Nowa twierdza króla

To był mój piąty wyjazd do Chin, jubileuszowy. Piąty jubileusz, nazywany „drewnianym”, symbolicznie oznacza, że związek jest już solidnie ugruntowany (jak drzewo z korzeniami), ale wciąż rośnie i rozwija się. To może trochę naciągana interpretacja, bo przecież w tej liczbie moich rajz mieszczą się też wyjazdy czysto jedzeniowo-turystyczne. Niemniej jednak miło mi jest tak myśleć.

Tym razem nie pojechaliśmy do Guangfu. Może trochę żal, bo to jedno z tych miejsc na ziemi, w których czuję się dobrze — ale tym razem nie kamienie były naszym celem, tylko żywa sztuka Tai Chi. Główna siedziba klanu rodziny Zhai przeniosła się do Quzhou, małego miasta we wschodnich Chinach, w Zhejiangu. A my jeździmy tam, gdzie jest źródełko wiedzy — zwiedzanie jest tylko przy okazji. Niestety pewne okoliczności sprawiły, że mogliśmy jechać pod koniec stycznia, czyli trochę mało wakacyjnie. Choć w zasadzie okazało się, że nie było źle — trafiliśmy tam na taką bardzo wczesną wiosnę. Było trochę mrozu, ale w tle pojawiały się już pierwsze pączki na drzewach.

Noclegi mieliśmy w samej turystycznej części starego miasta Quzhou. To było fajne, tylko że treningi odbywały się pod miastem. Rano zabierał nas autobus i odstawiał popołudniami, a czasami nawet bardzo późnymi. Nie narzekam, bo przyjechałem ćwiczyć, ale zwiedzanie było utrudnione. Świątynie i inne „ancienty” były zamykane około 17:00. Nie było więc typowego dla Guangfu międzytreningowego szlajania się po okolicy. Oczywiście mogłem, wzorem MarkaG, zostać w Chinach na następne kilka dni (czego skubaniutkiemu zazdroszczę), ale inne tegoroczne plany treningowe (o których szzza) sprawiły, że musiałem skrócić ten wyjazd do minimum. Co się odwlecze, to nie uciecze.

droga do, flagi to nie moja inicjatywa

Ale do brzegu — do tematu tego wpisu: nowa siedziba mistrza Zhai Wei Chuana. Rano spod siedziby hotelu zabierał nas autobus. Jechaliśmy około 30 minut do takiego podmiejskiego osiedla w budowie. Pierwszego dnia towarzyszył nam mistrz Zhai i nie omieszkał nas po tej budowie oprowadzić. Osiedle w przyszłości będzie pełne ładnych willi dla bogoli. Umieszczone na stoku góry, nad rzeką, na której zbudowano nawet próg wodny — tak, żeby sobie ładnie szumiało. Robiło to wrażenie, choć po prawdzie do Guangfu nie umywało się zupełnie.

Tu muszę wrzucić mały wtręt. To osiedle nie miało żadnego startu do naszych wspomnień o Guangfu (szczególnie tych z 2019), bo gdy widzę filmy o tym, jak Guangfu wygląda teraz, mam wrażenie, że dobrze, iż tam już nie jeździmy.

nowa siedziba mistrza
wejście i piękna ogrodowa kuchnia z lewej
fajny motyw na koszulkę

Nowa siedziba mistrza mieści się na końcu tego kompleksu. To duży, jasny, robiący wrażenie budynek. Jak powstał? Z tego, co wiem, władze regionu bardzo chciały, żeby na jego terenie znalazł się ośrodek nauki dobrego Tai Chi, i mocno współuczestniczyły w jego powstaniu. Pamiętam taką rozmowę z mistrzem Houngiem na temat mojego skrawka ziemi w Tamtam — to zaledwie 700 metrów, a on był pod wrażeniem mojego kułactwa; tu działka była ze trzy razy większa. Zaiste determinacja lokalsów musiała być duża.

Budynek jest wywalony z rozmachem i choć jeszcze niewykończony, już robi wrażenie swoimi możliwościami. Po prawdzie, nadal wolałbym kamienne zaułki małego miasta, ale to niewielki minus. Taki trening na podwórku w domu mistrza to niezapomniane wrażenie — ale czy naprawdę ma to wielki wpływ na praktykę? Raczej dla nas, wychowanych na hongkongijskich filmach, to mrzonki na pograniczu folkloru.

Wejdźmy jednak do budynku. Wielkie, przestronne drzwi prowadzą do pomieszczenia recepcji. Nie ma tam jeszcze długonogiej hostessy przyprawiającej mnie o poczucie niższości swoimi dziewiętnastocentymetrowymi szpilkami — na razie jest tylko lada — ale zawsze wita nas ktoś z mieszkających tam ćwiczących. Ośrodek pomyślany jest tak, by ludzie mogli tam mieszkać na czas warsztatów. Oczywiście nie my — prawo to prawo i nikt nie będzie go dla nas łamał. Zaraz za tym niemalże westybulem, za wielkimi szklanymi drzwiami, widać główną salę treningową.

I tu następna różnica: nie ma już bramy, nie ma zamkniętego podwórka, z którego nic nie zobaczysz z ulicy. Tu wszystko jest otwarte, widoczne. Znów w pierwszej chwili żal mi przytulnego podwórka domu starszego mistrza — już taki romantyk ze mnie. Główna sala treningowa jest duża i przestronna, z sufitem sięgającym wysoko drugiego piętra. Nie będę nawet pytał o koszty ogrzewania takiej kubatury. Lepiej nie wiedzieć. Ściany sali są ozdobione zdjęciami z historii szkoły i książkami będącymi dorobkiem mistrza Zhai Wei Chuana. Niektóre z nich mam na półce, inne stanowią obiekt zazdrości. Niestety — nakłady wyczerpane. Główną ścianę zajmuje ołtarz i portrety mistrzów. Mamy tu całą genealogię: od Wu Yuxianga począwszy, a skończywszy na dwóch nauczycielach mistrza Zhai Wei Chuana. Na ołtarzu zawsze świeże owoce i kielonek wódeczki, często też dymią niewielkie kadzidełka. Czyli wszystko zgodnie z wyobrażeniami.

główna sala treningowa, teraz przygotowana do ceremonii Baishy
wystawa z publikacjami mistrza Zhai Wei Chuna niestety nie wszystkie są osiągalne

Przed ołtarzem stoją dwa krzesła: po prawej (mojej prawej) fotel dla mistrza Zhai Wei Chuana, drugi może zajmować jego syn (jeśli ojciec mu pozwoli). Myślałem, że ten układ jest niemal święty, ale zauważyłem, że czasami komuś zdarza się posadzić tyłek na mistrzowskim stolcu (oczywiście gdy mistrza nie ma na sali). Kiedy Li Yang zauważył, jak miotam się po sali, próbując ustawić kamerę tak, by nagrać coś więcej niż plecy ćwiczących, ruchem głowy wskazał mi blat ołtarza jako dobre miejsce. Faktycznie byłoby dobre, ale jakoś nie chciałem — postawiłem kamerę na donicy obok.

Idźmy dalej. Po lewej stronie jest duży korytarz kończący się drugą salą treningową — może nie tak jasną jak pierwsza, ale za to ze stojakami na broń. To chyba najbardziej wykończona sala w ośrodku. Obok znajduje się duża sala multimedialna. Jej multimedialność póki co objawia się w postaci silnego kompa (zapewne do streamingu) stojącego w kącie. To tu nagrywana jest spora część filmów, które potem można znaleźć w Internecie. W czasie naszej wizyty sala pełniła rolę szatni.

sala lustrzna
stojak z bronią oraz kamienie do ćwiczeń pchających rąk

Z drugiej strony głównej sali, z korytarza, można było skręcić do dużej sali herbacianej. To tu można było napić się dobrej herbaty, bo zawsze ktoś dyżurował przy czajnikach. Można było też zjeść coś słodkiego — takie przegryzki, na przykład delikatne, miętowe płatki, konsystencją przypominające gumę do żucia, ale rozpływające się w ustach momentalnie, stanowczo zbyt szybko. Coś o wymownej nazwie „chmury do gęby” — albo jakoś tak. Dorzuciłem na blat trochę „batonów krówkowych”. Ciekawe, czy im smakowały? Sala herbaciana była tak duża, że spokojnie kilkanaście osób mogło siedzieć przy głównym stole i gadać, a drugie tyle — na kanapach — smacznie drzemać pod przeciwległą ścianą.

stół herbaciany to ładny kawałek drewna, o tej godzinie jeszcze pusty.. i pełny łakoci
widać że mistrz lubi prowadzić w nim niewielkie zajęcia, to pewnie koniec formy 37

Dalej, na końcu korytarza, żeby zamknąć obchód parteru, mamy małą, nieużywaną jadalnię i toalety.

Do zwiedzania, szanowna wycieczko, zostało nam jeszcze pięterko. Może już mniej ciekawe treningowo, ale dla porządku trzeba coś o nim napisać. Na górze mieszczą się pokoje przeznaczone dla przebywających tu adep tów. Dobry pomysł. Latami trenowałem w Brennej. Tam pokoje były umieszczone na galerii wzdłuż hali. Jak chciałeś rano poćwiczyć, to zakładałeś, bracie, buty i szedłeś ćwiczyć. Za chwilę wracałeś, zdejmowałeś te buty, zakładałeś spodnie, potem znów buty — bo to łatwo było o tych gaciach zapomnieć. Złapałem się na tym, że z tego budynku potrafiłem wyskoczyć tylko do źródełka. Niestety, Chiny to inna specyfika i nie można sobie tak po prostu mieszkać, gdzie się chce. Stąd nasze zameldowanie tak daleko od ośrodka.

Na piętrze budynku była też stołówka i kuchnia. W jednym i drugim miejscu zawsze znajdzie się jakaś robota dla ćwiczących. W naszym wypadku ograniczało się to do odnoszenia naczyń. Nie dopuszczali nas do gotowania. Obiady raczej proste, ale po chińsku. Czyli sporo potraw (jak na polskie warunki), smacznie, do popijania napój o swojsko brzmiącej nazwie „Smacznie, wesoło” (ale jak zasłonić jeden znak wychodzi w „Usta, wesoło”). U nas ten napój znany jest pod nic niemówiącą nazwą Coca-Cola. Charakterystyczne, że w odróżnieniu od Brennej. gdzie kuchnia miał pełną obsługę i niewielkie stoliki, tu siedzieliśmy przy dużych okrągłych stołach. To ma stwarzać warunki do integracji ćwiczących… niestety bariera językowa robiła swoje.

jadalnia, teraz pusta. Mam zdjęcia pełnej ale nie nadają się do publikacji

W zasadzie tyle. Budynek nadal jest nieskończony, ale główne cele już spełnia. Jest gdzie spać, zjeść i jest też kibelek w jednym miejscu. Najważniejsze jednak, że jest gdzie poćwiczyć i oczywiście że jest z kim poćwiczyć. Widać, że całość pomyślana jest bardzo przyszłościowo. Są miejsca do prowadzenia szkoleń w necie. To w przyszłości może być silny ośrodek szkoleniowy. Takie gniazdo na miarę naszych możliwości. To znaczy — ich możliwości, bo jakoś nie widzę, żeby w Polsce ktokolwiek był w stanie postawić tak wielki i tak silny ośrodek. Nie na tę skalę — bo zresztą, czym, a raczej kim, miałoby się to wszystko zapełnić?

Z ostatniej chwili: w Handanie postawili (żeby nie napisać wywalili) budynek, który ma być ma być „Ośrodkiem kultury Tai Chi”. Nawet nie wiem, ile pięter, ale wygląda… duży. Z netu wiem, że ma dwanaście tysięcy metrów kwadratowych. Ile to jest? To praktycznie powierzchnia dwóch boisk Legii. W tym wszystkim, całe jedno piętro przeznaczono na siedzibę dla instytutu mistrza Zhaia. Cóż, pogratulować kasy. W sieci pojawiły się komentarze, że przydałoby się taki w Polsce. Tylko po co? Ćwiczących trzeba byłoby zwozić autobusami z całego kraju, żeby taki budynek żył. A koszty utrzymania zabiłyby wszystkie funkcjonujące sekcje. U nas by się przydało, żeby każde miasto obniżyło ceny wynajmu sal. Pewnie dałoby to lepszy efekt. Ale wieżowiec, wieżowcem – ja rozumiem stal, szkło i aluminium to może robić wrażenie – ja i tak zamieniłbym tego na mury starego miasta. Niestety, jak to szło w takiej jednej piosence: „Już nie ma dzikich plaż, po których ganiałem pingwiny”. Dobrze, że miałem szansę poćwiczyć w starym mieście. Tego, co w głowie, nikt mi już nie zabierze.

nowa siedziba w Handanie, dobrze że blisko Guangfu

P.S. Może nie mam najlepszych zdjęć nowej szkoły mistrza Zhaia ale poleciłem sztucznej inteligencji stworzyć dwie ilustracje do tego tekstu, według mnie są bardzo trafne, szczególnie ta pierwsza.

tak według AI wyglądała sala treningowa
a tak sala herbaciana

1

przyjęcie na osobistego ucznia mistrza Zhai Wei Chuana
korekty mistrza Zhai Shi Zonga
nauka u mistrza Hong Zi Tiena
pchające ręce z mistrzem Yang Jwing Mingiem

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz