
Nadal jestem wyjechany precz. Na szczęście, to nie będzie tak długi wyjazd jak poprzednio, ale raz na jakiś czas muszę na tydzień wybyć z Wawy za chlebem. Nie lubię tak znikać z domu, bo mieszkając u kogoś, w najlepszych nawet warunkach, zawsze ma się jakieś poczucie tymczasowości, bo przecież nie ma jak na swoim. Ja po prostu pasjami lubię wracać do domu. A treningowo… no cóż. Nauczyło mnie to jednego: NIE można uzależniać się od nauczyciela. Bo nawet nie wiem jak dobry jest, to jak nie nauczysz się ćwiczyć sam, to du… dużo z tego nie wyjdzie. Oczywiście nie nawołuję do porzucenia swoich ticzerów, bo to bez sensu. Mówię tylko, że wizyta na sali powinna być traktowana jako możliwość skorygowania technik, spotkanie partnera, a nie jako podstawowa nasza aktywność.
Ale nie o tym, nie o tym. Znów z deczka popłynąłem.
w lesie
Dziś mieliśmy robotę poza moim stałym miejscem kaźni. Lekki kawałek chleba, w większości musiałem posiedzieć nieco na alledrogo i poszukać używanego sprzętu komputerowego. Skończyłem zanim reszta moich kolegów wygrzebała się z kabelków. Pożegnałem zatem moich współtowarzyszy niedoli tkwiących w szafach słowami „Nie… nie będę wam pomagał, chrzanię, idę do lasu. Jak skończycie, to klakson.” I powędrowałem do lasu. Oj tam las… zaledwie młodniak sosnowy – drzewa może moją max. 10 cm w pniu co poniektóre.

A w lesie? Początkowo miałem zamiar stanąć i medytować, rozkoszując się ciepłym wiosennym słońcem, ale zauważyłem wystający z suchych igieł pół metrowej wysokości cienki pieniek. Dwa lata temu w lesie odbywała się przecinka i nie wszystkie pniaczki usunięto.

I co robi człek ćwiczący CJF kiedy widzi taki pieniek? No kopie! I tak uczyniłem. Pierwsze kopnięcie lekko, ale poczułem, że pniaczek odchyla się swobodnie o jakieś 20 cm i lekko sprężynuje. No to dalej. Niskie kopnięcia (takie do kolana max – czyli wysokość, na której jeszcze operuję dość swobodnie), z tylnej nogi, z przedniej po doskoku, takie tnące boczną krawędzią buta i inne, które tylko przyszły mi do głowy. Qrcze, ok 15 minut to mi zajęło. A ile radochy? Najlepsze było to, że po powrocie do wieczora zrobiłem więcej, niż wczoraj przez cały Boży dzień siedzenia za kompem. A i wieczorem jakoś inaczej się czułem.
trening kopnięć
Qrcze, szkoda że moje szefostwo nie dostrzega tego, że 30 minut ostrego treningu na workach w czasie pracy, podniosło by naszą wydajność o 50 % minimum. To powinno być zapisane w statucie jakim lub w konstytucji co najmniej. Dobrze by było! Tacy robotnicy z fabryki traktorów, 20 min sparingu i dziennie dwie lokomotywy więcej (tak, wiem że to nie traktory). Może budowniczowie autostrad – 3 km dziennie więcej, dzięki krótkiemu treningowi obijania młotem opony!!! A urzędnicy? Pół godzinki na drewnianym manekinie i miesięcznie kilka ustaw więcej… No dobra, to zły przykład – im trzeba by ręce i nogi powiązać i zanieść nad rzekę (a nóż jakaś powódź będzie?).

Ale dość żartów. Dlaczego trzeba kopać (i ćwiczyć te inne męczące rzeczy)? A dlatego, że potem widzę, jak ludzie w formach nie wiedzą co robią i dlaczego. Ot, po prostu – ogólnie się ruszają. A czasami ważne jest jak ułożyć stopę, dłonie. I tu przychodzi z pomocą wykonywanie realnych technik. Np. w formie, wedle mistrza Yang Jwing Minga, pierwsze dwa wróble okraszone są fajnymi kopnięciami. Właśnie takimi niskimi, pod rzepkę, z uniesionymi do góry palcami. Można tłumaczyć jak to zrobić, ale zaręczam wam, krótka sesja kopnięć co jakiś czas. Wyrobi odruch ustawiania tej stopy dużo lepiej niż kilkadziesiąt poprawek nawet najlepszych mistrzów. To po prostu będzie nasze, przepracowane, czyli jak to mówił kiedyś ktoś w Brennej – wgrane na twardy dysk.
1





Dziękuję, że rozważasz wsparcie mojego projektu — to już naprawdę dużo.
Zbieram fundusze na wyjazd treningowy do moich azjatyckich Nauczycieli. To nie jest wycieczka, tylko realna praca — chcę studiować Tai Chi i pchające ręce u źródła, tam gdzie te metody są wciąż żywe i przekazywane bezpośrednio w czystej formie.
Najważniejsze jest jednak to, co dzieje się później.
Zdobyta w ten sposób wiedza nie zostaje „dla mnie”. Wraca razem ze mną — na treningi, warsztaty i spotkania. Dzielę się nią z uczniami, sprawdzamy ją w praktyce, upraszczamy, czasem rozbieramy na części pierwsze. Dzięki temu wszyscy idziemy krok dalej.
Od lat składam tę wiedzę z fragmentów — z treningów, rozmów i własnych doświadczeń. Taki wyjazd to szansa, żeby poukładać to w spójną całość i przekazywać ją dalej w bardziej świadomy sposób. Jeśli zdecydujesz się dorzucić choćby drobną kwotę — naprawdę, nawet symboliczną — pomagasz nie tylko mnie, ale całej grupie osób, które z tej wiedzy będą korzystać.
Dotychczasowe realizacje:
- 2017 – Guangzou – Chiny
- 2018 – Tajwan
- 2019 – Guangfu – Chiny (pierwsze spotkanie z mistrzem Zhai Wei Chuanem)
- 2024 – Guangfu – Chiny
- 2026 – Quzhou – Chiny (przyjęcie w poczet osobistych uczniów mistrza Zhai Wei Chuana)
- 2026 – Miri – Malezja Borneo – (rozpoczęcie nauki u mistrza Anthonego Yapa)
Plany
- 2028 – Chiny i Borneo – (kontynuacja nauki u mistrzów Zhai Wei Chuana i Anthonego Yapa)
Każda wpłata, nawet ta najmniejsza, ma dla mnie niebagatelne znaczenie. I za każdą jestem szczerze wdzięczny.
Dzięki 🙏
aaa i jeszcze jedno! Ważne! Nie kopiemy żywych młodych drzewek… po pierwsze nie sprężynują tak ładnie, po drugie kiedyś będą duże i nam oddadzą.
Na koniec trochę muzyczki o motylkach i takich tam 😉





