Małe co nieco…

Wszystko się jakoś splata. Czasami się jakoś mąci, coś się psuje, a czasami wprost przeciwnie, pojawiają się jakieś szanse. Tak też się dzieje u mnie, ale po kolei… Jakiś czas temu znalazłem ofertę kupienia pewnej płyty DVD. Płyta zawierała materiał nazywany małym San Shou i przedstawiała francuskiego nauczyciela, który ćwiczył nieznaną mi wcześniej podwójną formę Tai Chi. Forma podwójna to taka, w której pracują dwie osoby. W YMAA uczyłem się formy Tai Chi zwanej „Dużym San Shou” lub „Set Sparingiem Tai Chi”. To forma w Polsce znana, ćwiczona nie tylko w gronie YMAAowców. Ale to, co zobaczyłem na płycie, było dla mnie zupełną nowością… Pogrzebałem wtedy trochę w necie i znalazłem inne wykonania tej formy. Jakoś tak wyszło, że wszystkie znalezione filmy pochodziły z Francji. Wnioski opisałem tu („Małe San Shou„).

San Shou niby wydano o tym dużo książek i filmów, a tak naprawdę nic nie wiadomo

Czym się różni „Małe San Shou” od swojego większego brata. Otóż w tym drugim przypadku każdy z ćwiczących wykonuje swoistą formę, niby ta forma jest podzielona na sekwencje, które można zakwalifikować jako atak i obronę, ale nadal są one, jak to w formach Tai Chi, bardzo nieoczywiste, dające bardzo dużo możliwości. Wystarczy zobaczyć opis formy podwójnej w książce mistrza Yang Jwing Minga, opisuje on w niej zastosowania rozwinięcia sekwencji tej formy, które nigdy w niej się nie pojawiają, gdyż pozostają bardziej w sferze intencji. Zresztą co tu dużo mówić, zdaje się zastosowania do tej formy na któryś tam stopień (tak wysoki, że nawet nie przypominam sobie który). W przypadku małej odmiany San Shou rzecz ma się nieco inaczej… z pozoru prościej. Jedna osoba uderza konkretną sekwencję ciosów (początek to trzy sierpy na głowę, trzy sierpy na żebra) druga osoba wykonuje techniki obrony i kontry. Teoretycznie prościej, choć to takie trochę mniej „uduchowione” jest… Pewnie dlatego takie niepopularne.

jeszcze jeden Francuski nauczyciel ćwiczący „La Pettite San Shou”

Spytacie, gdzie jest Tai Chi w tym, że ktoś usiłuje mi oznaczyć twarz na fioletowo? Oj, jest tam go dużo… Przede wszystkim mamy tu do czynienia z realnym zagrożeniem, bo ułożona forma i przyjacielski trening to jedno, ale jeśli robić go uczciwie, to w stronę twarzy leci fizyczna ręka i jak nie dasz sobie z nią rady, to w najlepszym przypadku najesz się wstydu. Tu naprawdę, trzeba oczyścić umysł i mieć poprawną strukturę, żeby się udało. Bez bycia tu i teraz też możemy zaliczyć trafienie. To taka wyższa wersja medytacji, trochę na krawędzi. Poza tym uczymy się też takich kungfiarskich umiejętności… np. oklepania rąk (lub innych części ciała w razie nieuwagi)… Ooo, tu trzeba mieć umysł skupiony na formie, a nie tylko na formach rysujących się pod legginsami współćwiczących dziewcząt.

Nawet przeprowadzałem małe rozpoznanie, czy mógłbym pojechać do Francji się pouczyć… ale qrczę: język? Kasa? Czas? Sens? Pełno pytań…

Napisałem wtedy: [su_quote cite=”KO „]”Ale sama idea mi się podoba. Kto wie? Może kiedyś spotkam w lesie, gdzieś nad Bugiem, człowieka, który spojrzy na mnie i powie – Ej ty, stawiasz kratę piwa, a ja nauczę cię „Małego San Shou”… Dobrze ci to zrobi przed meczem z…”[/su_quote] I co? Minęły trzy lata… Ostatnio publikowałem film o pchających dłoniach pochodzących z pewnej tajwańskiej szkoły (o ten). Na Facebooku, na którym pojawiają się moje amatorskie wynurzenia, zupełnie nieznany czytelnik umieścił inny przykładowy film pchających dłoni. Film sam w sobie ciekawy, wart oddzielnego omówienia, więc wrócę do niego jeszcze kiedyś. I tak od słowa do słowa a autorem komentarz nawiązała się jakaś rozmowa. W jej trakcie okazało się, że Adrian (czyli mój rozmówca) ćwiczy między innymi „Małe San Shou”. Na dokładkę za kilka dni miał być przejazdem w Warszawie.

na początek tylko nauka ogólnego ruchu
potem omówienie w parach – Rodora aparat chyba ma funkcję zaginania czasoprzestrzeni (lewa strona zdjęcia)

Na szczęście udało się spotkać. Takie spotkania treningowe ćwiczącymi coś zupełnie innego czasami bywają ciężkie. Bo jeśli ktoś jest przeświadczony o niezaprzeczalnej poprawności swojej wersji, a wszelkie odstępstwa od standardu są „ZŁEM!!!!”, to ciężko mu przyjąć do wiadomości, że Twoje koncepcje mogą być deczko inne. Nawet jeśli czasami różne koncepcje prowadzą do podobnych wniosków, to sam wybór innej ścieżki powoduje niemalże agresję. Miałem już taki przypadek, ktoś (tożsamość zachowam dla siebie) pokazywał mi jakąś książkę, twierdząc, że jeśli jakiegoś ćwiczenia  w niej nie ma, to jest złe i niepotrzebne. Nawet Danusia stwierdziła, że tego kogoś mam już nie wpuszczać do naszego domu.

Rodor załapał się na pchające dłonie… były inne od naszych

Pomimo tego, że Adrian ćwiczył styl Yang, to zupełnie inaczej niż cokolwiek wcześniej widziałem. Tak się nauczył i nic mi do tego. On też niespecjalnie krytykował mój sposób ćwiczenia, i dobrze. Nie spotkaliśmy się po to, by nawracać się nawzajem. Bardziej, żeby powymieniać się doświadczeniami i w miarę możliwości poćwiczyć. I udało się. Poćwiczyliśmy pojedyncze pchające dłonie — trochę w jego wersji, trochę w mojej. Przy podwójnych był trochę problem, bo to ćwiczenie wymagające dwóch znających choć trochę układ osób. Mnie było łatwiej — przez jakiś czas wspomagał mnie Rodor. Obejrzałem kawałek formy z szablą, jakiś fragment z ćwiczeń z dwoma pałkami. Ja odwdzięczyłem się ćwiczeniami z Hao i formą z mieczem. Wszystko to robione kawałkami gałęzi połamanych ostatnimi wiatrami, bo przecież żaden z nas nie przyjechał do parku uzbrojony.

Najważniejsze, czyli „Małe San Shou”. Nauczyłem się kilku pierwszych ruchów tej formy. Wyrosłem już z wieku, gdzie muszę już, natychmiast i to całą. Czas pokaże, czy będę sobie ten kawałek praktykował, może rozwijał dalej. Na razie jeszcze bardziej podoba mi się idea tego treningu. Szczególnie że w przeciwieństwie do „Dużego San Shou”, jest to forma, którą z dużą łatwością można ćwiczyć solo. Niby „Set Sparing” też można. Da się to ćwiczyć jako dwie czterdziestoczteroruchowe formy, ale to trudne dla kogoś, kto się jej dopiero uczy. Przy permanentnym braku partnerów byłoby to idealne rozwiązanie. Sam ćwiczysz, a z partnerem dogrywasz szczegóły. To co ciężko jest osiągnąć przy „Set Sparingu” jest proste dla „Małego San Shou”. Okazało się też, że pewne ćwiczenie z CJF idealnie sprawdza się w ćwiczeniu tej formy… Pisałem przeca, że czasami wszystko się splata.

trochę szlifowania szczegółów

Z perspektywy tych kilku dni: fajnie, że się udało. Naprawdę czegoś się nauczyłem i tuszę, że Adrian też coś z tego spotkania wyniósł. Mam nadzieję na następne spotkanie i na razie na przygodę z „Mały San Shou”.

KO

Autor niniejszego bloga

One thought on “Małe co nieco…

  • 29/08/2020 o 19:16
    Permalink

    To ćwiczenie pchających w nieco innej wersji ćwiczyłem u Liu – tak więc chodzi to wszystko w kółeczko w różnych wersjach 😉

    Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: