Stara ścieżka jest nieodłącznie połączona ze starą Skrą — tą sprzed przebudowy. Tę starą Skrę, leżącą u stóp na wpół zrujnowanego stadionu lekkoatletycznego, bardzo lubiłem. Miała ona w sobie coś na kształt opuszczonych tajskich świątyń, zanurzonych w dżungli — z dala od cywilizacji. Było to miejsce, do którego nie każdy miał odwagę wejść, szczególnie po zmroku, kiedy pustoszała. Nie, żeby było tam jakoś niebezpiecznie — było to miejsce tak bardzo na uboczu, że nawet tak zwany element się tam nie zapuszczał.

Przyciągnęło mnie tam oczywiście miejsce do ćwiczeń. Wtedy pracowałem nieopodal i o przysłowiowej szesnastej można było wbić cyrkiel w stół i za chwilę być na miejscu. Najpierw ćwiczyłem Tai Chi, wydeptując trawę zarastającą stare boisko do siatkówki. Potem przychodził Marek i ćwiczyliśmy Chuo Jiao Fanzi. Skąd się wzięło słowo „ścieżka”? Otóż ćwicząc Jiben Gong, ustawialiśmy się jeden za drugim i w takiej kolejce przechodziliśmy z jednego końca trawnika na drugi. Kopnięcie do czoła, potem do ucha i tak dalej. Póki tam się spotykaliśmy, trawa koło trzech równoważni przecięta była szramą gołej ziemi, wytartą naszymi butami. Potem, gdy treningi przeniosły się pod mirabelkę, ścieżka z wolna zaczęła zarastać.

Sam los starej ścieżki może być paralelą treningu. Ćwiczysz — utrzymujesz swoje umiejętności, zaprzestajesz — one znikają. Z moim CJZ jest, jak jest. Nie na wszystko, co fajne, jest w życiu miejsce. Dużo mnie ta praktyka nauczyła, ale ścieżka zarasta. To oczywiście nie znaczy, że to, co wyniosłem z tej praktyki, ulatuje. Uważam, że wyniosłem na butach dużo — i to procentuje.
SKRA
Ale dlaczego piszę o starej ścieżce? Poprzedni weekend był bardzo treningowo-nostalgiczny.
W sobotę ustawiliśmy się z Robertem, żeby poćwiczyć formę trzydziestu siedmiu pozycji. I Skra wydała mi się najlepszym miejscem. Pole Mokotowskie w wakacyjne weekendy nie sprzyja nauce form — za dużo dzieciaków, za dużo grilli, za dużo imprez. No cóż, większość społeczeństwa ma inne potrzeby niż ja. Zmieniony stadion Skry okazał się dobrym miejscem — dużo trawników, niewielu ludzi, a ci, co są, to raczej zajmowali się uprawianiem różnej fizkultury (w zdecydowanej większości byli to biegacze). Na koniec treningu Robert pokazał mi jeszcze jeden warszawski park. Okazało się, że wielokrotnie przez lata mijałem go, nieświadomy jego istnienia. Co prawda, park imienia Marii Skłodowskiej-Curie nie ma specjalnego potencjału treningowego, ale to ładne miejsce. Muszę któregoś dnia dokładnie je zwiedzić.
W niedzielę zapakowaliśmy się z Danusią w tramwaj i, zwiedzając moje ukochane miasto (bo wszędzie są remonty, więc normalnie poruszać się nie można), dotarliśmy na Bakalarską. Tam standard — czekając na resztę, wypiliśmy bułgarską kawę u Tefika, zagryzając ją niepowtarzalnymi wypiekami. Potem już całą hałastrą poszliśmy na małe co nieco w nowo otwartej wietnamskiej knajpce. Lela Quan, czyli S-24, jeśli ktoś by szukał. Żarcie dobre, choć cenowo dalekie od dawnych standardów.


Bakalarska
W zasadzie to pierwotnym powodem spotkania był przyjazd Kuby. Kuba obecnie przebywa w obcych landach i w Polsce pojawia się raczej rzadko. Więc kiedy już się zjawi, mus się spotkać, pogadać i pospożywać. Po spróbowaniu wzmacnianego (odrobinkę) świeżo wyciskanego soku z trzciny cukrowej… Doooobre! Oczywiście dobre to nie tylko zasługa trzciny, ale nade wszystko towarzystwa. Oprócz wspomnianego już Kuby i nas dwojga, był Jiuzhizy, towarzystwo AA i Jialiang. Ten ostatni, to mieszkający obecnie w Warszawie Chińczyk, który od pewnego czasu spotyka się z Jiuzhizym i Adasiem, by sobie przyjacielsko poćwiczyć i powymieniać się doświadczeniami. Okazał się spoko gościem, z którym udało mi się nawet zamienić kilka zdań po angielsku! Po chińsku to ja nadal poza „women” i „nimen” (i oczywiście „ganbei”) daleko nie wyszedłem. I to właśnie obecność Jialianga uświadomiła mi, że chłopaki po bakalarskich bachanaliach zawsze jadą na Skrę się wyszumieć. Pojechaliśmy wraz z nimi.



Danusia z Aśką siadły se na grzędzie i zaczęły obgadywać nasze dokonania, albo gadały o czymś innym — ale kto to może wiedzieć? Wolę mieć nadzieję, że choć przez chwilę byliśmy obiektami ich zainteresowania. My zaczęliśmy się bawić, tak jak to mi się podoba. Na początek każdy swoje, to, co mu na sercu leżało. Ja może bardziej statycznie, ale rozrzewniły mnie wspomnienia, gdyż Jiuzhizy konsekwentnie prowadzi treningi w miejscu, gdzie niegdyś funkcjonowała nasza ścieżka. Nawet nazywają to „starą ścieżką”. Jest chyba do niej przywiązany. Ja mu oczywiście życzę długiego życia w zdrowiu i bogactwie, ale jestem pewien, że kiedy już odejdzie do krainy wiecznego treningu, jego duch będzie rotacyjnie przesiadywał w alei 24 na Bakalarskiej, a wieczorami będzie się przechadzał po skrzańskich trawnikach. I to naprawdę nieważne, czy za pięć tysięcy lat będzie tam postapokaliptyczna pustynia, lewitujące jaszczurze wieżowce czy gorące sargassowe morza.
na starych śmieciach

Co ćwiczyliśmy? Niby to takie spotkania bez trenera, ale to właśnie Jiuzhizy zarządzał ćwiczenia. A to trochę tego, trochę tamtego — wszystko nastawione na pracę w parach. Bo samemu to se można w domu ćwiczyć, a tu — jak już masz partnera — to korzystaj. Chyba ze względu na mnie pojawiły się nawet ćwiczenia, jak to Jiuzhizy określił: „takie jak u Yang Jwing Minga”. Bardzo mi się podobały ćwiczenia z bokserskimi rękawicami — wymagające zarówno od atakującego, jak i od broniącego. Chłopaki wyrobili sobie bardzo ciekawy koncept treningowy — nie ma form, nie ma specjalnych „firmowych” technik, jest tylko praca z partnerem. Uświadomili mi, że brak mi takiego treningu, ale że jeszcze do niego nie dorosłem… Cieszę się, że przynajmniej nauczyłem się ćwiczyć samodzielnie, bez obecności nadzorcy.
Przypomniałem sobie z Adasiem kilka ćwiczeń ze „starych czasów” i cóż… wchodzenie do tej samej rzeki, to rzecz dość problematyczna. Przede wszystkim dlatego, że patrzy się na nie już z nieco innej strony. Cały czas miałem wrażenie, że muszę Adasia ganiać, że on mi daje możliwości popracowania — ale może tak ma być?

Na koniec jeszcze Jialiang spytał mnie, czy bym mu nie pokazał czegoś z pchających rąk. Tak po krótkim wstępie o rutynowym kręceniu kółek, pokazałem mu, jak to się przekłada na bardziej luźną pracę z partnerem. Chyba był zadowolony — w każdym razie mam nadzieję, że jego uśmiech to nie było tylko rozbawienie. Zwinęliśmy się, gdyż czekała nas jeszcze skomplikowana droga powrotna, a i wiedziałem, że chłopki to se lubią pokopać jakieś obrotówki. A to nie jest to, co szczególnie lubię.
trening w parach

Doobry weekend, w dobrym miejscu, z dobrymi ludźmi (i fajnym żarciem, i napojami jak najbardziej) — czegóż chcieć więcej w ciepły sierpniowy dzień? Bo to jeden z wielu zysków jakie się ma ćwicząc. Spotyka się dobrych ludzi i (jak to mówi młodzież) robi się rzeczy. Wszystko w równowadze… Na koniec dnia Legia zremisowała swój mecz z drużyną władców śledzi. Ale nawet to mnie niespecjalnie wzruszyło…

1









A ja bym zajął miejsce na ławeczce obok Danusi 🙂
i co nie bałbyś się?
A’propos parku Skłodowskiej – już w bardzo zamierzchłych czasach ćwiczono tam Taiji. To blisko ośrodka kultury Ochoty, więc tamtejsza sekcja, prowadzona przez ś.p. Tadka Kuczyńskiego (tego z pierwszego składu zespołu Izrael) czasem tam wychodziła w plener.
o i to jest następny powód żeby zrobić o tym parku materiał!
Thx, ale czemu w tej wizualizacji AI wyglądam jak Sifu Klajda i dlaczego nie ma Czamek pod świątynią? Musiałeś wprowadzić złe dane ;]
😀
po pierwsze – może Twój duch skieruje się w tą stronę kto go tam wie. Po drugie to z czasów kiedy rządzą Morlokowie, czyli za kilkasetysięcy lat… może nie będzie już Czamek. Wg AI. Według mnie one są wie(trz/cz)ne.
Fajnie się ćwiczyło w tę niedzielę. Trochę dziwnie się czułem gadając do wszystkich po angielsku, ale to też jest z pożytkiem. Człowiek musi wybrać najważniejsze i sam się zastanowić czego chce. Btw, ułożyłem (bez użycia AI) scenkę rodzajową z użyciem trzech chińskich słów znanych KO. KO wchodzi do baru w Makao z kubkiem wzmocnionego soku z trzciny cukrowej i zwraca do biesiadujących:
– Nimen hao! Where are the women? Ganbei!
;p
To musi być scenka rodzajowa nagrana klasyczną metodą. Koniecznie!!! 🙂
Poprosimy Janusza 😉
a będzie scena: you, you, you and any more you?
Tak, to będzie druga scena. I wtedy wchodzi Danusia z wałkiem i łamie Ci nim uniesione boczne w kostce. „Out side” przeradza się w skowyt 😉