Seminarium Qi Gong
Kula Tai Chi i Biały Żuraw


25.09.2022 Warszawa

Nowa grupa na trening Tai Chi
Warszawa Powiśle


Zapisy na wrzesień

Wakacje z Qi Gongiem

Impreza otwarta dla wszystkich

w każdą środę 10:30-11:30

WibRACJE – nieznośny ciężar ciuchów

Festiwal „Wibracje”. To taka trochę hipi, łamana przez wegę, impreza odbywająca się cyklicznie – ostatnio na mazurskim zadupiu (jakże ja uwielbiam zadupia! Kocham je!). No może z tego hipi robi się bardziej boho (nauczyłem się nowego słowa, muszę sprawdzić, jak to się pisze — qrdę był błąd), bo jakiego hipisa byłoby stać na śniadanie (trzy jajka i jeden tost) za trzydzieści pięć złociszy? Chwała organizatorom za źródło czystej, zimnej wody. Robiła robotę, schudłem trzy kilo w trzy dni. Nie z intensywności zajęć. Po prostu było gorąco i nie miałem siły jeść. Na tamtejsze żarcie nie było mnie stać, a na trzech chińskich zupkach naprawdę można schudnąć.

Samo zjawisko festiwali, zlotów, to fajna rzecz. Jedziesz w jedno miejsce i masz tam propozycję różnych praktyk. Można pooglądać, posłuchać, samemu spróbować. Normalnie trzeba byłoby jeździć po całej Polsce, wydać masę kasy (no nie… festiwal nie był za darmo, za darmo to nawet w pysk teraz nie leją), stracić czasu.

Wibracje – mechaniczne, niskoczęstotliwościowe drgania akustyczne (od kilku do kilkunastu herców) rozprzestrzeniające się w różnych ośrodkach i przekazywane do organizmu człowieka przez określoną część jego ciała będącą w bezpośrednim kontakcie z drgającym ośrodkiem (źródłem wibracji). Zbyt długa ekspozycja na wibracje powoduje zespół zmian, zwany „zespołem wibracyjnym”. Naj­czę­ściej ob­ser­wo­wa­ne zabu­rze­nia do­ty­czą funk­cjo­no­wa­nia na­rzą­dów ukła­du po­kar­mo­we­go, na­rzą­du przed­sion­ko­wo­-śli­ma­ko­we­go, na­rzą­dów klat­ki pier­sio­wej, narzą­dów ukła­du roz­rod­cze­go u ko­biet oraz sta­nu psy­cho­fi­zycz­ne­go, jak za­bu­rze­nia ostro­ści wi­dze­nia, zwięk­sze­nie cza­sów re­ak­cji ru­cho­wej i wzro­ko­wej, zmę­cze­nie, za­bu­rze­nia w ko­or­dy­na­cji ru­chów.

Pamiętam bardzo dobrze takie zloty kungfiarskie. Zlot czytelników Budo (to się chyba tak nazywało) albo te spotkania w Lublinie organizowane przez tamtejszych karateków. Masa warsztatów, można było spróbować boksu, zapasów, spotkałem pana Ryszarda Jóźwiaka i zobaczyłem Viet Tai Chi (i na wonczas nie skumałem). Dużo notatek, wspomnień i historii do opowiadania. I to tych z kategorii pozytywnych.

Co do „Wibracji” miałem podobne nadzieje. Wiedziałem, co prawda, że ten festiwal ociera się i to dość mocno o rejony, które mnie niekoniecznie interesują. Jakieś karty mocy, jakieś bębny mocy, jakieś „jedzcie surowe marchewki i kupujcie moją książkę”, ale na drugim biegunie są jakieś praktyki ruchowe, jakiś Qi Gong, Joga, masa mniej lub bardziej mi znanych systemów ruchowych, więc może i na moje Tai Chi będzie tam miejsce?

Czy było? Dla mnie festiwal powoli dryfuje w kierunku Etno/Techno/Hause dyskoteki. Tak odbierałem muzykę (choć nie zawsze to słowo jest adekwatne do tego co słyszałem) nadawaną do pierwszej w nocy lub dłużej. To powoduje, że coraz więcej ludzi przyjeżdża na energetyczne tańce pod gołym niebem, a coraz mniej tych, co bardziej szanują ciszę i szukanie jej w sobie. „Ja, panie, mieszkam trzy kilometry stąd i wszystko słychać” – mówił do mnie nowo poznany uczestnik – „z żoną stwierdziliśmy, że to już ostatni raz”.

wibracje – wersja artystyczna

Ale nic to, wiedziałem, że jadę w miejsce pełne muzyki, nie wymagam, żeby organizatorzy konsultowali ze mną plejlistę. Mogłem wziąć od Konrada słuchawki do strzelectwa. Są inteligentne – odcinają dźwięk powyżej niebezpiecznej granicy. Mógłbym stać pod samą sceną, pośrodku tej rozedrganej, wibrującej (nazwa festiwalu zobowiązuje) masy ludzi i słuchać dźwięków lecących motyli. Takie słuchawki zakładają małym dzieciom na meczach Legii. Imaginujcie sobie: emocje sięgają zenitu, Żyleta artykułuje dwunastozgłoskowcem swoje zdanie o kibicach przyjezdnych, a taki maluch smacznie śpi pociągając co i rusz z cyca. Nie wziąłem ich. Jestem jedyną osobą, do której powinienem mieć pretensje.

Co tam robiłem? Miałem poprowadzić trzy warsztaty, dlatego na teren imprezy wlazłem za darmo (tu się wyjaśniło, jak mnie było na nią stać). W ten sposób organizatorzy pozyskują materiał merytoryczny. To standardowa metoda, nic nieetycznego. Ty się prezentujesz przed ludźmi, ale nie licz na kasę za „uświetnianie” imprezy swoją obecnością. Nie zgadzasz się, to nie. A ja się zgodziłem, świadomie.

Pierwszy warsztat dotyczył ćwiczenia Tai Chi — formy siedmioruchowej. To taki mój koncept ćwiczenia. Krótka forma, którą można zapętlić w nieskończoność. Nie wymyśliłem żadnych zasad, nie dorobiłem nowej idei, a tylko lekko zmieniłem jeden ruch. Taki Andrzej Kalisz – znał tę formę dużo wcześniej niż ja, tylko pewnie nie widzi potrzeby jej praktykowania. Tu chyba się spodobało. Było kilkanaście osób (żadnych moich znajomych, którzy czasami przychodzą na moje zajęcia z litości, bym się nie czuł jak idiota stojąc sam po środku sali). Ludzi raczej przybywało w czasie warsztatu niż ubywało (to normalne, że ktoś przychodzi w środku, albo stwierdza to chyba nie to, idę dalej). Na koniec dostałem oklaski (to miłe), choć wolałbym batonika. Nawet padły pytania z sali. Takie pytania, to mniód na zbolałą du… tę, no… duszę prowadzącego. Ludzie chyba sobie coś przyswoili i chcą rozwiać wątpliwości. A nawet kilka osób zostało na chwilę po zajęciach. Jedna z młodych kobiet poprosiła nawet o zrobienie sobie ze mną selfiaczka… Nie chce wiedzieć po co… Wolę zachować złudzenia.

w Kołobrzegu nawet postawili pomnik selfiaczków

Przed drugim warsztatem wzmocniłem się kawusią „kopi luwak”. Chyba była z wyprzedaży, bo kubek kosztował tylko dziesięć złotych, ale tak właśnie mogą smakować parzone odchody kota. Daleko jej do małmazji z Bakalarskiej. Podbudowany niekwestionowanym (przynajmniej dla mnie) sukcesem poprzedniego warsztatu, pomyślałem sobie: może ja byłem źle nastawiony do tego zjawiska, może coś? I los mnie usłyszał, i wszystko mi wyjaśnił.

Drugi warsztat, to mój nowy koncept „wpływ ćwiczeń na stan emocjonalny ćwiczącego” ubrałem temat w taki trochę ezoteryczny tytuł (będę się za to smażył w tajciowym piekle) i jedziemy. Standardowo było kilkanaście osób. Tylko że, na stojącej nieopodal tak zwanej małej scenie, odbywał się inny warsztat. Pani Ania z koleżankami, korzystając z profesjonalnego nagłośnienia, przez ponad godzinę śpiewała (chwilami wykrzykiwała) jakąś mantrę. Ja w tym samym czasie próbowałem mówić o związku płynnie zmieniającej się pozycji ciała na emocje (już kilka razy pisałem, że w to wierzę). Ale nie dało się… jeden głośnik, którym poratował nas Janek, kontra bateria wznacniaczy i kolumn. Widziałem, że ludzie mnie nie słyszeli więc zaczynałem mówić coraz głośniej, ale taki prelegent jest źle odbierany. Ćwiczący powoli znikali, zostały cztery osoby – zapewne z litości. Jak jest mało osób, to trudniej zniknąć niezauważonym. Skróciłem ten warsztat. To nie miało sensu.

Nawet nie chodzi o to, że mam do pani Ani jakiś żal. Choć oki… nie jestem bez winy. Miałem żal, ba – byłem wq… to jest rozwibrowany. Sześć godzin jazdy autobusem, dwa dni skwaru, głośna muzyka przez pół nocy, spanie na 3mm karimacie (oki, to ostatnie nigdy mi nie przeszkadzało), a kiedy już miałem okazję spróbować dotrzeć do ludzi – to nie sprostałem konkurencji. Przecież nikt nie będzie ustawiał programu pode mnie. Taki festiwal ma z coś z charakteru bazarku. Kto krzyknie głośniej, szybciej, ten więcej sprzeda.

Uświadomiłem sobie jednak, że nie chcę się tak bić. Że to nie moje miejsce jest i już wiem że nie będę się z żadną panią Anią przekrzykiwał, ani w żaden sposób konkurował. Jeśli próbowałbym podjąć tę walkę, wpadłbym w jakąś koszmarną karuzelę współzawodnictwa. Po co? A może ustąpić, żeby zwyciężyć? Tylko co ma być tym zwycięstwem, i czy w ogólę będę w stanie je zauważyć?

białostocki kercelak

Nic to… postanowiłem dotrwać. We własnym odczuciu było jeden – jeden. Jedna wygrana i jedna porażka. Ale to nie koniec meczu. Gramy dalej. Czy Legia przy takim wyniku zeszłaby z boiska? No ta sprzed kilku lat na pewno nie, ta obecna – jeszcze się rodzi. Jak walczyć, to walczyć. Wstaję więc trzeciego dnia z dużą wolą walki. Pechowo nie wytrząsnąłem spodni przed założeniem. Pięć piękących igieł momentalnie wbija się w uda. Czerwone mrówki. Zapomniałem, że rozbiłem namiot nieopodal mrowiska. Dooobrze, z kawy mogę już zrezygnować. Kowbojskim krokiem idę pod prysznic. Lodowata woda budzi (da się bardziej?) i zmywa ciała mrówek. Festiwal jest w szczerym polu, prysznice są z nagrzewnic, a te nie dają rady. Mnie to nie przeszkadza, lubię spartańskie warunki co jakiś czas – jak walka, to walka.

Mycie zębów obok przy umywalkach, pod chmurką. Przy okazji kilka scenek rodzajowych. Wymiotująca dziewczyna (oki upał, ale to można przysypać ziemią, a nie zostawić na widoku), młody chłopak pomagający umyć się swojej partnerce w plenerowym prysznicu. Niezwykle rycerski, zaangażowany i dokładny w tym, co robi. Naga dziewięciolatka (na oko), pod opieką ojca biorąca prysznic obok. Dość. W zeszłym roku nasze namioty stały na samym końcu obozowiska. Po wodę musiałem iść przez cały plac. Naoglądałem się różnych scenek. W tym roku nie muszę.

upał po czesku

Na wszelki wypadek sprawdziłem co w czasie mojego warsztatu będzie się działo na małej scenie. Medytacja Mahamudry – brzmi dobrze. Warunki idealne. Oni będą sobie medytować, ja będę oddychał. Mniód, malyna, kataryna. Ale uśmiech losu jest krzywy. Ta Mahamudra zaczęła się wcześniej niż mój warsztat. Chcecie wiedzieć co to jest? Ja już wiem…

Otóż dobrze ponad setka młodych kobiet siedzi przed estradą i udaje orgazm, takie „Kiedy Harry poznał Sally”, tylko po stukroć zwielokrotnione. Prowadząca robi to samo, dodatkowo wykrzykuje jakieś hasła i oczywiście korzysta z nagłośnienia. Jeśli mieszka w bloku, sąsiedzi jej nienawidzą. Oto, co piszą internety na ten temat:

„Mahamudra jest tym stanem twojego istnienia, kiedy nie jesteś oddzielony od całości. Mahamudra jest głębokim seksualnym orgazmem z całością. Orgazm jest stanem kiedy twoje ciało już przestało być materią. Wibruje jak energia, elektryczność. Stajesz się tańczącą energią i nie ma dla Ciebie granic. Kiedy to samo wydarza się nie z inną osobą, ale z całą egzystencją Wtedy jest Mahamudra, wtedy jest wielki orgazm.”
~ Osho

Wibruje jak energia? To może być rozwiązanie na światowy kryzys energetyczyny. Czysta energia (są przecież prysznice). Całe farmy… Wiem, to złośliwe. Ale nie było mi do śmiechu. Jak napisałem. Chciałem tych ludzi czegoś nauczyć, a nie tylko się zareklamować. Etyczna reklama też musi być szczera. Przywołuję „moją” grupkę do siebie. „Tu nie dam rady – tłumaczę – musimy iść za pagórek”. Bo, jak to było w tym skeczu Gajosa – „Są tacy, co mogą bez kordły, ja nie mogie”. „Ale tam nie ma skrawka cienia” odpowiada jedna z uczestniczek. „Może zaraz skończą?” – dopowiada chłopak w drugim rzędzie – wygląda, że ona już dochodzi”. „To ma potrwać jeszcze piętnaście minut – mówi dziewczyna z planem w ręku – to może spróbujemy?”

Mahamudra – w internecie na zdjęciach wygląda inaczej niż to widziałem

Dobra, spróbowałem. Faktycznie piętnaście minut i trzy orgazmy (tj. zjednoczenia z kosmosem), później nastała cisza. Pomimo rozwalonego planu skończyłem warsztat i też chyba było dobrze, bo ludzie dotrwali do końca, zadali sensowne pytania i nawet ktoś wziął ode mnie wizytówkę.

Może to tylko mnie przeszkadzało? Może za starym już dziadem jestem i nie rozumiem? Ale ja wyznaję zasadę – żyj i pozwól żyć innym. Jeśli moja praktyka, moje hobby, moje cokolwiek (ba, jeśli ja sam) komuś przeszkadza, to muszę coś z tym zrobić… znależć consensus. Ja tam nie wiem, kto w co wierzy. Może i te dziewczyny osiągały jedność z kosmosem? Te z przodu – z Alfą Centauri, a te z tyłu – z Betelzegą. Ale czynność, którą wykonywały jest tak intymna, że jeśli robiły to szczerze, to dla mnie wyczerpuje to znamiona ekshibicjonizmu. Jeśli udawały… to sorki, nie rozumiem po co? Że wolność? Taką wolność, to każdy ma u siebie w domu – jakby to Pawlak powiedział.

my jesteśmy krasne ludki…

Czy był to zupełnie nieudany wyjazd? Ależ skąd! Na koniec muszę jednak ten wpis lekko osłodzić.

Poznałem Włodka. Człowieka z irydu. Jego zajęcia mnie nie ujęły, ale ja nigdy nie przepadałem za tymi prozdrowotnymi praktykami. Natomiast on sam jest intrygujący. I obiecał mi pokazać ćwiczenia na worku zawieszonym na kiju.

Poznałem w końcu osobiście Pawła Raszkiewicza. Nie do końca zgadzam się z nim w kwestii etyki i taoizmu. Uważam też, że jest rozrzutny – nie zjadł skórki od arbuza, tylko wywalił. Za to jego Qi Gong, potocznie nazywany Ha Ha Qi Gongiem, mnie zaciekawił. Trafi na razie do zeszytu, może się przyda na przyszłość? Podobało mi się, że był w stanie powiedzieć, iż Tai Chi, to nie zawsze oznacza to Tai Chi, którego ludzie się spodziewają i żeby tego nie łączyć. Nie każdego jest na to stać.

Trochę czasu poświęcił mi też Norbert Kopczyński. Pomimo tego, że jego strefa była pełna ludzi przez kilka godzin dziennie, na koniec zawołał mnie, kazał oddać serię strzałów do celu (z wrażenia, przy jednym ze strzałów, łuk wypadł mi z ręki) i powiedział o palcach, o uchwycie, o zakorzenianiu w żółtym, zmienił lekko trajektorię naciągania cięciwy. Na koniec wyjaśnił o co chodzi z wektorami, które pozostają w ciele. No żesz ty… ja, wydawałoby się, praktyk Tai Chi samozwaniec, nie wpadłem na to, że wektor siły pozostaje w ciele jeśli się go świadomie nie wygasi. Wstyd, powiem Wam. Wstyd, jak sto pięćdziesiąt…

No i spędziłem trochę czasu z przyjaznymi mi ludźmi, zaznałem trochę niewygód, ale to ostatnie, uwierzcie mi, odmładza dużo lepiej niż dwudziestoczterogodzinna sesja Qi Gongu.

Ja nie wiem. Pewnie byłem jedynym, któremu to się nie podobało. Może nie jestem otwarty na rzeczy ładne i wzniosłe? To ostatnie, to nieprawda, jak sobie usiadłem na pagórku, to wokół mnie było dużo rzeczy pięknych, ale akurat na te, Danusia nie pozwala mi się otwierać. Dobrze że co innego papatrzeć, a co innego się otwierać. Było też dużo uczucia, ludzi trzymających się za ręce i zapamiętałych w tańcu. Było też sporo lansu i balansu, takich wystudionaych fotek na insta. Pewnie fakt, że nie odniosłem sukcesu miał wpływ na moje negatywne nastawienie. Wszak człowiekiem słabym jestem i sukces oraz uznanie sprawia mi przyjemność, a jego brak stresuje. I tak to bym zapamiętał gdyby nie…

może jestem za stary, koszulka zobowiązuje

Otóż wracaliśmy z M. do Wawy. Co tam wracaliśmy. My spiep…liśmy, jak wielu innych pakujących się w pośpiechu. Włodek ostatni zabieg dokończył już pod chmurką, bo wiatr połamał jego gabinetową wiatę. Ekipy montażowe rozbierały instalacje nader sprawnie, dużo sprawniej niż je stawiały, a droga wyjazdowa zakorkowała się na długo. Nas korek ominął, bo mieliśmy sporo pakowania i ruszyliśmy relatywnie późno. Po drodze miał miejsce pewien fakt.

  • Gaz się kończy, a tu długo nie będzie żadnej stacji. Muszę zawrócić do Ełku. – powiedział M. wykręcając samochodem na jakiejś bocznej drodze. No tak, trasa na Warsiawę w tych okolicach pamięta jeszcze lata sześćdziesiąte.
  • To wysadź mnie tu i zabierzesz mnie jak będziesz wracał – poprosiłem zdumionego kierowcę.
  • Chcesz może papier?
  • Jaki papier? – w pierwszej chwili pomyślałem o dokumentach.
  • No toaletowy – mój kolega wyraźnie bał się, że zostawię mu potem ślad węglowy na siedzeniu jego perełki.
  • No co ty! – odmówiłem – ja na cmentarz idę… –

Wysiadłem i poszedłem. Dla niewtajemniczonych. Lubię cmentarze wojenne. Taki odchył mam, każdy jakiś ma. Jedni udają orgazmy, ja chodzę po cmentarzach wojennych. Mój odchył przynajmniej nikogo nie zagłusza. W każdym razie jeszcze nikt się nie skarżył. Zresztą już chyba ze dwa razy o tym pisałem. Tak, mam na imię Krzysztof i jestem cmentarzoholikiem (Kochamy Cię Krzysiu – krzyknęli inni cmentarzoholicy). Akurat przy drodze, na której zawracał M., kątem oka wyłapałem drogowskaz na niemiecki cmentarz z czasów wojen światowych. Cmentarz znajduje się we wsi Bartoszyce, ale samej wsi nie widziałem, tylko na pagórku niewysoki kamienny murek, kilka drzew, poniżej spokojnym krokiem spacerował się bocian (ale nie ten od siana), co i rusz wyciągając z trawy jakiś kąsek. Po horyzont nic… To mazurska Golgota, nazwa nawiązuje do trzech dużych krzyży sterczących z pagórka. Na górę prowadzą ładnie utrzymane schody. Za cmentarnym murem z rzadka rozrzucone nieliczne krzyże i sterczące na Kubricowską modę płyty nagrobne, zawierające nazwiska żołnierzy. Dużo polsko brzmiących… Gdyby nie świadomość miejsca walnąłbym tam formę, taki piękny ten trawnik. Krótki spacer i wracam na miejsce spotkania. Po drodze poczułem to coś na plecach. Tak, ja tego potrzebowałem. Te piętnaście minut ciszy, spokoju i zadumy zrzuciły ze mnie rozwibrowanie czterech poprzednich dni. Przywróciły oddech i pozwoliły cieszyć się widokiem drzew, bociana (sprawdziłem tylko czy nie zamierza mi czegoś podrzucić) i falującej kukurydzy (też trzeba być czujnym, czasami wychodzą z niej dziwne dzieci). Niezapomniane uczucie, zapamiętałem je najdokładniej jak tylko mogłem, przyda się na przyszłość.

Następnego dnia rano, złapałem miecz i pomaszerowałem do parku. Przywitałem się z paniami robiącymi to swoje Tai Chi i poćwiczyłem pod drzewem. ZAJEBIOZA. Potem posiedziałem w tężni. Śpiew ptaków górował nad odgłosem spływającej po tarninie wody. Na festiwalu raz słyszałem rano żurawie, ale one przegrały z rytualnymi bębnami. A ja? Przegrałem? Straciłem czas? Nauczyłem się czegoś? Rozpoznałem swoje potrzeby i możliwości starą, rosyjską metodą czyli bojem. Straty musiały być. Tak, nauczyłem się czegoś… zapiszę to sobie w notesiku.

Ufff…. musiałem to przelać na papier. To było dla mnie ważniejsze niż to, czy ktokolwiek to przeczyta…

14 Komentarzy : “WibRACJE – nieznośny ciężar ciuchów” Ależ dyskusja!!!

  1. Czyli jest nadzieja, że KO nie rozpłynie się wśród kosmicznych energii znikając w szklanej kuli :)?

  2. To nie jest miejsce dla Ciebie… I bardzo dobrze… bo jest wiele innych lepszych miejsc do bycia sobą

    1. Najbardziej paradoksalne jest to, że w modelu jogi Iyengara mahamudra to raczej mało wyzywająca asana siedząca, podczas praktyki której nie emituje się… dźwięków. 😁

  3. A propos cmentarzy, to szukają specjalisty do spraw edukacji w Izbie pamięci przy Cmentarzu Powstańców Warszawy.
    https://muzeumwarszawy.bip.gov.pl/ogloszenia-o-prace/22527_specjalista-specjalistka-ds-edukacji.html
    Co prawda to nie fucha dla Ciebie, bo za dużo masz innych spraw na głowie, ale może ktoś z czytelników się zainteresuje. Jeszcze do jutra można zgłaszać swoją kandydaturę. Lista obowiązków dość długa i bardzo wymagająca, ale praca za to niezwykle ciekawa. Na pewno taki specjalista pracy będzie miał dużo, bo nawet strona internetowa cmentarza nie uaktualniana jest od kilku lat
    https://cpw1944.waw.pl/kategorie/aktualnosci.
    Ale za to Muzeum Warszawy zajęło się tematem i 2.10.2022 otwierają działalność Izby Pamięci przy cmentarzu; wystawy, wykłady, lekcje, prelekcje. Przynajmniej tak to sobie wyobrażam. A historia tego cmentarza jest bardzo ciekawa i sama w sobie dalej tworzy historię.
    https://pl.wikipedia.org/wiki/Cmentarz_Powsta%C5%84c%C3%B3w_Warszawy
    http://przemoc.wola.waw.pl/pl/Wyszukiwarka-elektronicznej-ksiegi-Cmentarza-Powstancow-Warszawy,55
    Ta praca tym trudniejsza, że coraz częściej można znaleźć debaty publiczne, w których dochodzi do tego, że decyzję o rozpoczęciu powstania uznaje się za zbrodnię. I jakoś trudno mi uwierzyć, że niektorzy by chcieli żeby już nawet Powstanie Warszawskie uznawane było za polską zbrodnię, ale i tak bywa. Dziwne czasy, skomplikowane. niuanse i szczegóły zaczynają sprawiać, że na bardzo ważne wydarzenia nagle patrzymy zupełnie inaczej.
    Prezydent miasta ogłasza, że Izba Pamięci uwrażliwiać ma na zagładę ludności cywilnej. Myślę, że to bardzo dobrze, ale to chyba wciąż jeszcze cmentarz wojenny, prawda?
    https://izbapamieci.muzeumwarszawy.pl/o-izbie-pamieci/
    Jestem kibicem Polonii i Hutnika i doskonale rozumiem ducha sportu jak i zainteresowanie cmentarzami wojennymi, także tymi niemieckimi. O festiwalowych wibracjach mógłbym też coś napisać, ale po co się jeszcze bardziej denerwować? Myślę, że Twój wpis tłumaczy sprawę doskonale. Nawet byłeś miłosierny.

    1. CPW jest mi oczywiście znany, w Wawie jest kilka wojennych nekropolii ale ta jest wyjątkowa.

      Polonia i Hutnik? Niesamowicie egzotyczne zestawienie!

  4. byłeś miłosierny opisując ten festiwal. no ale w końcu (na szczęscie dla nich i dla Ciebie) można było spotkać tam kilka przyjaznych osób.

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: