Kraków rządzi

Wiecie, jak trudno mi było napisać taki tytuł? Pewnie mnie kilku kumpli legionistów zmierzy wzrokiem zimnym jak pięty Yetiego. Cóż, prawda jest taka, że musi mi to przez ściśnięte gardło przejść… oczywiście z zaznaczeniem, że owszem rządzi, ale nie na boisku… Do brzegu zatem zobaczcie, co mnie sprowokowało do takiego stwierdzenia.

Tak więc wylądowałem w CKK (czyli w Krakowie, nie w Centrum Kultury Koreańskiej). Miły pan podwiózł mnie niemalże pod Wawel, a ponieważ do zajęć, na które przyjechałem miałem jeszcze ok. 4 godzin, zabrałem się do zwiedzania miasta, Ja wiem, byłem tu już tyle razy, że to po prostu spacerki takie dla frajdy, ale przecież nie będę siedział w knajpie i się obżerał – dieta. I żal byłoby tej pięknej jesiennej pogody, która uszczęśliwiła mnie na ten weekend.

potyczki językowe

Kraków
Herb Krakowa

Od razu zostałem uświadomiony, że znajduję się w nieco innej rzeczywistości niż moja warszawska codzienność. Spytałem bowiem pierwszej napotkanej osoby o drogę. Pani, która dzięki swojemu ubiorowi mogłaby grać jakąś niewielką rólkę w filmie o rodzinie Dulskich, uprzejmie wskazywała mi drogę do tramwaju.

  • nie dzięki, ja bym chciał na piechotę tam dojść…
  • czyli jak? – odparła zdziwiona – że na nogach?

I w ten oto sposób nauczyłem się, że pomiędzy polskim-warsiawskim, a polskim-krakowskim istnieje jeszcze jedna, mała różnica leksykalna.

Nie mniej jednak pani miała w sobie dużo zrozumienia do chuligana, który nawet wysłowić się porządnie nie potrafi, ustawiła mnie twarzą w stronę Wisły i zaopatrzyła w kilka dobrych rad. Osobiście jak już znajdę w Krakowie Wisłę i Wawel, to wiem gdzie jestem i wszędzie trafię.

Wszędzie, to nie znaczy, że od razu. Łaziłem tak i łaziłem – według mojego licznika zrobiłem ponad 12 km. Miejsca, którego szukałem nijak nie mogłem namierzyć.

to na razie jedyna reklama

I tu trzeba w końcu powiedzieć, po co ja tu w ogóle przyjechałem do tego miasta, gdzie słowo Warszawiak bywa obelgą? Otóż niedawno, będąc w Białymstoku, w czasie wywiadu, który robiłem z Robertem Wąsem wyszło na jaw, że w Krakowie powstaje ośrodek YMAAowski z prawdziwego zdarzenia. To oznacza koniec wynajmowania sal po szkołach, koniec z odwoływaniem zajęć (bo matury, bo sala na jakiś apel zastawiona krzesłami) albo pani dyrektor zapomniała powiadomić nas, że na sali jest szkolna dyskoteka i mamy sobie pójść się paść. Własna sala, własne szatnie, biuro. Jest gdzie worki trzymać, nie trzeba się przejmować, że za drzwiami jakaś grupa siatkarzy już przebiera nogami, bo czas płynie.

Świat się zmienia. Jeszcze niedawno nikomu taka wynajmowana salka w szkole nie przeszkadzała. A teraz? Jak to kolega Niemen śpiewał (a tak, znam jeszcze coś poza „snem o Warszawie”) „Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące, My po świeże przychodzimy, w oceanie pluskające…” (Pieśń Wojów Bolesława Krzywoustego).

krakowski Kazimierz

Łaziłem więc po krakowskim Kazimierzu w te i we wte, po ulicy Krakowskiej też wielokrotnie, szukając szyldu z wielkim napisem YMAA. I nic. Nawet przechodziłem pod adresem, który zapamiętałem z ogłoszenia, ale widziałem tylko szyld fitness Clubu.

podwórko… oczami duszy widzę tu więcej zieleni i jakieś ławeczki… stolik, by móc usiąść i pogadać… i oczywiście YMAAowski szyld nad oknem.

Dopiero kiedy wszedłem na podwórko tego fitnessu, za oknem dostrzegłem dobrze mi znaną, żółtą flagę YMAA. Znalazłem.

Ośrodek powstał na miejscu owego fitnessu, który funkcjonował tam przez ostatnie 18 lat i upadł. Z jednej strony dobrze – miejsce ma jakąś treningową przeszłość i trochę potu wylanego na podłogę – atmosferę będzie łatwiej zbudować. Z drugiej… mam nadzieję, że nie będzie to jakieś złe fatum.

Otwarcie ośrodka zostało powiązane z seminarium treningowym, na którym głównym nauczycielem był Vítor Casqueiro, Portugalczyk (5 stopień Tai Chi), którego miałem okazję wielokrotnie spotykać na obozach w Brennej. Choć chyba nie miałem okazji, by ćwiczyć Tai Chi pod jego kierunkiem, bo Vitor najczęściej z Shaolinowcami hasał. O samym seminarium będzie w innym wpisie. Dziś chciałem porozpływać się nieco nad samym ośrodkiem.

ośrodek DaoSport

Nowa siedziba YMAA składa się z dwóch sal treningowych (na parterze i pierwszym piętrze) oraz kilku innych pomieszczeń jak szatnie, biura i składziki – razem jest to prawie 400 metrów kwadratowych. To 20 razy więcej niż sala Akademia Yi Quan, na której obecnie ćwiczę. Aż mnie zazdrość zżerała… i duma przepełniała jednocześnie.

dolna sala, wyłożona gumowymi puzzlami. Trening Shaolinu.

Dolna sala, ta na której mieliśmy zajęcia, to ponad 200 metrowa powierzchnia wyłożona czarnymi gumowymi puzzlami. Nawet kawałek takiego puzzla dostałem w prezencie. Podłoga daje fajny, sensowny opór.  Dało się na niej zrobić wszystko to, co Victor nam ordynował, tylko ponoć za szybko się kruszy, zobaczymy. Na środku sali, pod wysokim sufitem (kije nie będą zahaczały – da się nawet ćwiczyć z Daganem) wisi wielka metalowa konstrukcja. Jest to miejsce do wieszania worków – nie wątpię, że w YMAA będą one mocno wykorzystywane. Wysokie sufity są ważne. Pamiętam jak kiedyś z Młodym pojechaliśmy na spotkanie sparingowe do zaprzyjaźnionych I’liqchuanowców. Młody musiał bardzo uważać, żeby przy uderzeniach z góry nie zdemolować im najpierw sufitu, a dopiero w drugiej kolejności sparingpartnera. Podobnie mamy teraz na salce Akademii ćwicząc z mieczem, te dłuższe, sportowe często zahaczają o powałę.

Całość ma jeszcze bardzo surowy, niemal loftowy wystrój. Widać, że jeszcze dużo pracy trzeba będzie włożyć. Szatnie na górze nadal przypominają koszmar Danusi z czasów, kiedy własnoręcznie remontowałem przedpokój.

Po metalowych schodach wlazłem na piętro. Tu sala nieco inna. Troszeczkę mniejsza, ale za to dużo jaśniejsza i z inną podłogą. Taką wylewaną, profesjonalną. Tego dnia na górze miały się odbyć egzaminy z Shaolinu. Od razu czułem, że nie potrwają długo. Zresztą sam Robert powiedział, że szybko „ich nie zda” i pojawi się u nas. I faktycznie, potupali nam chwilę nad głowami i po egzaminach.

obrazy na ścianę już są… teraz trzeba zrobić imprę, żeby było wiadomo, które plamy zakrywać. Prezent od Mariusza

Widać, że włożyli w ten ośrodek masę pracy (zobaczcie kilka fotografii na końcu). Zresztą, na koniec, Kuba wyświetlił film pokazujący remont w 10 minut. Za prawdę powiadam wam – niczym w stajni Augiasza spod „nawozu” pojawiła się sala. Kiedy zobaczyłem jak to wyglądało przed wejściem ekipy, to zwątpiłem, że widzę to samo miejsce. Osobiście chybabym się nie zdecydował…. olbrzymie dziury w ścianach, jakieś teatralne dekoracje, ogólny „Sajgon”. Trzeba było mieć wizję, żeby zobaczyć w tym salę treningową.

same zalety?

Właśnie uświadomiłem sobie jeszcze jedną zaletę posiadania własnej sali. Mamy gdzie trzymać sprzęt… nie musimy wozić go w bagażnikach, plecakach. Sprzęt jest i już… jest ochota go użyć, to biegniemy do magazynku, pobieramy worki, packi i walimy do bólu. Ileż to razy nie ćwiczyliśmy ze sprzętem, bo jeden packę miał, drugi zapomniał, a trzeci nie wiedział, że będzie potrzebna i w rezultacie trochę taki trening ucieka, a teraz nie ma przebacz. No i jeszcze lustra, przydają się… to już wszyscy wiedzą. Dużo by pisać. Nawet sama możliwość namalowania na ścianach symbolu Tai Chi (Robert ściany ma jeszcze białe – ale mówił, że urządzanie nadal trwa) czy portretów mistrzów tworzy atmosferę.

Ja wiem, może niejeden się skrzywi… że co? Bez portretów mistrza nie da się ćwiczyć? Da się, ja nie mam z tym problemów, ale taki sztafaż, takie okoliczności przyrody – to pięć punktów do poziomu zaangażowania, a te zawsze lepiej jest mieć niż nie mieć.

do przecinania wstęgi chętnych było całe mrowie, ja podpieram słup, żeby w razie czego…

Do tej pory, za szczytowy przykład chciejstwa i zaradności, podawałem karatecki ośrodek w Starej Wsi. Teraz będę mógł pokazać krakowsko-YMAAowskie sale. Szczególnie, że oni mieli jakieś zewnętrzne źródła finansowania, a tu „tymi rencami panie…”.

Powstanie takiego ośrodka, to chyba jest taki konieczny warunek rozwoju. Ludzi przyciągnie własne miejsce (w każdym razie mnie przyciąga). Naprawdę już się cieszę, że będę mógł tu przyjechać i na tych salach poćwiczyć. I będę przyjeżdżał (i Danusia też, bo to jej ulubione miasto do zwiedzania)… Robert obiecał, że będzie teraz organizował więcej różnego typu szkoleń.

Nowy ośrodek ma oczywiście swoją oficjalną nazwę Centrum Treningowe DaoSport – YMAA Kraków. Dla mnie to będzie po prostu Centrum YMAA. I mam nadzieję, że będzie tętnić życiem. Robert snuł plany, padały wielkie nazwiska. Plany, o których mówił, są tak obszerne, że nie chcę ich tu przytaczać. Mam obiecane informacje i na pewno będę o tym pisał.

Tak, wad też szukałem, nieco na siłę i wymyśliłem tylko tyle, że z parkowaniem to będą mieli problem, ale z drugiej strony do tramwaju blisko.

od kuchni strony

Tak umiejscowiony ośrodek ma jeszcze jedną zaletę – Kraków to dobra baza noclegowa (sam spałem na Kazimierzu, 300 metrów od sali za 100 PLN w jedynce. Hostel, nomen omen, nazywał się Panda. Dobrze, że nie Rzym), ale też świetne miejsce do spotkań towarzyskich… ilość knajp na kilometr kwadratowy znacznie przekracza warszawskie normy. Ja się w ogóle zastanawiam, czy tu ktoś mieszka? Czy to tylko same knajpy i hostele? Nie mniej jednak, każdy znajdzie tam nocleg i coś ciekawego do zjedzenia (niekoniecznie chińszczyznę).  Ja odnalazłem swoją przystań w fajnej knajpce specjalizującej się w zupach (tak, w zupach, a nie w … jak to niektórzy mi sugerują). Wspaniała zupa brokułowa z kozim serem oraz ziemniaczana z masłem orzechowym (po 10 PLN, to może nie mało, ale znośnie), a na targowisku znalazłem górala (wyglądał na prawdziwego) sprzedającego sery. Wyśmienity. 3 cm plastra białego twarogu z pajdą domowego chleba wyszedł mi 5 PLN i nasycił na długo.

Ten krótki wtręt kulinarny zakończę wspomnieniem wieczornej integracji, która to, choć wydawać by się mogło, że bardziej nas zintegrować się nie da, to musiała się przecież odbyć. Mieliśmy zarezerwowaną całą salę w pubie Tea Time (podaję nazwę, bo polecam serdecznie). Miałem tam okazję skosztować wspaniałych piw, które to właściciel tego przybytku przywozi busikiem z Wielkiej Brytanii (po Brexicie będzie musiał pewnie zacząć je przemycać).

ekipa ze Śląska, wiem, wiem żarcik taki… z Bełchatowa… (już wam kiedyś tłumaczyłem – macie kopalnie, to pół Polski uważa, że to Śląsk)
Tea Time – świetna knajpa ze świetnym piwem. Na zdjęciu, na pierwszym planie, przedstawiciele Trójmiasta (Od prawej: Joanna – Kraków, Ewa – Białystok, Michał – Katowice). Na drugim planie KO (Warszawa) zagajam do Agnieszki (obecnie Kraków – dawniej również Warszawa)

Dobre piwo, w ładnym miejscu oraz w doborowym towarzystwie – to gwarant dobrego humoru (Danusia świadkiem) i w takim to wróciłem do hostelu Pandą zwanego.

BTW. Arkadiuszu – pamiętam, że wiszę Ci piwo. Tak piszę, bo Ty możesz nie pamiętać.

Na koniec kilka fotek z procesu tworzenia centrum… widać ile pracy w to włożyli. Czyli remont

krzywym okiem KO

tak to wyglądało na początku… nic wielkiego – trzeba było zobaczyć mój pokój po wieczorze kawalerskim.
przypomina mi to sceny z filmu wojennego
wszystkie ręce na pokład ( #Dorotatorozumie )
…nieważne co brali, ale widać, że dużo zmarnowali. Czyżby brak praktyki?
…ale wizje mieli po tym nieliche
robota robotą, ale trzeba trzymać szyk… ostatni krzyk mody – spodnie z dziurami na kolanach (Flanela eksponuje całe nogi)
YMAA
taniec z rurą, ta dyscyplina zdobywa coraz więcej zwolenników (Danusia przyznała Ci 9/10)
przykład wykorzystywania nieletnich, wedle UE wysoce naganny, wg. mnie szalenie pouczający
górna sala – wypucowana i błyszcząca, aż się prosi o wycieczkę licealistek w krótkich spódniczkach
Kuba tłumaczy dzieciakom jak układać ręce do pompek. Pierwsze zajęcia na dolnej sali

PS. Przy okazji dziękuję wszystkim, którzy okazali mi swoją sympatię dla mojej pisaniny. Może nie było tego widać, ale sprawiło mi to olbrzymią przyjemność i satysfakcję.

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: