Wstyd

Jak to mówił mój ojciec: „Wstyd to kraść i z ….”. Nie pamiętam, było coś o spadaniu z pewnych atrybutów niewieścich (jak by to mój idol od edukacji powiedział). O ile z tym drugim nie sposób się nie zgodzić, to z tym pierwszym — mam wątpliwość. Bo gdyby to był taki wstyd, to w Wawie w okolicach ulicy Wiejskiej zabrakłoby pudru, by ukryć pałające czerwienią policzki złodziei wszelkiej maści. Ale dobra, dość polityki, bo ona tylko ciśnienie podnosi, a jakby to pan Zagłoba powiedział: „…żadnego oleum z tej profesji w głowach nie przybywa”.

Będzie dziś o wstydzie. Takim treningowym. Opowieść oprę na przykładzie własnym, bo przecież najłatwiej pisać jest o rzeczach, które znamy.

wstyd jako funkcja nacisku grupy

Tak szczerze, czy zdarza się czegoś wstydzić na treningu? Na pewno. Wstyd treningowy pojawia się już pierwszego dnia, kiedy przychodzimy na salę, nie znamy nikogo, nie wiemy jak się zachować i w zasadzie wszystko staje się nowe. Wydaje się nam, że jeśli się nauczymy tych dziwnych ruchów, to wstyd nam przejdzie, ale o dziwo nie. Czasami wstydzimy się tego, że nam nie idzie, że nie pamiętamy tych wszystkich trudnych nazw, kolejności ruchów. Wstydzimy się zadać pytanie, popełnić błąd.

W sobotę miałem możliwość znów taki pozytywny wstyd odczuć. Rano pojechałem na seminarium Systemy. Okazja ku temu była wyborna. Do Polski, po przerwie spowodowanej występami Korony Kielce, przyjechał Andrej Karafa. Ten Czech, dobrze mówiący po polsku (wplata w to czeskie słowa,co wprowadza mały efekt komiczny, ale jest jak najbardziej komunikatywny), to dobry i wytrwały nauczyciel. Chyba najlepszym dowodem na to jest fakt, że w pewnej chwili to on miał bardziej spoconą koszulkę niż ja. Trzeba przyznać, że się bardzo starał. Kursował po sali, wytrwale korygując każdego.

było fajnie

Wiecie, jak to jest. To znaczy ja wiem, już to zauważyłem. Jak ktoś jest początkujący, to nauczyciel rzadziej do niego podchodzi. Ja już nawet nie mam o to żalu. Tak po prostu jest. I ja to rozumiem. Nawet z ekonomicznego punktu widzenia lepiej jest pracować z kimś, co do kogo mamy pewność, że będzie nadal ćwiczył niż takiemu nieznanemu jak ja, początkującemu, który teraz jest, a zaraz może zniknąć. To brutalna prawda jest, niestety.

A pomimo tego, że ja tam taki z przypadku jestem. Spoza grupy, to Andrej mnie korygował. Raz nawet pochwalił, że dobrze, ale ja wtedy akurat technikę Tai Chi wykorzystałem. Może dobrze, że nie zauważył.

A gdzie wstyd? No bo wiecie, jak wchodzicie na salę, gdzie każdemu coś wychodzi lepiej niż wam, to nie ma bata, jest trochę przypał. I macie wrażenie, że każdy wokół myśli sobie: „No ależ lamer… nawet prostych rzeczy nie umie”. Ten wstyd dla mnie jest pozytywny, bo napędza mnie, żeby spróbować, poćwiczyć.

i czasami dziwnie

Jak było na seminarium? Co ja będę pisał, było fajnie. Sporo się nauczyłem o sobie. Raz, jak już pisałem, prowadzący wyciągnął w moją stronę okejkę, chwaląc jakąś technikę. Raz od współćwiczącego, któremu przyznałem się, że Tai Chi ćwiczę (nie wszyscy je poważają, czasami Tai Chi jest podawane jako przykład antytreningu), powiedział: Niezłe te twoje Tai Chi… Technik opisywać nie będę, wystarczająco dużo się namęczyłem, próbując zanotawać cokolwiek w swoich treningowych memuarach. Zapraszam do uczestnictwa w następnych warsztatach. Musicie monitorować internet.

Ale wracając do wstydu. Na seminarium, jak to na takiej imprezie, poziom treningu rośnie w miarę upływu czasu. Kiedy wszyscy się świetnie bawili, mnie było coraz trudniej. Przyznam się, że po trzech godzinach uciekłem. Tak, i znów muszę stanąć twarzą w twarz ze swoim wstydem, uciekłem korzystając z ogłoszonej krótkiej przerwy. Niby mam wymówkę, że jechałem jeszcze na drugi trening, ale szczerze… Te czterdzieści pięć minut mogłem jeszcze zostać, dając się turlać po podłodze.

Jeśli ktoś pomyślał, że na treningu Tai Chi stylu Hao już przestałem się wstydzić, to znów jest w błędzie. Tego dnia szlifowaliśmy tak zwaną formę dla seniorów. To dwudziestosześcioruchowa forma ułożona dla osób starszych. Lubię te treningi. Dlaczego? Otóż dlatego, że nie cieszą się one wielkim powodzeniem. Na sali jest nas dwoje, ja i pani Danusia, która na te zajęcia dojeżdża aż z Dębicy. Mnie jest oczywiście dużo lżej, bo forma dla seniorów to w zasadzie lekko zmodyfikowana forma trzydzieści siedem. Na tych treningach ćwiczę na jednej stronie salki, a w tym czasie prowadzący (Andrzej Kalisz) koryguje Danusię. Ja mogę słuchać i wdrażać te poprawki w życie. To mi naprawdę dużo daje. I czasami wstydzę się, że coś już kiedyś było, a ja tego nie zapamiętałem, nie wdrożyłem. I tak po raz enty odkryłem dłonie w chmurach i kilka innych rzeczy.

a my strzelamy sobie do tygrysów…

I tak od lat. Pamiętam, jak któregoś dnia ćwiczyłem z koleżanką z Białegostoku technikę Peng Lu Ji An (taką YMAAowską technikę ćwiczoną w parach), coś nam nie szło i nie mogliśmy tego rozgryźć. Aż w końcu Kasia (tak jej było na imię) powiedziała: „Chodź do mistrza, to nam wyjaśni”. Poszedłem niechętnie, bo jeszcze się wtedy wstydziłem — że nie umiem, że nie jestem debeściakiem… (nadal nie jestem, ale coraz częściej mnie to lotto). Mistrz wyjaśnił z uśmiechem i zrobił ze mną kilka powtórzeń techniki, wskazując przy okazji gdzie popełniam błędy i dlaczego… byłem naprawdę zadowolony. Okazało się, że nie było się czego wstydzić. Ale to chyba silniejsze ode mnie.

Wydaje mi się, że nie jestem tu odosobniony. Że, jak to śpiewał Michnikowski:

„Bo we mnie jest wstyd — gorący jak samum…
Bo we mnie jest wstyd, któż oprzec się ma mu?
Obezwładnia kobietę od bioder po biust, żar sączy do ust”.

Choć to może jakoś inaczej leciało… Ale jak on to pięknie wyśpiewał…

Właśnie ostatnio przypomniały mi się słowa Howarda Choy. Miałem okazję wziąć udział w kilku treningach, które prowadził. Nie do końca byłem zachwycony, ale myślę, że było w tym dużo mojej winy. Można powiedzieć, że brak pokory z mojej strony był odpowiedzialny za dużo rzeczy. Niestety Howard Choy sporą część treningu poświęcał na przypowieści — co mnie wtedy strasznie drażniło. Ale jedna z nich pasuje do dzisiejszego tematu. Opowiada ona o ćwiczeniu z innym wielkim mistrzem Tai Chi. A jej konkluzja brzmiała tak: „Wy się powinniście cieszyć, bo możecie sobie pójść to tu, to tam, poćwiczyć, spróbować przynajmniej. A tu takiemu wielkiemu mistrzowi nie wypada pójść na jakiś trening i pokazać światu, że on czegoś nie umie”. Bardzo mi się wtedy takich wielkich mistrzów zrobiło żal… Ale szczerze, to nie tylko problem wielkich mistrzów. Ostatnio kolega, którego bardzo szanuję, na moją propozycję treningu odpowiedział: „Z przyjemnością, dzięki za propozycję, ale wiesz, w tym miescju to bybyło nie do końca poprawne polityczne”. I ja nadal go szanuję, choć tamtego tekstu nie rozumiem.

I na koniec, bo już tysiąc słów przekroczyłem i mój dział korekty mnie zje wzrokiem… „Ludzie, nie wstydźcie się swojego wstydu. Ćwiczcie”. I jak to powiedziała kiedyś pewna moja znajoma, leżąc w wannie: „Niech się wstydzi ten, kto widzi”. KOńczę już i idę o tym medytować :). O wstydzie… dooobra nie będę dalej w to brnął…

KO

Autor niniejszego bloga. Może nie jestem mistrzem, ale piszę o tym co robię i co mnie fascynuje. Jestem fanatykiem spędzania czasu na ćwiczeniach różnych ciekawych systemów treningowych. Ćwiczę Tai Chi, Qi Gong, Chuo Jiao Fanzi, łuk, bicz, rzucanie nożem i w zasadzie co się da... Jeśli chcesz ze mną poćwiczyć daj znać...

2 komentarze do “Wstyd

  • 23/10/2021 o 20:28
    Permalink

    No widzisz jak to jest :)? A ja niedawno odebrałem zamówioną książkę „Walka sambo – rosyjski system walki wręcz” nie zwracając uwagi na poprawność polityczną, tylko na świetnie wypracowane tam dźwignie na nogi :P. Zresztą na polityczną poprawność zawsze kładłem i kładę to, co mój idol od edukacji określa atrybutem męskości 😛

    Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: