Ćwicząc w żeńskim klasztorze

Dobry tytuł to połowa sukcesu. Ten jest dobry, w sam raz na jakiś sensacyjny portal jakich się namnożyło. Treść będzie już dużo mniej sensacyjna. Będą to moje wspomnienia.

seminarium z mistrzem
klasztor

Charakterystyczne dla osób ćwiczących jest to, że mają oni masę wspomnień i znają mnóstwo historyjek związanych z wyjazdami, seminariami i innymi spotkaniami z ludźmi. To bardzo pozytywna strona trenowania.  Realnie wydłuża życie. Udowodniono, że osoba posiadająca więcej wspomnień inaczej postrzega upływ czasu, w porównaniu z taką która żyje tylko na trasie dom-praca-dom. Jakoś to tak działa. Pewnie posiadamy na osi czasu więcej punktów charakterystycznych i dzięki temu wydaje nam się, że ten czas był dłuższy.

Ale do brzegu…  Rzecz się dzieje w Krakowie. Piękne miasto, w którym to Adaś /mój ulubiony brat w sztuce/ wznosił okrzyki “LEGIA”, i to w dniu meczu Wisła-Cracovia, a rzecz się działa na starówce. Na dokładkę wrócił do Warszawy bez jednego draśnięcia. Za prawdę powiadam Wam, że lata swojego życia powinien on od tego pamiętnego dnia liczyć, a nie od dnia narodzin. Ale to jest historia z innego wspomnienia.

Na innym blogu ktoś opisał swoje wspomnienia o trenowaniu Ving Tsun w towarzystwie zakonnicy. Ja mam podobne wspomnienie z tą tylko różnicą, że u mnie to był cały żeński klasztor. Albo jestem większym grzesznikiem albo… no zresztą ponieważ nic nie dzieje się bez przyczyny na pewno Bóg chciał mi coś przez to przekazać.

Ogród

A było to tak. Seminarium z mistrzem Yang Jwing Mingiem odbywało się w Krakowie, trwało 3 dni. W tym czasie dobrze mieć jakieś lokum blisko sali, żeby nie latać po całym mieście na bez durno. Ja zamieszkałem sobie w żeńskim klasztorze. Było to bardzo blisko tego wybiegu dla krakusów zwanego Plantami. Chyba przy ulicy Starowiślnej, ale mogę się mylić. Nie był to żaden aj waj. Po prostu siostry miały tam za budynkiem klasztornym duży ogród (jak na warunki centrum miasta naprawdę duży). W tym ogrodzie stał dodatkowy domek, a w nim kilka pokoików plus wspólna kuchenka. Warunki spartańskie. Ośmioosobowe pokoje, piętrowe prycze, jak szedłem pomiędzy nimi (bokiem), to reszta musiała leżeć na swoich miejscach. Oczywiście panie w jednym pokoju, panowie w drugim,  ale kuchenka wspólna. Miejsce to znalazł Marek z Lublina, szef tamtejszej szkoły YMAA. A że było tanio, w centrum, no i ten żeński klasztor – dołączyłem do grupy.

Ogród, w którym znajdowało się nasze lokum miał raczej charakter parku. Był tam plac zabaw (było także przyklasztorne przedszkole), alejki, stare drzewa i nawet kilka grządek pomiędzy krzakami. Była też wielka drewniana altana w której to spokojnie można było zrobić spory kawałek formy. I do tej altany poszedłem sobie raniutko poćwiczyć, to co poprzedniego dnia przerabialiśmy z mistrzem. Początkowo miałem opory, bo to wiecie, że Taiji traktowane jest czasami jako wynalazek szatana na równi z kity cat’em i Harym Poterem. Ale już pierwszego dnia o 6 rano koło altany w której ćwiczyłem przemaszerowały siostry i… nic się nie stało. Nawet się nie zatrzymały, popatrzyły w locie i poszły dalej. Obyło się bez egzorcyzmów, siarki i takich tam. Rozzuchwalony zacząłem następnego dnia od medytacji stojącej pod malowniczo pochylonym drzewem które tam rosło.

seminarium z mistrzem

Żeby wyciągnąć jakieś wnioski z tej historii, to chciałbym zwrócić uwagę na coś, co nazywamy okolicznościami przyrody w których przychodzi nam ćwiczyć. Przyklasztorny ogród miał swój klimat. Cisza (o dziwo) spokój i ta aura (która pewnie w większości siedziała w mojej głowie). Naprawdę z przyjemnością wspominam tamte dwa treningi. Łatwiej się było wyciszyć, było w tej praktyce coś czego do końca nie umiem opisać. Naprawdę ćwiczyło się łatwiej, bardzo wartościowe to było. Dziś, kiedy wracam do notatek z tamtych dni, wraca ten fajny nastrój. Wtedy zacząłem rozumieć po co mistrzowie szli w góry praktykować. Dawno temu ludzie zamykali się za klasztornymi bramami żeby uporządkować swoje życie, poukładać coś w głowie. A czy my nie dążymy do spokojnego umysłu? Czy nie chcemy odciąć się od złych emocji tego świata? Zresetować się?

piękne okoliczniści przyrody seminarium z mistrzem
piękne okoliczności przyrody

Każdy z nas ma swoje miejsca gdzie lubi ćwiczyć. Skra, Pola Mokotowskie, Lasek na Kole, fosa przy cytadeli, dla mnie teraz Las Bielański. Albo taki Gaj… kto był ten wie. Jeśli te miejsca mają swoją pozytywną wibrację, to ćwiczmy tam jak najczęściej. A jeśli jest to tylko dobre miejsce do spotkań, takie bez duszy, to odpuśćmy to sobie. Szczególnie przy ćwiczeniu różnego rodzaju nei gongów ta atmosfera podniesie praktykę na wyższy poziom.

Krzysztof Operacz

KO

Autor niniejszego bloga

0 thoughts on “Ćwicząc w żeńskim klasztorze

  • 30/01/2014 o 07:49
    Permalink

    Zdjęcie się nie wyświetla.
    Kolega miał także ciekawą przygodę w żeńskim klasztorze, nie pamiętam jednak gdzie to było. Miał zwyczaj ćwiczenia w zielonym dresiku. Tak jak pisałeś okoliczności w takich klasztorach sprzyjają ćwiczeniu, więc sobie praktykował w ogrodzie pod klasztornym murem. Działo się to w latach osiemdziesiątych i nikt nie wiedział czym jest Tai Chi. Pewna starsza zakonnica zobaczywszy go z daleka miała zapytać swoją młodszą koleżankę” A co to, takie zielone pod murem się rusza?” Ale ogólnie fajnie mu się tam ćwiczyło. Zdarzało się tamtymi czasy, że i młody kleryk zjawił się na zajęciach i zakonnica, a dziś to raczej nie do pomyślenia.

    Odpowiedz
  • 30/01/2014 o 12:07
    Permalink

    No widzisz, nie taki klasztor straszny jak go maluja, a i zakonnice nie były z frakcji natankowców :P. “Taiji traktowane jest czasami jako wynalazek szatana na równi z kity cat’em i Harym Poterem” – akurat tymi temaami zajmuję się “niemalże naukowo” i nie chodzi tu o “wynalazki” szatana 😉

    Odpowiedz
  • 30/01/2014 o 22:23
    Permalink

    No właśnie jakoś zakonnice Cię oszczędziły :-), a ostatnio ciągle się słyszy, że nie ma większego zagrożenia niż Joga , Taijiquan i ….Gender :-)…a ostatnio słyszałem że Aikido też się załapało do tej grupy :-)…..ale w zasadzie to nie wiem o co w tym wszystkim chodzi :-))….

    Odpowiedz
    • 30/01/2014 o 22:44
      Permalink

      A ja kiedyś kupiłem taką książkę “Joga chrześcijańska w 10 lekcjach” z bardzo ciekawym wstępem na temat Boga i tych różnych wschodnich sztuk. Wstęp był autorstwa pewnego misjonarza.

      W skrócie : wszystko co stawiamy ponad Wiarą jest jej zagrożeniem. Więc jeśli piłka nożna będzie stawiana ponad Wiarę to będzie “narzędziem szatana” jeśli nie to będzie piłką nożną. Ostatecznie powiedziano : “Nie będziesz miał cudzych bogów przede mną”

      Odpowiedz
      • 31/01/2014 o 09:23
        Permalink

        KO napisałes niczym cytat z jednego z filmów, chyba tak to leciało:
        “- That’s it! what did You feel?
        – hmmmm, let me think…
        – Don’t think – feel!”

        Dobrze ujęte przez misjonarza, ale sprawa sięga czasem głębiej ….

        Odpowiedz
        • 31/01/2014 o 09:26
          Permalink

          Dlatego napisałem że w skrócie… ale jeśli masz coś ciekawego na ten temat to podeślij mi.

          Odpowiedz
          • 31/01/2014 o 11:14
            Permalink

            Możemy pogadać, jak jestes zainteresowany tą tematyką 🙂

            Odpowiedz
    • 31/01/2014 o 09:15
      Permalink

      “le w zasadzie to nie wiem o co w tym wszystkim chodzi ” – no własnie, nie wiesz, ale się nasmiewasz.

      Odpowiedz
  • 31/01/2014 o 21:30
    Permalink

    Luz kolego….jeśli odebrałeś to jako naśmiewanie się to sorry nie taki był mój zamiar.

    Odpowiedz
    • 31/01/2014 o 22:31
      Permalink

      Bywam spięty tylko przed tym, jak żona powie mi “chuchnij” po poźnym powrocie do domu ;). Tak więc spox! BTW. ciekawe czy ktos pamieta tekst o “Spietym” z pewnego filmu – stawiam piwo 🙂

      Odpowiedz
  • 31/01/2014 o 23:09
    Permalink

    Stawiam na Vabank i scenę w warsztacie samochodowym jak Kwinto kupuje auto….”to co mam powiedzieć Spiętemu ? – Kwinto – zeby się rozpiął :-).

    Odpowiedz
    • 01/02/2014 o 10:57
      Permalink

      Wygrałeś!!!! Pozostaje kwestia odebrania wygranej 🙂

      Odpowiedz
    • 01/02/2014 o 19:10
      Permalink

      uff… bo jedyne co mi się kojarzyło to “Bawarskie balony VIII”.

      Odpowiedz
  • 03/02/2014 o 00:12
    Permalink

    Bardzo kul wpis. Dopiero teraz przeczytałem. Może rzeczywiście warto publikować te ciekawsze historie, dla potomności. Może też, jak ze dwie ja też puszczę, to sprowokuję Cię do dalszych. 🙂

    Odpowiedz
    • 03/02/2014 o 08:50
      Permalink

      Nie wątpię że masz ich więcej. Już dawno Ci mówiłem że pewne historie musisz spisać bo bez tego pamięć o początkach polskiego kung fu umrze. Ja mam w planach klasyczną już w pewnych kręgach opowieść o tym jak mistrz Yang Jwing Ming trafił do Polski.

      Odpowiedz
      • 03/02/2014 o 14:53
        Permalink

        Szczerze mówiąc, myślałem bardziej o głębokich przemyśleniach mojej poprzedniej szefowej, jako bardzo pouczające dla każdego zainteresowanego kulturą chińską w różnych formach. Poza tym niektóre opowieści jianghu są nie do powtórzenia na publicznym forum. 🙂

        Odpowiedz
  • 03/02/2014 o 15:22
    Permalink

    tia, też (za przeproszeniem) przeleciałem swoją pamięć i doszedłem do wniosku że część przypowieści będzie lepiej jak zostawię dla siebie ew. dla zaufanego grona.

    Ale przemyślenia Twojej szefowej mogą być hitem.

    Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: