Dzięcioły, dzwońce i mandarynki…

Ha!!! Ależ tytuł mi się udało stworzyć! Zarąbisty i wbrew sztuce pisania tytułów nikomu nic nie mówi, tylko mnie. Ale wyjaśni się, wyjaśni. Bo pewnie nikt nawet mnie nie podejrzewa o aż takie zainteresowanie ornitologią. I fakt – ptaki lubię, w szczególności sikoreczki, ale pisać o nich nie potrafię.

ptactwo, co się zowie

Do brzegu więc. Czas dla mnie obecnie jest średni, więc sobota to jedyny moment, jaki mogę poświęcić na treningi. Dziś Danusia pracowała (handel w grudniu ma przerąbane), a ja wyruszyłem rano na Bródno. Strzelanie w Wiosce Żywej Archeologii to nie są zwykłe treningi, nie mam co liczyć na to, by ktoś przy mnie stał i przed każdym strzałem poprawiał mi pozycję. Najwięcej mogę się nauczyć patrząc na innych, stosując metodę strzelaj i obserwuj efekty. To nie jest zła metoda – szczególnie w przypadku strzelania z łuku. Trafiasz – było dobrze, nie trafiasz – trzeba coś zmienić. Może to jest dłuższa droga, ale efekty są trwalsze. Poza tym, to takie kungfiarskie jest… ważniejsza jest wiedza, która jest przepracowana, a nie ta, którą ktoś nam do głowy wbija. Dziś zmieniałem kilka razy punkt przyłożenia strzały do twarzy… z każdego z nich wywalałem cały swój niewielki magazynek strzał (9 sztuk, niczym z Makarowa) i za każdym razem oceniałem czy było lepiej, czy gorzej. Moja Diana ogólnie jest łukiem pozbawionym jakichkolwiek przyrządów celowniczych, ot prosty kawałek kija, wszystko musi się odbywać intuicyjnie.

podobnego jeża robiliśmy na zakrapianych imprezach… daaawno temu

Przy okazji – miałem możliwość postrzelania z łuku węgierskiego. Jeśli dobrze zrozumiałem, to charakteryzuje się tym, że jego końcówki są sztywne, nie uginają się. Dzięki czemu ma on większego kopa. Faktycznie szkoda tylko, że nie miałem skórki, a naciąganie go gołymi rękami spowodowało, że już przy drugim strzale czułem ból w opuszkach palców i zamiast skupić się na strzelaniu, pakowałem strzały w robiący za strzałochwyt, dywan.

Ale pierwsza strzała, ciężka, drewniana, weszła w cel z pięknym, wyraźnym puknięciem… i tu się wyjaśnia pierwsza część tytułu: dzięcioły. Tak, to naprawdę fajne jest, kiedy stoi pięciu, sześciu łuczników i szyje strzałami… a od strony celów dobywa się charakterystyczne puk, puk, puk…. i już wiesz, że strzała weszła. Czasami dźwięki są inne: bardziej głuche – kiedy dziurawimy wspomniany już dywan, czy zdecydowanie wyższe – po trafieniu w deskę ramy celu. Czasami myślę, że można by strzelać z zamkniętymi oczami i po pierwszym dobrze brzmiącym strzale pakować potem jedną za drugą…. ale może jeszcze nie teraz.

Jeśli już pierwszego ptaka mamy rozszyfrowanego, to czas na następnego. Dlaczego dzwoniec? Otóż po krótkiej przerwie, akurat tyle, żeby poćwiczyć trochę sekwencji Tai Chi, w wiosce pojawili się Kasia i Artur. Czyli na tapetę weszły wszelkiego typu noże i rzutki. To świetna zabawa, a oprócz tego niezwykle techniczna dyscyplina. Jeśli się komuś to wydaje zbyt prostackie, to zapraszam – spróbujcie. Osobiście czuję, że to jeszcze jedna dyscyplina, która daje mi możliwość rozwoju. Jak… bo to jest tak – technika techniką, ale tak prawdę mówiąc, jeśli masz w ręku kawałek mela, to sama technika to mało. Szczególnie jeśli co jakiś czas zmieniasz broń, a tej Artur przywozi cały wielki pojemnik…

Kinga rzuca saperką….

O dziwo, rzucałem wielkimi stalowymi szpilami (nie wiem do czego służą w “realu”) i z trzech metrów wchodziła prawie każda!!! Przy okazji ponoć pierwszy raz w życiu rzucałem metodę obrotową. Zresztą ilość rzeczy, które dziś przelatywały nad wioską była wręcz imponująca… noże, toporki, scyzoryki, bagnety, saperki… nie obyło się bez strat. Kinga toporkiem posiekała różowego jednorożca. Ponieważ był to prawdopodobnie ostatni jednorożec na świecie, więc wiecie…

Rzucanie nożem i strzelanie ma jedną wspólną cechę – słychać, kiedy nie wyjdzie. Usłyszysz jak nie trafisz. I tak co chwila, ze wszystkich stron dochodziło głośne dzyń, dzyń …. to noże uderzające pod niewłaściwym kątem. Artur poświęca każdemu chwilę i potem pozwala mu robić do woli błędów… tym razem dowiedziałem się o konieczności jeszcze większego rozluźnienia dłoni. To akurat umiejętność, której osiągnięcie przyda się wszędzie – w Tai Chi, w mieczu, kiju i w czymkolwiek, co trzeba trzymać w ręku. I co? Fajnie brzmi i tak jest!

Yi Jin Jing

No tak… myślę, że już świetnie wiecie, że w tytule nie chodziło mi o dziwnie pokolorowaną kaczkę. Tak. Dziś Marek zaordynował spotkanie na Polu Mokotowskim. W czwartek śnieg sypał, więc przełożył. Dawno mnie nie było na treningu Chuo Jiao Fanzi, bo to albo delegacja, albo przemarsz wojsk radzieckich. Tak więc, po szybkiej ewakuacji z Bródna, wylądowałem na mokotowskim trawniku. I co? No radość, wielka radość. Marek w międzyczasie wprowadził kilka nowych elementów, ale to było to, co kiedyś. Może ta przerwa, to nie najlepszy wynalazek, ale ma jedyną zaletę – odczuwanie radości z treningu… coś, o co trudno kiedy dopada cię rutyna.

Niedawno pisałem o tym jak trudne jest utrzymanie tego stanu umysłu – radości z treningu. Dziś dorzuciłem do swojego pamiętnika jeszcze jeden pozytywny zestaw emocji… fajnie przepracowany dzień… ech, co trzeba zrobić, żeby tak częściej…

A minusy? Tak, był jeden. Po treningu wsiadłem w siedemnastkę i poturlałem się do domu. Teraz w tramwajach pustki niczym w głowach rządzących… kiedy miałem wstać na swoim przystanku, poczułem. TAK… ciągnęły mnie pośladki tak, że ledwo do domu dolazłem.

Nie ma letko…

KO

Autor niniejszego bloga. Może nie jestem mistrzem, ale piszę o tym co robię i co mnie fascynuje. Jestem fanatykiem spędzania czasu na ćwiczeniach różnych ciekawych systemów treningowych. Ćwiczę Tai Chi, Qi Gong, Chuo Jiao Fanzi, łuk, bicz, rzucanie nożem i w zasadzie co się da... Jeśli chcesz ze mną poćwiczyć daj znać...

6 myśli na temat “Dzięcioły, dzwońce i mandarynki…

  • 13/12/2020 o 20:11
    Permalink

    Jak przyjemnie jest nieraz usiąść lekko na d….

    Odpowiedz
  • 13/12/2020 o 21:07
    Permalink

    Jak mnie uczyli w wojsku (Szkoła Chorążych Wojsk Zmechanizowanych) – saperka to żona sapera ! A Kinga rzuca łopatką piechoty.
    Pozdrawiam.
    PR.

    Odpowiedz
    • 13/12/2020 o 21:11
      Permalink

      Powtórzę Kindze. Będzie zawiedziona, ona lubi rzucać żonami saperów ;). Dzięki, postaram się pamiętać na przyszłość.

      Odpowiedz
  • 13/12/2020 o 22:38
    Permalink

    Stalowe szpile kowal wykonywał jako “pale pastwiskowe”. Czyli urządzenia do mocowania na łące końca łańcucha, na którego drugim końcu przymocowana jest krowa. Ciekawe, czy przypuszczał, jak inaczej ktoś może ten sprzęt wykorzystać… Tak czy inaczej – po szpiczastych dłutach Makity jest to kolejny tani sprzęt do rzucania. 7 zł za sztukę. A kto go we Wiosce poużywa – raduje się wielce 😉

    Odpowiedz
    • 14/12/2020 o 09:31
      Permalink

      Raduje się serce, raduje się dusza
      gdy pal pastwiskowy w swą podróż wyrusza

      i teraz co? Krowy biegają samopas?

      Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: