China travel – u źródeł Tai Chi

Z tym tytułem to oczywiście drobna przesada, bo po pierwsze Kanton i okolice nigdy nie były źródłem Tai Chi, a po drugie, to ja tam naprawdę nie pojechałem szukać mistrza. Ale Chiny, to Chiny.

Nasz wyjazd był stricte turystyczny czyli: zobaczyć, spróbować, odwiedzić. Nie mniej jednak, Jiuzhizy jako osoba też zainteresowana sztukami walk, także temu aspektowi poświęcił sporo czasu oprowadzając nas po Kantonie i okolicach. Od razu też przyznam, że jak widziałem jakiekolwiek przejawy treningu, to przede wszystkim filmowałem – tak więc zdjęcia mam fajne, ale nieco od czapy… kiepski ze mnie reporter. Wszystko co widzę jest dla mnie.

Stwierdziłem natomiast, że jeśli już tu jestem, to może coś tam uda mi się podejrzeć, spotkać ćwiczących. Chciałem zobaczyć na własne oczy ludzi ćwiczących w parkach, czyli to, co do tej pory widziałem tylko na Youtube. Oczywiście przeszło mi przez myśl, że spotkam kogoś, kto zechce się ze mną podzielić np. jednym ćwiczonkiem, które zmieni moje pojmowanie świata. No co? Nie wolno mieć marzeń? Nikt z was nie oglądał “Kick boksera”? Nic takiego jednak nie nastąpiło, choć treningowo i tak wyniosłem z tego wyjazdu całkiem sporo.

van Damme szura nóżką, mistrz patrzy zza kadru

O powszechności treningu wśród Chińczyków krążą legendy. Że ponoć ćwiczą wszyscy, że to taki chleb codzienny, jak u nas puszka piwa do meczu. Otóż to chyba nie do końca jest prawda. I choć piszę to z perspektywy 10-dniowego pobytu, to chyba jednak ta legenda to mit. Bo jeśli nawet widziałem 1% tego, co jest naprawdę, to nadal będzie to kropla w tej ludzkiej rzece, która nas otaczała.

A co widziałem? Widziałem coś, co na roboczo nazwaliśmy “Świadomym Chodzeniem” (na filmie poniżej znajdziecie). Polega to na “dziarskim” maszerowaniu z wymachami rąk. Wymachy są różne. Najczęściej typowe marszowe machanie, ale widziałem także (na wyspie o wdzięcznej nazwie Łacha) pana, który maszerował bardzo głośno klaszcząc wyprostowanymi dłońmi. Nawet Pani Księgowa (będzie o niej w dalszej części tekstu), kiedy spotkaliśmy ją po raz drugi – szła wykonując ruchy jakby przerzucała coś z ręki do ręki. I te dwie młode dziewczyny, które trzymając się za ręce, szły koło siebie wykonując krążenie  barku. Marsze stosował też starszy pan, którego widywałem w świątyni Chunyang Guan (więcej o świątyniach).

On też chodził sobie (ponad godzinę) po świątynnym placyku wykonując różne proste ćwiczenia. Kiedy mnie widział – przerywał i serdecznie się ze mną witał. Zasalutował mi, a kiedy odsalutowałem mu po Polsku (wiem, wiem z braku czapki to mało po Polsku), to z uśmiechem kiwał głową. Może to emerytowany wojskowy?

Fajne było to, że jak zobaczył mnie następnego dnia z uśmiechem wskazywał ręką wieżę astronomicznego obserwatorium, na której poprzedniego dnia ćwiczyłem. Mam nadzieję, że mówił “Wiem, że tam ćwiczysz”, a nie “Spadaj na górę, tam nikomu nie będziesz przeszkadzał”.

zdjęcie zrobione w świątyni – zastosowanie do prostego bicza 🙂

W tym starszym panu było jeszcze coś, co nie daje mi spokoju. Otóż pewnego dnia*, kiedy tam poszedłem rano – spotkałem go na schodach. Mógłbym przysiąc, że byłem pierwszym gościem świątyni. Tak myślę, ponieważ kiedy kupowałem bilet pani z kiosku poszła i dla mnie otworzyła bramę. Zaraz za mną weszły jeszcze dwie osoby. Kiedy wszedłem na górę, starszy pan już wykonywał swój marszowy rytuał. Mieszkał tam? Może to właśnie ów świątynny mistrz, który umie tak dużo, że wystarczą mu drobne ruchy rąk, by przesuwać góry w Tybecie? A może po prostu, ma chody u któregoś z mnichów lub zna inne wejście? Stosując zasadę brzytwy Okhama – najbardziej prawdopodobne są te ostatnie wyjaśnienia. Ale chyba wolno mi marzyć?

reexport… w tle jest wyrzeźbiona kaczka mandarynka i biegające żywe dzieci (zdjęcie pozowane)

W świątyni widziałem też dwóch ochroniarzy. Przyszli rano, zakamuflowali się na placyku ukrytym za pawilonem, odłożyli czapki, papierosy i zaczęli ćwiczyć (jest na filmie, udało mi się to cichaczem z wieży nagrać). Nie było to nic skomplikowanego. Jestem przekonany, że kiedyś Marek mnie tego uczył. Jeden z nich wytrwale obijał sobie pośladki (dźwięki z dołu dobiegały chyba z 10 minut). W tym samym czasie jego partner się rozciągał.

świątynna wieża obserwacyjna 20. lat wcześniej, przed moimi treningami (na zdjęciu m.in, Jiuzhizy)

Rozciąganie… to chyba jest temat wart kilku słów. Bo rozciągających się widzieliśmy nawet więcej, niż “Chodzących Świadomie”, a szczególnie na bulwarze wzdłuż Perłowej Rzeki. Co ciekawe, wszyscy robili dokładnie to samo. Zarzucenie nogi na barierkę i skłon. Najczęściej stopy były ułożone źle. Nawet Jiuzhizy namawiał mnie, żebym podszedł i jednej pani poprawił pozycje. Ciekawe dlaczego powiedział to wtedy, kiedy rozciągał się koło niej młody mężczyzna, a koło mnie stała Danusia? Czyżby myślał, że można zostać zabitym dwukrotnie?

broń ceremonialna w muzeum

Na bulwarach widziałem też najwięcej osób uprawiających jogging, czyli truchtanie. Nie było to najlepsze miejsce do bieganie, gdyż bulwary w wieczór zamieniły się w wielki spacerniak, przepleciony różnego typu występami wokalnymi. Ale cóż, pewnie i wśród Chińczyków są ludzie, którzy chcą się pokazać. Na bulwarze spotkaliśmy też grupę młodych ludzi bawiących się zoską. Ale jak to skubani robili???!!! Uderzali ją leciutko, tak że nie podlatywała wyżej niż nad kolano. Grali po czworo poruszając się niczym węgorze po niewielkim kwadracie. W grę wkładali bardzo niewiele siły, ale nad lotką panowali w sposób mistrzowski.

Zapomniałbym, że biegających widzieliśmy jeszcze w czasie spacerowania po wyspie zwanej Łachą. Tam, na głównym trawniku, nieopodal polskiego konsulatu, znajduje się fajna gumowana bieżnia, na której, w dość klaustrofobicznym kółku, truchta sobie kilkanaście osób wraz z “Chodzącymi Świadomie”.

często walka z naturą rzeczy była wystarczająco ciężka… (knajpka muzułmańska)

Dużo obiecywałem sobie po parkach. Ale jakoś tak wyszło, że dopiero ostatniego dnia odwiedziliśmy taki, który odpowiadał mojemu wyobrażeniu o chińskim parku. Niby teren uniwersytetu też przypominał park lub ogród, ale taki prawdziwy park-park widzieliśmy ostatniego dnia. Na dokładkę, wg. Andrzeja Kalisza, byliśmy tam nie o tej godzinie co trzeba by zobaczyć najwięcej ćwiczących. Park miał na mapie zaznaczoną strefę aktywizacji osób starszych. Ciekawe jak to wygląda, kiedy są tam ludzie?

Spotkaliśmy za to pana ćwiczącego styl Yang. Widać było, że uczył swoją partnerkę. Mam wrażenie, że kiedy zauważył, że go filmujemy, to przyspieszył ruchy wykonując dodatkowe szybkie kroczki. Ładnie, nisko, z gracją, ale jakoś mnie to za serce nie chwyciło. Za to Pani Księgowa – tak.

na ulicach współcześni wojownicy… (fajne widły ma ten po prawej)…
oryginalne Tai Chi
w muzeach bez liku figurek

pani Księgowa

Z Panią Księgową było tak. Idziemy sobie pięknymi alejkami wśród kanałków. Wg legendy (takiej przy mapie, a nie opowiadanej przez autochtonów) park zbudowano wokół kanałów będących w przeszłości przystaniami dla promów pływających na drugi brzeg Perłowej Rzeki, wokół nas rosną banjany, bananowce i inne takie, których czasami nawet Danusia nie mogła nazwać (co wcale nie oznacza, że to coś nie istniało). I nagle patrzę, a na parterze pagody “zacumowanej” u brzegu kanału*** stoi pani w wieku mocno średnim i wykonuje powolne ruchy. No i co to może oznaczać? No Tai Chi ćwiczy!!! Pozycje miała raczej krótkie, ale już z daleka dało się rozpoznać niektóre ruchy (choć układu formy ni w ząb). Niestety filmowaliśmy z większej odległości, a kiedy podeszliśmy już całkiem blisko, Pani porzuciła formę na rzecz prostych ruchów Qi Gongowych. Namówiłem Jiuzhizy, żeby podejść i pogadać chwilę. Rozmowa mnie zaskoczyła

kamienna łódż
  • Jiuzhizy : Dzień dobry… (tu wstęp grzecznościowy zwalający całą winę na mnie)… widzieliśmy jak Pani ćwiczy, ale nie wiemy jak nazywa się ten styl.
  • Pani Księgowa :  Niestety, też nie wiem.
  • Jiuzhizy : To gdzie się Pani tego nauczyła?
  • Pani Księgowa : Kolega tu w parku pokazał mi kilka ruchów. Reszty nauczyłam się z książki.
  • Jiuzhizy : A jaka to książka?
  • Pani Księgowa : Nie pamiętam. Już ją zgubiłam.

I dalej wyjaśniła, że pracowała jako księgowa i w związku z tym bolały ją plecy. Ogólnie to ćwiczy Qi Gong, a z Tai Chi tylko tę formę, którą opracowała sama na podstawie próbki od kolegi i książki. Bóle pleców jednak ustąpiły.

banjanek… nie za duży – w parkach popularna roślinka

I to jest taki przytyk do dyskusji na temat: jak my postrzegamy trenowanie Tai Chi? Wystarczy, że ćwiczący jest Chińczykiem, ćwiczy powoli nieznane nam ruchy, a już oczyma wyobraźni widzimy mistrza. Piękne okoliczności przyrody w parku także swoje zrobiły. Choć jest niewielka szansa, że było tak jak powiedział Andrzej Kalisz. Podobno wymówka: “ja nic nie umiem, nie wiem co to jest”, to najpopularniejsze kłamstwo jakim się zbywa namolnych białasów :). A może po prostu Qi Gongowy background jaki posiadała Pani Księgowa spowodował, że jej forma coś sobą reprezentowała? Wg mojej oceny ćwiczyła lepiej niż 80% ludzi, których widziałem tu w Polsce.

znów pozowane… jednej pani się podobało

Największy kontakt z Tai Chi ćwiczonym w Chinach miałem jednak we wspomnianej powyżej świątyni (trafnie nazwanej przez Jiuzhizy – Świątynią Spadających Kwiatów). W świątyni działała szkółka Tai Chi. Według ogłoszenia – działały tam dwie grupy. Jedna zdrowotna, a druga o charakterze sztukowalkowym.

Pierwszego dnia obserwowaliśmy ćwiczących z daleka. Pięcioosobowa grupa, w większości kobieca, ćwiczyła formę, a wokół nich kilku facetów rozciągało się i rozgrzewało. Wygląda na to, że czas treningu zdrowotnych, sztukowalkowcy traktowali jako czas na rozruch. Mniej więcej jak na boksie u Pana Petrycha. Za drugim razem umiejscowiłem się bliżej. Kawałek formy widać na filmie. Na koniec udało mi się porozmawiać z jedną z ćwiczących (jako jedyna mówiła po angielsku). Panie były tak miłe, że pozwoliły mi nagrać spory kawałek, choć prosiłem tylko o demonstrację prostego bata (obiecałem tego nagrania nie publikować, więc w filmie jest tylko kawałek treningu).

Sama forma była ładna, elegancka, ładne tempo i niskie (ale bez przesady) pozycje. Bez wodotrysków, aczkolwiek poszczególne techniki były dużo bardziej rozbudowane niż te ze znanych mi form. Nie wiem jak to się ma z tymi formami zwanymi jako Wudang (Radek powiedział, że nijak), ale wydaje mi się, że rozpoznawałem układ formy.

Mimo, że w szkole uczy mistrz Bai Li Chao będący XV spadkobiercą stylu, to nie widziałem go w czasie treningów. Odniosłem wrażenie, że osobą prowadząca była młoda dziewczyna, najbardziej zaawansowana w tej całej grupie. Jak mówiła moja rozmówczyni, to była też nauczycielką styl Chen. Młoda, ładna, z długimi czarnymi włosami aż za… plecy. Znam kilka osób, które zabiłyby za taką nauczycielkę.

Wracając do treningu. Podobało mi się jak pracują, wspólnie się poprawiając. Rozmawiały o ruchach: co robić, a czego się wystrzegać. Potem znów robiły kawałek formy lub całość. I tak w kółko, bez nadzoru i poganiania – widać było, że same chciały.

w Hong Kongu trafiliśmy na ogłoszenia o boksie dla kobiet

Ta szkoła była jedną z niewielu rzeczy, która dokładnie odpowiadała moim wyobrażeniom. Na terenie świątyni wisiały worki treningowe. Jeden z budynków świątyni przeznaczony był na szkołę. Wzdłuż ścian, na stojakach, stała długa broń. Budynek szkoły to nie to, co my rozumiemy pod tym określeniem. To nie sala treningowa, trening odbywał się na zewnątrz w bezpośredniej bliskości szkoły.

oryginalne Tai Chi

Niestety nie widziałem grupy określonej jako sztukowalkowa. Program pobytu i tak miałem napięty, nie stało czasu by siedzieć w świątyni dłużej. A szkoda… czułem się tam świetnie. Nawet lepiej niż na Polu Mokotowskim.

Świątynia Przybycia Bodhidarmy – jedno z niewielu ogłoszeń o szkole Kung Fu

Kilka zdań o moim treningu w świątyni. Chodziłem sobie ćwiczyć na wieżę obserwatorium, to było dobre miejsce – choć trochę wiało. Nikomu tam nie przeszkadzałem. Raz nawet przyszedł miejscowy mnich, by posprzątać. Kiedy zobaczyłem go z miotłą – serce mi lekko zadrżało, ale mnich tylko pozamiatał i nawet specjalnie mi się nie przyglądał. Dlaczego więc uważam że dużo mi dały? Otóż osobiście uważam, że atmosfera w jakiej się ćwiczy, ma niebagatelne znaczenie dla naszej praktyki. Ludzie z którymi ćwiczymy, miejsce i jego historia. Oczywiście nie jest to warunek brzegowy. Ale jak coś ma dobre warunki, dobre “Qi”, to należy z tego skorzystać. Trzeba chłonąć ten spokój, kolekcjonować te “stany” umysłu tak, by mieć potem do czego się odwołać ćwicząc w parku, na sali czy gdziekolwiek indziej. Cieszę się, że takie doświadczenia sobie zebrałem. Obejrzyjcie film poniżej i zazdrośćcie mi, bo jest czego.

Drugą rzeczą, którą zyskałem ćwicząc, jest przełamanie kolejnej bariery – takiej jak pierwszy publiczny trening, występ na zawodach, czy egzamin. Mam za sobą trening w prawdziwej świątyni… jak na filmach, które oglądałem gówniarzem będąc. I nie były to treningi takie, by się móc nagrać na kamerce i popisywać w Polsce. Poszedłem i poćwiczyłem. Teraz wiem, że mogę ćwiczyć wszędzie i mogę to robić dobrze (tj. niczym ten miś – na miarę moich możliwości).

W Polsce sobie to obiecywałem, ale chyba gdyby nie Jiuzhizy, to nic by z tego wyszło. To on mi powiedział: “Powinieneś iść i poćwiczyć. Nie tak dla kamery, tylko dla siebie”, “myślisz, że mogę?” spytałem – “chyba tak…”. Jeszcze raz okazało się, że kopnął mnie w d…. wtedy, kiedy trzeba było i, co najważniejsze, w dobrą stronę. Dobrze mam.

w sklepach z pamiątkami też figurek bez liku… jak w muzeach

Dla porządku dodam, że w Świątyni Przybycia Bodhidarmy także działa jakaś szkoła, ale nie widziałem ćwiczących (tylko plakat reklamowy), ani żadnych innych atrybutów świadczących o jej działalności.

ZAPRASZAM NA FILM

Podsumowując. Nie szukałem szkół i mistrzów, ale pilnie się rozglądałem. Co znalazłem? Tak szczerze, to najwięcej znalazłem tego czegoś w sobie, ćwicząc tam, na szczycie obserwatorium. Znalazłem w Chinach nową radość z ćwiczenia. Nie, żeby stara radość mnie nudziła, ale tego żaru nigdy dość. I teraz po powrocie mam taki niedosyt treningowy (a to delegacja, albo inna swołocz), że aż mnie w kiszkach swędzi.

Czy warto szukać Kung Fu  w Chinach? Jak masz kasę, czas, pieniądze i dużo samozaparcia – to na pewno tak. Znam kilka osób, które ćwiczyły i sobie cenią. Ja myślę, że jeśli chodzić i pytać, to można coś znaleźć. Ale na to trzeba mieć czas i pieniądze… i pogodzić się z tym, że za pierwszym razem nie trafimy. No właśnie – pytać… tylko ten język…

 


* zabrzmiało to tak, jakbym był tam stałym bywalcem. A ja tam byłem wszystkiego 4 razy.

** Był taki wierszyk pana Waligórskiego

Walczył orzeł z sępami, aż obrósł w legendę.

Niestety przy okazji podłapał gdzieś mendę.

Wszyscy pytali orła: Jak walczyłeś? Świergol!

A menda w krzyk: spuściliśmy sku..nom wpie…ol.

I to najlepiej oddaje to moje “rozmawialiŚMY” :). Bo to Jiuzhizy rozmawiał, a ja stałem obok i kiwałem głową, jak ten piesek w syrence mojego ojca.

o taki, podobny do tego

*** Swoją drogą, to była chyba jedyna klasyczna pagoda jaką widzieliśmy…

Krzysztof Operacz

KO

Autor niniejszego bloga

18 thoughts on “China travel – u źródeł Tai Chi

  • 06/04/2017 o 22:39
    Permalink

    Wiedziałem, że dobrze robię ciągnąc Was do tych Chin 🙂

    ad *** – na pewno widzieliśmy pagodę na terenie świątyni buddysjkiej w Foszan, co ją przez ogrodzenie oglądaliśmy. A to w Parku Xiaogang, gdzie ćwiczyła Księgowa, to czy to już pagoda, czy dwupiętrowy pawilon, to zagwozdka architektoniczna 😉

    Odpowiedz
    • Krzysztof Operacz
      07/04/2017 o 07:56
      Permalink

      To największa wyprawa jak mi się kiedykolwiek przydarzyła, można ją porównać tylko do spływu bagnami Prypeci na Wołyniu.

      Odpowiedz
  • 07/04/2017 o 07:49
    Permalink

    wyglada jakby ta cala tradycja i spuscizna kulturowa “made in china” byla teraz reaktywowana zgodnie z wyobrazeniami tzw zachodu. podejscie biznesowe co chcecie to macie?

    Odpowiedz
    • Krzysztof Operacz
      07/04/2017 o 08:04
      Permalink

      Nie dramatyzuj…

      Nie zapominaj, że wszystko co widziałem było niejako przy okazji, Bardzo mało czasu poświęciliśmy na to żeby chodzić szukać i zdobywać zaufanie. Myślę że spokojnie znajdziesz tam ludzi ćwiczących dla siebie, nie na sprzedaż – chociażby Pani Księgowa. Umiała coś więcej, czy nie to już sprawa drugorzędna.

      Chciałem jednak zaznaczyć że na ulicach nie widać aż tak wielu ćwiczących jak nam się wydaje. Ale ja mam wyobrażenia made in TV,

      Na pewno są ludzie którzy ściemniają za kasę. Ale oni są wszędzie – bardzo dobrze o tym wiesz.

      Odpowiedz
      • 07/04/2017 o 08:26
        Permalink

        przypomina mi to niestety folklor z Krupowek, zakladaja te swoje ubranka gorale bo tego oczekujemy i chyba Chinczycy maja tak samo my okreslamy definicje mistrza, nauczyciela lub trenera a oni go nam dostarczaja wg naszej specyfikacji

        Odpowiedz
        • Krzysztof Operacz
          07/04/2017 o 09:07
          Permalink

          Pani Księgowa nie udawała mistrzyni, to ja ją tak zdefiniowałem. A ludzie na ulicach nie pobierali opłat za możliwość fotki z niedź… tj. z kimś ćwiczącym. Może źle się wyraziłem, ale to co widziałem odbiegało od moich wyobrażeń made in TV.

          Żeby znaleźć coś autentycznego, naprawdę wartego uwagi, dla koneserów. Trzeba chodzić, pytać i szukać… i pewnie co najmniej kilka razy się pomylić.

          A co do wyglądu, może to zawsze wyglądało na folklor z Krupówek? Tak wiele rzeczy tak wyglądało, że zacząłem odnosić wrażenie, iż oni po prostu mają taką, a nie inną estetykę.

          Odpowiedz
          • 07/04/2017 o 10:43
            Permalink

            Nawet lepiej. Pani Księgowa miała przecież możność cyknąć za friko fotkę z niedźwiedziem, a nie chciała 😉

            Odpowiedz
  • 07/04/2017 o 11:06
    Permalink

    podrabiaja wlasna kulture wg wzorcow zachodnich a my przyjmujemy jako prawde objawiona

    Odpowiedz
  • 07/04/2017 o 13:05
    Permalink

    tak jak i to ze chyba wciaz czas zimowy utrzymujesz

    Odpowiedz
  • 07/04/2017 o 20:15
    Permalink

    KO – dawaj namiary na świątynię w której porusza się długowłosa :). Lecę po nauki 😉

    Odpowiedz
  • 19/05/2017 o 21:40
    Permalink

    Wczytałem się po raz kolejny w Twój wpis. Odbyłeś wspaniałą wycieczkę, KO. Wspaniałą!
    Po pierwszym obejrzeniu filmu miałem wrażenie, że Pani księgowa pokazała styl Wu (Hao). Z tą odmianą taiji nie miałem nigdy nic wspólnego i nie będę gdybał. Zapewne jestem w błędzie.
    Mam dwa przypuszczenia odnośnie Pani „buchalterki”. Primo – znała się na rzeczy i wkręciła Cię mówiąc o pobieraniu lekcji z książki. Secundo – Pani rachmistrz potwierdza, że Chińczycy pewne sprawy mają we krwi. To my – „Europejczycy” – kłócimy się o linie przekazu, czystość stylu i takie tam. A tu „przeciętna” Chinka chwyta wolumin i ćwiczy. Czy lepiej niż gros „europejczyków”? Na to pytanie odpowiedziałeś w swoim reportażu…

    Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: