Po poprzednim wpisie Żwirek marudził, że ja marudzę. Przeczytałem więc te moje wypociny i faktycznie – można moje słowa potraktować jako defetyzm. Tyle że dla mnie była to raczej tęsknota za niepowtarzalną atmosferą Guangfu.
Jakoś dla mnie świadomość historycznego backgroundu tego miejsca ma znaczenie. A może z wiekiem sentymentalizuję się (jest w ogóle takwi wyraz?). Danusia twierdzi, że ponad miarę przywiązuję się do ubrań i butów, więc może do miejsc również czuję miętę.
Więc… żeby nie było – Quzhou też mi się podobało. Pogoda nie nastrajała do spacerów w przerwach pomiędzy sesjami treningowymi Tai Chi – to po pierwsze. Po drugie ośrodek treningowy w Quzhou znajduje się na terenie budowy, która wciąż trwa.
Może i nie przypominało mi to zgiełku i rozgardiaszu, który pamiętam z kilku wielkich budów, na których bywałem, ale jeżdżące ciężarówki nie zachęcały do spacerów. Ciężarówki codziennie przywoziły rzeczy dość nietypowe w kontekście budów. Były to bowiem żywe drzewa różnych wielkości – niektóre naprawdę spore. Sądząc po liczbie dostaw, zaprojektowano tam całkiem spory las.
Cóż, to dla Chińczyków – my na ścierniskach projektujemy amerykańskie miasta, a oni po prostu sadzą drzewa.

Ostatniego dnia treningów zrobiło się na tyle ciepło, że niektórzy z nas zdecydowali się na niewielki spacer po okolicy ośrodka treningowego. Chciałem zobaczyć naszą nową miejscówkę w Quzhou nieco z góry.
Początkowo szło się wzdłuż rzeki. Szerokiej i płytkiej, z wybudowanym progiem wodnym, który dawał przyjemne szemrzenie w tle. Po drugiej stronie stały jakieś domy – nie tak reprezentacyjne jak te na terenie budowy. Z daleka przypominały mi mijane po drodze mało ciekawe miejscowości prowincjonalnych Chin.

Na rzece były jednak niewielkie wyspy. Mam nadzieję, że naturalne, choć kto wie – w końcu w Chinach usypuje się znacznie większe wyspy. Na tych wystających z wody oazach zieleni oczyma wyobraźni widziałem krowy… ale to chyba w Chinach widok rzadko spotykany. Stały tam za to niewielkie pawilony parkowe.

I to jest rzecz, której zazdroszczę im za każdym razem, kiedy je widzę. W Polsce jest niewiele miejsc, gdzie w razie deszczu czy niepogody można schronić się w parku. Ja już nie mówię o tym, żeby tam ćwiczyć – choć i to by się przydało.
W Chinach takiej infrastruktury parkowej jest znacznie więcej. Dobrze, że u nas przynajmniej pojawiły się siłownie plenerowe i te ruskie klatki do kalisteniki. Jest ich już tyle, że może zamiast stawiać kolejne, można by zacząć wydawać pieniądze na popularyzowanie wiedzy o tym, jak z nich korzystać.
Na drugą stronę rzeki można było przejść wiszącym mostem. To prosta konstrukcja – w pierwszej chwili na myśl przychodzą mosty w górach Ameryki Południowej. Ja jednak widziałem podobne (choć szersze i dłuższe) na Ukrainie, kiedy wraz z Młodym próbowaliśmy dotrzeć Galloperem na Przełęcz Legionów.
Most mocno bujał podczas przechodzenia na drugą stronę.
Ja skierowałem się na niewielki pagórek górujący nad rzeką. Najpierw trzeba było przejść delikatnym grzbietem, korzystając z długiego pawilonu, a potem po stromych schodach wejść na szczyt.


I dopiero tam, kiedy spojrzałem za siebie, doceniłem w pełni urok tego miejsca. W oddali, we mgle (a może w smogu – któż to wie), majaczyły wysokie wzgórza. Za nimi, niczym wyrastające z chmur, monumentalne i strzeliste pasmo górskie.
I mógłbym przysiąc, że ich szczyty były pokryte śniegiem. Mam nadzieję, że na zdjęciu widać cokolwiek, bo powietrze tego dnia nie było specjalnie przejrzyste.

Jeszcze niedawno człowiek pewnie wyrwałby się w te góry, niczym młody byczek do krówki. Teraz to już tylko umysł się wyrywa, a reszta poddaje się grawitacji.
Z pagórka schodziłem drugą stroną i tam natrafiłem na ścieżkę prowadzącą w stronę rzeki. Na jej końcu znalazłem – niewidoczne z drogi – dwa groby.
Już w czasie jazdy autobusem zwróciłem uwagę na niewielkie murowane płyty, pojawiające się dość często przy małych poletkach. Początkowo myślałem nawet, że to jakieś komórki na narzędzia – coś w rodzaju naszych półokrągłych piwnic. Potem jednak zauważyłem, że na płytach są napisy i zdjęcia, a wokół – mimo ogólnego wrażenia bałaganu – panuje względny porządek.
Teraz miałem możliwość przyjrzeć się temu z bliska.
Nie były to żadne stare zabytkowe miejsca pochówku, bo jedna z dat wskazywała na rok 2025. Wygląda na to, że w Chinach – przynajmniej w takich miejscach – panuje większa dowolność w kwestii pochówku niż u nas.
Może i jestem trochę zboczony na punkcie cmentarzy, zwłaszcza takich – za przeproszeniem – „nieprzemysłowych”, ale to miejsce dało mi trochę spokoju w tej całej karuzeli emocjonalnej, którą przeżywaliśmy podczas szkolenia.



BTW – nie wiem dlaczego, ale ciągle przypomina mi się refren piosenki Jeszcze będzie przepięknie zespołu Tilt, śpiewanej przez Tomasza Lipińskiego:
„Jeszcze będzie przepięknie,
Jeszcze będzie normalnie…”
I naprawdę nie wiem dlaczego, bo to w gruncie rzeczy dość smutny utwór.
Jeśli podobają Ci się artykuły, które tu publikuję, możesz pomóc mi dalej rozwijać pasję Tai Chi. Każdy drobny datek to dla mnie wsparcie w dalszej nauce i możliwość wyjazdów treningowych do mistrzów w Azji.
Twoja pomoc pozwoli mi pogłębiać wiedzę i dzielić się nią tutaj – z Tobą i innymi praktykującymi w Polsce.
☕ Jeśli chcesz, możesz „postawić mi kawę” – kliknij obok.
Z góry dziękuję za każde wsparcie! 🙏
Następny wpis będzie już o tym powinien napisać od razu, ale jakoś chciałem się z tym oswoić…





