Pięć pytań do … – Rafał Szulkowski

W ramach projektu Tao Move, Marcin Wojewoda prowadzi wywiady z ciekawymi ludźmi związanymi ze światkiem treningowym. Jak mam okazję, to mu w tym pomagam – najczęściej zza kamery, trochę logistycznie. Pierwszym wywiadem, który przeprowadziliśmy, była rozmowa z Rafałem Szulkowskim. YMAAowskim instruktorem z Trójmiasta, którego na tych łamach nie muszę już chyba nikomu przedstawiać. Jeśli już musiałbym to zrobić, to w trzech słowach: praca, konsekwencja, koncentracja. Oto Rafał – cały on.

moje ulubione zdjęcie Rafała… Rafał spoglądający w przyszłość

Jak już wspomniałem, Rafał zawodowo zajmuje się prowadzeniem szkoły Kung Fu i partycypuje dzięki temu w utrzymanie rodziny (skład rodziny – do wiadomości redakcji). Zawsze myślałem, że pogodzenie tych dwóch rzeczy jakimi jest uczciwe prowadzenie treningów i sukces zawodowy, to trudna sztuka. Bo przecież trening Kung Fu łatwy nie jest – czasami wręcz nieprzyjemny. Ludzie tymczasem lubią rzeczy przyjemne i lubią być za to chwaleni. Czasami duże szkoły funkcjonują tylko dzięki temu, że ich „ojciec dyrektor” najlepiej opanował sztukę mówienia o tym, jak to dobrze nam idzie trening. Rafał jakoś te rzeczy pogodził i w czasie tej rozmowy koniecznie chciałem go o to zapytać.

Przyznam się też, że poniższy wywiad nigdy nie miał miejsca. Stanowi pewną kompilację tego, co powiedział Rafał w czasie naszej rozmowy w ramach wywiadu dla Tao Move. Nie mniej jednak poniższa treść została przez niego autoryzowana i potwierdzona.

Tao Move – Opowiadaj. Jak wygląda Twoja praktyka?

Rafał Szulkowski – W zasadzie to jestem w pełni związany zawodowo z treningiem, z Tai Chi, Shaolinem, jak i z Białym Żurawiem (od KO: czyli materiałem YMAA), zarówno w sekcjach jak i w trybie indywidualnym. Działam w Trójmieście i w okolicach. Prowadzę też warsztaty w innych miastach (między innymi Białystok i Warszawa) oraz obozy treningowe. Poza tym trenuję samodzielnie i rozwijam inne projekty związane z własnym treningiem.

pokaz kija – obóz z mistrzem Yang Jwing Mingiem

Tao Move – A kiedy się zdecydowałeś, że zaczniesz zajmować się treningiem zawodowo?

Rafał Szulkowski – Kiedy zacząłem ćwiczyć jako piętnastolatek, wystarczyło mi pół roku, żeby stwierdzić, iż to jest właśnie to, co chciałbym robić w życiu. Oczywiście takich deklaracji z ust tak młodego człowiek nie należy brać na poważnie, ale mnie się udało. Po dziesięciu latach trenowania w Trójmieście otworzyłem własną szkołę. Przez lata obserwowałem moich nauczycieli – Piotra Czerepuka i Jarka Kozę. Bardzo podobała mi się idea wykonywania takiej pracy zawodowej. W tamtych czasach miałem już możliwość poprowadzić jakieś fragmenty treningów, kogoś pouczyć podstaw i zobaczyłem, że mi to sprawia przyjemność.

jak widać po fryzurze… baaardzo stare zdjęcie.

Tao Move – A nie obawiasz się, że ucząc zawodowo, musisz iść na kompromisy? Musisz uczyć tak, żeby się ludziom podobało, bo jeśli nie przyjdą na trening, to może nie starczyć Ci kasy na te przysłowiowe „pół litra chleba”? Jak to łączysz?

Rafał Szulkowski – Zawsze… zawsze była taka obawa. Tu potrzebny jest złoty środek.

Tao Move – Ale jak go znajdujesz?

Rafał Szulkowski – Metodą prób i błędów. Na początku, jak prowadziłem zajęcia, byłem – można powiedzieć – bardziej papieski od Papieża. Nie można było spojrzeć na własne buty, ani buty trenera (od KO – nie znałem tego powiedzenia)… Tylko ja mam rację, tak mnie nauczono i będziecie robić tak samo. Niektórym osobom to odpowiadało, innym nie. Z czasem dochodziło do mnie, że to nie jest dobry sposób. Ale widziałem też w innych szkołach, że danie całkowitego luzu grupie (przyp. KO: brak wymagań na linii instruktor – uczeń), czy wręcz pozwolenie na to, by to grupa decydowała o nauczaniu, jest bardzo złe.

Potrzebny jest tu jakiś balans. Jeśli ktoś jest zainteresowany ostrym treningiem – dawałem mu to. Jeśli ktoś potrzebował „falbanek”, to troszkę tego dostawał. Ale nigdy nie popadałem w skrajności.

Tao Move – Daj przykład…

Rafał Szulkowski – Przykładem jest jeden z moich projektów. Raz do roku robię obóz. Taki mały, kilkudniowy… (głos w tle: – zapraszamy na niego, polecamy!). Jako instruktor miałem już okazję występować wielokrotnie na obozach YMAA i innych szkół Tai Chi. Osoby, które bywają na różnych imprezach, mówią, że „Alaska” (od KO: to kryptonim Rafałowych obozów) znalazła się pośrodku (w porównaniu z innymi imprezami treningowymi). Że jest dobra – w ich opinii – część treningowa, część na regenerację i wypoczynek. Nie ma ciężkiego zajazdu i nie ma tylko zabawy, nie tylko „forfan”. Taki właśnie złoty środek.

jeden z pierwszych obozów z „alaskańskiej” serii

I co? Odpowiedział jaki to środek? No, nie do końca. Pewne rzeczy zachował dla siebie. Nadal nie wiem, czy istnieje możliwość sprzedawania siebie tak, aby się nie sprzedawać. Rafałowi się chyba udaje, więc można… Jak mi powie jak, to oczywiście napiszę…

Krzywym okiem KO

zainteresowania Rafała są bardzo szerokie. Tu prowadzi zajęcia w trójmiejskiej szkole dla przyszłych matek. Jego autorska metoda „hop, siup i już”

KO

Autor niniejszego bloga

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: