Mi strzostwa…

I tak… Nie lubię zawodów w Kung Fu. Choć doceniam umiejętności ludzi, którzy potrafią ćwiczyć pewne rzeczy lepiej niż ja. Mam jednak wrażenie, że tak zwane sportowe Kung Fu, dryfuje w kierunku gimnastyki z przyrządami takimi jak wstążki czy piłki (jak w gimnastyce artystycznej, bez urazy). Kiedyś istniała taka dyscyplina olimpijska, nie wiem, czy jeszcze ktoś to ćwiczy — dawno nie śledzę.

Zatem w Warszawie odbyły się się zawody w Wu Shu. Byłem dawno temu jako świeżo upieczony adept Tai Chi i się wynudziłem. Potem, jako nieco starszy, to nawet wystartowałem w jednych, osiągając złoty medal w konkurencji miecza dwuręcznego. Nic to, że jednocześnie zająłem niesławne, ostatnie miejsce w tej kategorii, ale za to jako jedyny startujący byłem bezkonkurencyjny.

No, ale dobra… w tygodniu rozdzwonił mi się telefon. Niemalże jednocześnie Rafał z Gdańska i Żwirek z Wrocławia zaanonsowali swój najazd na Warszawę i to zbrojny, bo w towarzystwie młodych ludzi uzbrojonych w rozmaitą broń dalekowschodnią. I nic to, że przy całym moim szacunku dla ich umiejętności, grupie górników protestujących pod sejmem nasze kung-fu pandy pola by nie dotrzymały, to zdecydowałem się podjechać, sprawdzić, czy przypadkiem nie będę musiał wkroczyć do akcji.

Mam nadzieję, że moi koledzy z treningowych sal nie będą mieli do mnie pretensji za te małe krotochwile. Doceniam umiejętności każdego, kto potrafi coś, czego ja nie umiem. Nawet jeśli jest to tylko umiejętność nieprzypalenia sosu śmietanowego.

I tak wybrałem się na Otwarte Mistrzostwa Polski w Kung Fu/Wu Shu. Sprawdziłem adres. Na stronie Polskiego Związku Wu Shu dowiedziałem się, że strona nie działa. No pewnie, bo po co ma działać? Na jakieś plakaty na mieście czy inne informacje liczyć też nie mogłem. Ta impreza już od dawna jest tylko dla kół mocno zbliżonych do siebie. Na szczęście jest jeszcze Facebook, ten nasz dobroczyńca. Oczywiście pomimo tego, że jestem grupie „adoratorów” fanpejdża PZWsu, to nie dostaję od nich żadnych newsów. Widocznie pan Cukierman doszedł do wniosku, żem nie godzien. Ale ok, ja sobie wejdę, ja sobie sam znajdę. I tak uzbroiwszy się w adres i biliet za 4.40 PLN pojechałem na Wilanów.

A musicie wiedzieć, że Wilanów i tamtejsze miasteczko nie należy do moich ulubionych fragmentów Warszawy. No jakoś nie. Dawno temu, jeszcze jak byłem w Wilanowie na wycieczce szkolnej (czyli jakieś 40 lat temu), mieliśmy tam dosyć znamienną przygodę. Otóż siedzieliśmy sobie z kumplami na pętli i czekaliśmy na odjazd autobusu linii pośpiesznej „B”. I ten zdezelowany Berliet (bo te francuzkie wynalazki obsługiwały wtedy tę linie) nie chciał ruszyć. Na to przychodzi do nas kierowca, taki starszy „siofer” i mówi: „Panowie szlachta, jak chcecie wrócić do Warszawy, to musicie popchać”. Udało nam się do Warszawy wrócić, ale ja nadal nie pałam miłością do tego miejsca.

Jakby nie było tego dość, w teraźniejszości również miałem pewną przygodę czasokomunikacyjną… otóż w autobusie młodziutka mama (a gorąco było i przewiewnie tego dnia) w pewnej chwili pokazuje coś swojemu synkowi za oknem. „Patrz!!! Jaki zabytkowy tramwaj. Jak go złapiemy, to się przejedziemy”. Ja tam jestem miłośnikiem zabytków komunikacji masowej, więc oderwałem wzrok od widoków i spojrzałem na tramwaj. A tam… Normalny wagon 13N!!! Przecież je za mojego życia  wprowadzali do użytkowania. I to ma być zabytek? Nic dobrego z tych dzieci nie wyrośnie, jak im matki taki kit wciskają. Wielki mi zabytek.

Dworzec Wilanów. Fotka prawie sprzed stu lat. O i to jest jakiś zabytek… i jeszcze o dziwo stoi.

I tak rozmyślając, dojechałem na Wilanów. Przystanek wypadał akurat przy zabytkowym budynku dworca kolei Wilanowskiej, bo tak, tam się kiedyś pociągiem jeździło. Tak normalnie: z herbatą w butelce po oranżadzie i jajkach na twardo w srebrnej folii. Trzeba było tylko najpierw żonę ucałować, z dziećmi się pożegnać i można było jechać.

Teraz zaczął się najtrudniejszy etap mojej podróży. Odnalezienie sali. Znalazłem Wiertniczą 26 (a szukałem 26a), ale to jakaś szkoła była. Na bramie nikakich informacji, nic. Nie pakowałem się do środka, bo teraz jakieś ograniczenia. Postanowiłem skorzystać więc ze szczytowych osiągnięć technologii amerykańskiej i wrzuciłem adres na google maps. Ten przeciągnął mnie kilkanaście minut po okolicznych willowych uliczkach i doprowadził pod tę samą bramę, tylko od drugiej strony. Dobra próbujemy dalej… Tam jakaś hala stoi. To idę, wchodzę do środka i widzę basen. Oglądam dokładnie drzwi wejściowe — nic. Żadnych informacji. Jest piłka nożna, taniec towarzyski, a o otwartych mistrzostwach kraju ani słowa.

Michał wypełniał sobą całą salę.

Już miałem się zwijać, bo przecież nie będę dzwonił do gości z Wrocławia i Gdańska, żeby mnie po Wawie pokierowali. No to wstyd i sromota i w ogóle siarra. Dopiero w ostatniej chwili widzę gościa w białej koszulce z wizerunkiem tygrysa i chińskimi krzaczkami… Idę za nim. Normalnie to nawet Mister Bond byłby ze mnie dumny, szedłem za nim niczym gestapo za Kapitanem Klossem. Jakby ktoś zapodał wtedy motyw z „Misską Impossible”, nikt by się nie zdziwił. I miałem rację! Trafiłem na salę pełną młodych zawodników (starych nie było – Tai Chi startowało pierwszego dnia). Błyskawicznie odnalazłem Żwirka i Gosię. Z dala udało mi się dostrzec błyszczącego przykładem Rafała, który wystrojony niczym cieć na otwarcie nowego śmietnika (mucha, biała koszula, nienaganna sylwetka — jak on mnie potrafi zdenerwować) rozdawał medale. Szkoda tylko, że Monika już wróciła na wybrzeże. BTW. Rafale, przypominam o numerze paczkomatu — kuleczka czeka na Ciebie. Szybko też zamieniłem kilka słów z Mariuszem umawiając się na dokończenie dawno temu rozpoczętego wywiadu.

A same mistrzostwa? Załatwię to, bo może ktoś czeka na relację. Otóż wszystkie ciekawe rzeczy tego dnia się już wydziały. I zabytkowy wagon, i niezabytkowa mamusia, spotkanie przyjaciół oraz spacer wśród obrzydliwie bogatych chałup warszawskiej śmietanki. Same mistrzostwa… Uwaga… Byłem chyba jedynym kibicem, który nie był zawodnikiem, rodzicem lub osobą związaną z klubem. Zabrakło wszystkiego… choćby durnego plakatu przed wejściem. Może ktoś z korzystających z basenu skusiłby się popatrzeć? Może ktoś by się zainteresował? Można byłoby przez megafon podawać imię i nazwisko zawodnika oraz nazwę formy, którą będzie wykonywał (milej by im było, bo ten monitorek to ja dopiero na zdjęciu zauważyłem). Można było puścić jakąś muzę w czasie rozdawania medali, na przykład to z „Rockiego”. A tak, nikt się tym nie zainteresował (no, może poza medalistami)… a szczytem wszystkiego była masowa ewakuacja wszystkich przed rozpoczęciu startów w kategorii Wing Tsun. No wiem… nie każdego to rajcuje, ale co oni mieli sami te punkty przyznawać i podzielić się medalami? A tak to trochę wyglądało.

puste trybuny… trochę szkoda

I niech mi nikt nie mówi, że nie mam prawa krytykować, bo sam bym tak skakać, nie umiał. Otóż, dla przykładu, jak Legia słabo gra, to cały stadion im to mówi głośno i wyraźnie, a mało który krytykujący umiałby biegać tak przez choćby dziesięć minut. Takie imprezy powinny być dla kibiców, a nie tylko sami dla siebie. Bo sport bez kibiców jest jak golonka bez mięsa, Bolek bez Lolka i dziewczyna bez… tak… kibice muszą być. To oni są krwią tej kaszanki. To dla nich robi się takie zawody, przynajmniej powinno się tak czynić. Jeśli robi je tylko po to, by się we własnym sosie pochlapać — to coś tu jest nie tak. Jak nie ma kibiców , to medale rozlosować i dać sobie spokój z imprezami.

I nawet mam pewien zgryz bo właśnie przeczytałem notkę w sieci. Że było świetnie i wszyscy się świetnie bawili. I świetnie. Ale jakby dorzucić trochę oprawy, wyjść do ludzi. Bo ja mam takie marzenie… żeby usłyszeć choć raz: „Mamo!!! Tata też się tak wolno rusza jak go o coś poprosić, to może on to ćwiczy?” albo „Tato, kup mi taką szablę, będę miał do przedszkola”. Ale żeby nie było, żem skończony krytykant. Taki problem z dotarciem do ludzi mają wszyscy. Lekkoatletyczne Mistrzostwa Polski również nie wzbudzają wielkich emocji. Na przykład poprzedniego dnia w Warszawie odbyły się tradycyjne zawody kuszy mongolskiej. Jazda!!! Ale dowiedziałem się o tym dopiero postfactum. Pojechałbym… cóż to byłby za wpis!

forma z flagą… była moc. Podobało mi się.

Dla mnie dzień nie był stracony. Na koniec jeszcze poćwiczyliśmy trochę ze Żwirkiem Tai Chi Hao tak jako odtrutka. A potem jeszcze on i Gosia wpadli do nas na małą herbatkę. Żwirek chwalił się Danusi ile to on może teraz piw upchnąć w spodniach i (po raz dziesiąty tego dnia), że ma piąte kiu w Aikido. Gadaliśmy o fokach i foczkach, i o tym ile lat dla takiej jest ok, a ile za mało. I o ekologicznej i certyfikowanej skórze z łosia oraz o tym, żeby, jakby co, kłaść się na niej pod włos… bo potem wziiiu i będzie zdziwienie. Było o wachlarzach, o Tori i Uke, piętrowych łóżkach i nawet już nie pamiętam o czym…

W gruncie rzeczy, to fajnie, że te mistrzostwa się odbyły. To był fajnie spędzony dzień. Czekam na następne.

PS 1. Dooobra, podobało mi się jak dziewczyny z flagami biegały. Szacun. Naprawdę to miało potencjał.

PS 2. Ja się tak śmieję z tego Wilanowa, a sam mieszkam tam, gdziej jeszcze za mojej pamięci pasły się krowy i to tak intensywnie, że gnojówkę nadal czuć… choć podobno to problem jakiejś pękniętej rury. Na szczęście nie ma takiej rury na świecie, której nie można odetkać (przepychając przez nią polityków).

PS 3. Poprzedniego dnia była Sanda i Qingda … podobno było ciekawiej.

KO

Autor niniejszego bloga. Może nie jestem mistrzem, ale piszę o tym co robię i co mnie fascynuje. Jestem fanatykiem spędzania czasu na ćwiczeniach różnych ciekawych systemów treningowych. Ćwiczę Tai Chi, Qi Gong, Chuo Jiao Fanzi, łuk, bicz, rzucanie nożem i w zasadzie co się da... Jeśli chcesz ze mną poćwiczyć daj znać...

8 komentarzy do “Mi strzostwa…

  • 21/06/2021 o 17:59
    Permalink

    Niech KO że Żwirkiem idzie do zarządu Asian Town Bakalarska organizować zawody tuishou czy koreańskie zapasy na pupie. Coś z akcją w każdym razie. Mówię serio. Tam teraz chętnie różne rzeczy są robione. Na otwarcie możemy zamówić wietnamską piosenkarkę w cekinach a Adaś zrobi formę z flagą wykonaną ze skóry łosia 😉

    Odpowiedz
  • 22/06/2021 o 06:31
    Permalink

    Na walke bez walki mógł sobie pozwolić Bruce, dziś rocznica premiery Wejścia Smoka, zawody sa jakąs niedocenianą częścią treningu

    Odpowiedz
    • 23/06/2021 o 08:22
      Permalink

      Zawody dają możliwość poćwiczenia w sytuacji mniej komfortowej psychicznie niż na treningu. Jakby byli kibice ta presją byłaby silniejsza

      Odpowiedz
  • 23/06/2021 o 12:12
    Permalink

    dziwne jest to przesuwanie konfrontacji na blizej nieokreslona przyszlosc i pozbawianie sie weryfikacji postepow

    Odpowiedz
    • 24/06/2021 o 07:29
      Permalink

      Konfrontacja z ocenami sędziów to również jakaś weryfikacja postępów…

      Odpowiedz
  • 24/06/2021 o 11:24
    Permalink

    a najlepiej weryfikuje nas przeciwnik fizycznie bo boli i mentalnie bo wstyd

    Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: