Młynek

Jakiś czas temu napisałem o „młynku”. Czyli o takim sposobie ćwiczenia, którego nazwa pochodzi od charakterystycznej zmiany partnerów. Wspomniałem o tej metodzie ćwiczeń przy okazji relacji z II Zlotu Grup Sparingowych. Na tejże imprezie „młynek” był często wykorzystywanym elementem na treningu obrony przed nożem. War (prowadzący trening) wycisnął z tej formuły pracy z partnerem wszytko, co najlepsze. Po tej publikacji dostałem aż dwa maile (to więcej niż zazwyczaj) z pytaniem, cóż to jest takiego. Pomyślałem sobie, że warto byłoby ten z pozoru prosty patent opisać.

Zanim jednak przejdę do opisu, chwila samouwielbienia. Otóż niektórzy z moich przyjaciół nazywają tę metodę „młynkiem KO”, mile to łechce moje rozbuchane – niczym kształty Kardiasianek — ego, ale cała moja zasługa polega na tym, że ja to podejrzałem i pomyślałem sobie: „Fajne. Sprawdziłoby się u nas”. Z czego to „nas” obejmowało ludzi ćwiczących pchające dłonie.

Historycznie to było tak. Dawno temu pod Warszawą (Pruszków chyba czy coś) organizowany był Festiwal Sztuk Walki. Takie imprezy czasami ktoś próbuje organizować. Daleko im do tych z podparyskiej hali Bercy, ale zawsze to jakaś forma promocji. Byłem na takim np. w Lublinie gdzie haniebnie nie stanąłem do przyjacielskiego pojedynku z sumotori, czego do dziś żałuje. Żadna z tych imprez nie utrzymała się dłużej niż dwa, trzy lata… a szkoda. Ale do brzegu. Festiwal był fajny, sala wypełniona po brzegi (marzenie — patrz ostatnie mistrzostwa Polski w Wu Shu).

plakat reklamowy paryskiego festiwalu

Podziwiałem tam zapaśników (a właściwie zapaśniczki), widziałem kata ćwiczone przez zaawansowanych judoków i pokazy kajdankowania w wykonaniu jakieś szkoły ochrony mienia. Troszkę zdziwił mnie łucznik z „Drużyny Łuczniczej Drabów Pieszych”, który ustawił sobie po bokach tarczy dwie hostessy (a co? na bogato było!) i walił do tej tarczy z ciężkiego łuku przez całą halę widowiskową, udając przy tym, że dziś coś się gorzej czuje. To akurat słabe było. My (to jest warszawski oddział YMAA) zostaliśmy zaproszeni do pokazania Tai Chi. Ja to akurat wonczas byłem cienki jak rosół w dniu najazdu dalekiej rodziny, więc robiłem za wypełniacz grupy pokazującej formę i pchające dłonie. Do pokazów na pierwszej linii byli inni. Na koniec imprezy wystąpili organizatorzy. A była to jakaś sekcja Aikido.

Chłopaki pokazali coś, co natchnęło mnie wspomnianą na początku myślą. Jak to wygląda? Ano wychodzi na plac czterech gości. Jeden jest Tori (czyli wykonującym techniki), a reszta to Uke (czyli goście, którzy go atakują). Z grubsza te pokazy wyglądają tak. Pierwszy Uke atakuje Tori, nabiegając na niego, potem widowiskowo frunie w powietrzu i nim jeszcze dotknie ziemi, Tori musi już się zmagać z atakiem następnego Uke. I tak w kółko… W zasadzie można byłoby już zakończyć artykuł. Bo wszystko już zostało powiedziane. Jeden atakowany przez wielu, z zachowaniem kolejności i pewnych zasad.

Nazwy „młynek” użyłem, prawdopodobnie kiedy próbowałem przekazać swój pomysł znajomym: „No wiesz, jak w młynku atakujący się zmieniają”. Bo to właśnie tak wygląda. Atakujący dochodzi do broniącego, wykonują technikę, i ten pierwszy wraca na koniec kolejki. W jego miejsce atakuje drugi.

młyn wiatrowy… stąd właśnie idea nazwy

Jakie są zalety tego rozwiązania? Ćwiczący ma szanse sprawdzić swoje umiejętności z różnymi partnerami. Ekonomicznie wykorzystuje się czas treningu (a sale są drogie), ponieważ „ataki” następują szybko po sobie. Ta częstotliwość ataków powoduje, że Tori nie ma czasu za dużo główkować, on ma działać. Tyle w skrócie. Dla uproszczenia ustawialiśmy się gęsiego (my, Uke) przed Tori i „nacieraliśmy”. Z powodzeniem stosowaliśmy tę metodę na treningach Chuo Jiao Fanzi, ale na Tai Chi nie wychodziło. I to nie dlatego, że metoda się nie nadawała. Problemem byli ludzie, którym nie mogłem wbić do głowy pewnych zasad.

Otóż specyfiką bycia Uke, jest przegrywanie. Przegrywanie nie jest złe, bo uczymy się od drugiej strony, jak działa technika. Jeśli w tej sytuacji Uke koniecznie chce „wygrać” i na siłę udowodnić temu drugiemu, że jest od niego lepszy, a on nic nie umie, to jego ego bije właśnie rekordy polskiego Sejmu (wielkiej litery używam ze wstydem). Jeśli Uke ma podejść i schwycić za nadgarstki, to ma zrobić to i tylko to, a nie przy okazji np. dociskać te ręce do ciała. Jednym słowem MUSI przestrzegać zasad. Drugim dużym grzechem było traktowanie ćwiczenia jako zabawy, błazenady. Jakieś heheszki, „straszenie” partnera. Trzeci grzech to brak poszanowania dla realności ataku. Bo atak, aczkolwiek dostosowany do umiejętności broniącego, musiał mieć przynajmniej znamiona realności. Jeśli umawialiśmy się na symulacje uderzenia, bo np. chcemy szlifować aplikację do omiatania kolana, to uderzenie ma nastąpić. Nie ma mowy o tym, żeby pięść leciała zygzakiem (widziałem takie numery) albo nagle przyspieszała bądź zwalniała (i to też widziałem). Jeszcze wiele innych numerów widziałem, ale poco opisywać patologie.

tak wyglądała moja inspiracja

Może się komuś wydaje, że taki trening w Tai Chi jest bez sensu, bo to ma być piękno ruchu, miłość i medytacja? Bardzo chętnie z taką osobą podyskutuję. Osobiście twierdzę, że techniki ćwiczone w formie w pierwszej kolejności należy zrozumieć. Bo jeśli ktoś rozumie, co robi, to ruch się robi piękniejszy i medytacja pojawia się w postaci czystego umysłu. A i na miłość jest więcej okazji, bo lepiej wykorzystuje się czas na sali i w związku z tym częściej się w domu bywa.

KO

Autor niniejszego bloga. Może nie jestem mistrzem, ale piszę o tym co robię i co mnie fascynuje. Jestem fanatykiem spędzania czasu na ćwiczeniach różnych ciekawych systemów treningowych. Ćwiczę Tai Chi, Qi Gong, Chuo Jiao Fanzi, łuk, bicz, rzucanie nożem i w zasadzie co się da... Jeśli chcesz ze mną poćwiczyć daj znać...

3 komentarze do “Młynek

  • 09/09/2021 o 10:35
    Permalink

    Hmmm….jak przeczytałem zajawkę w mailu, moja pierwsza myślą było…hej, ja to już przecież widziałem, a nawet brałem udział. I oczywiście pomyślałem o aikido…

    Odpowiedz
  • 09/09/2021 o 14:57
    Permalink

    Metoda powszechnie znana i praktycznie stosowana przez wszystkie style. Kwestia tylko czy nauczyciel wprowadzi to na swoich zajęciach. Bardzo fajna, aczkolwiek aby ludzie to złapali i robili sensownie to trzeba wybrać prostą technikę , która łatwo można wykonać na dwie strony. Pierwszy raz spotkałem się z taką metodąw 1989 roku w mojej pierwszej szkole YMAA.

    Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: