nauczyciela, wyposażone we wszelkie herbaciane utensylia, regały z książkami i oczywiście stojaki na broń… a nawet duży drewniany manekin, którego nijak my tu w Polsce z Tai Chi nie kojarzymy.


Brama księżycowa i tyczka odbierająca pamięć
I znów ruchem dłoni spytałem uśmiechniętego ochroniarza, czy mogę obejrzeć broń. Nie wyglądało, żeby miał coś przeciwko. Broń fajna, ciężka, porządna… ciekawe, kto z tym ćwiczy, bo raczej nie te mijane przeze mnie panie w piżamkach… choć chyba niewiele jest w stanie mnie zdziwić w tej dziedzinie. Wzdłuż jednej ze ścian leżał długi, chyba z pięciometrowy kij. Dagan… coś, z czym powinniśmy ćwiczyć tak zwaną tyczkę (大桿 – Dàgǎn). W Akademii Andrzej Kalisz ma taki jeden (ale chyba krótszy), tylko że na salce nie da się go użyć, a wyciągnięcie go na zewnątrz to poważna operacja logistyczna… więc leży. Tu można było go sobie podnieść, kiedy tylko najdzie chłopa ochota… i pomachać.

Co też uczyniłem… i poprosiłem towarzyszącego mi ochroniarza, żeby zrobił mi zdjęcie. Z próby machania tyczką byłem zadowolony, bo pamiętam, że jak raz tę naszą warszawską miałem w ręku, to była mi tak obca, iż zupełnie zapomniałem, co się nią robi. W myślach nadałem jej imię „tyczki odbierającej pamięć” po chińsku (według translatora) 接收极 (Jiēshōu jí — nawet to fajnie brzmi). Tym razem niczego złego z moją pamięcią nie spostrzegłem… hmmm, może to takie In Yang? Może ta chińska tyczka, w przeciwieństwie do polskiej, przywraca pamięć (Jìyì huīfù gān — to już tak ładnie nie brzmi).
Szkoda, że nie wpadłem na to wcześniej. Przyszedłbym w nocy zobaczyć, czy to miejsce nadal jest tak otwarte na zbłąkanych praktyków.
Feng Shui kontra akademijna piwnica
Możecie mówić, co chcecie, ale posiadanie takiej sali to duży plus. Atmosfera, czy coś, co można by nazwać Feng Shui, to rzecz ważna. Chyba Marcin mówił kiedyś o progu wejścia — taka sala ułatwia wejście komuś nowemu. Ja tam nic nie mam do Andrzejowej piwnicy. Dobrze, że na łeb nie pada… ale wiem, że były przypadki ludzi, którym było za ciasno i zbyt klaustrofobicznie. Bo kto by nie chciał, żeby sala była większa, wyższa i miała taki sznyt… Ja bym nie odmówił.
Pożegnałem się z panem ochroniarzem i podreptałem przybijać pieczątki. Jeśli jeszcze wrócimy kiedyś do Quzhou, to odwiedzę to miejsce ponownie.


1








