Świąteczna szyneczka

Niestety, nasi sternicy, ta siła przewodnia narodu (i kilka innych słów, których nie użyję, bo i tak korekta je wykreśli), postanowili zamknąć nam wszystkie zorganizowane możliwości treningów. Na razie jeszcze nie zamknięto możliwości ćwiczenia online. Oceny działań zostawiam sobie. Tak zmieniając temat – polecam Waszej uwadze mikropowieść braci Strugackich pod tytułem „Drugi najazd Marsjan”. Bardzo dobra literatura i oczywiście jest to science fiction, zupełnie oderwane od rzeczywistości.

Nie będę tu próbował analizować ustawy/zaleceń/węgorzwiejaktosięnazywa, bo nie jestem prawnikiem i przerasta to moje możliwości poznawcze. Niektórzy twierdzą, że mogą prowadzić zajęcia i zapowiadają kontynuację. Inni schodzą do podziemia. Jeszcze inni, nie chcąc mieć problemów, wracają do znanego nam trybu zdalnego. Czas pokaże, jak to będzie. Ja się obawiam, że zadziała tu syndrom sierżanta Wani. Przypominam, że chodzi tu o możliwość wywołania wojny jądrowej przez przysłowiowego sierżanta, który poczuje trochę więcej władzy niż zwykle i ze strachu naciśnie guzik.

Stwierdziłem, że trzeba skorzystać z ostatnich chwil „wolności”. Dodatkową zachętą są kalorie, które atakowały mnie przez dwa poprzednie dni. Co jak co, ale na te bezmyślne istoty, żadne znane mi techniki nie działają. Ani rzuty, ani Qin Na… nic, qrna nic. Sobota to drugi dzień świąt, więc ilość treningów odbywających się w przestrzeni publicznej nie powala. Są jednak ludzie, którym się chciało. I tak Piotr Chmielarz postanowił zorganizować mini turniej łuczniczy w Wiosce Żywej Archeologii. Wioska jest miejscem, w którym ostatnio bywam coraz częściej. Jeszcze zostanę jakim wikingiem… chociaż nieeee… te wszystkie rozboje, gwałty są przereklamowane i męczące.

na pierwszym planie łuk Macieja zwanego “Zwycięzcą”, poniżej widać moją strzałę która została zmasakrowana czyimś strzałem. Tak! trafienie strzałą w strzałę nie jest takie rzadkie…

Dużo to się nas nie najechało, raptem trzech – oprócz Piotra. Tak więc miałem szansę na dobry wynik. To był pierwszy konkurs łuczniczy, w którym brałem udział. I cóż, nadal uważam, że wprowadzenie elementu rywalizacji, dobrze robi naszej praktyce treningowej. Można dużo mówić o tym, że ćwiczę dla przyjemności, że inwestuję w przegraną. Jeśli pojawia się element rywalizacji, pojawiają się bodźce, których nie ma w czasie samodzielnej praktyki. No, po prostu, nie chciałem przegrać, chciałem chociażby zawalczyć. Bo to nie jest tak, że muszę być pierwszy i wygrywać za wszelką cenę. Ja chcę strzelać dobrze, pomimo stresu.

turniej łuczniczy

Ciekawe były konkurencje. Pierwsza, to strzelanie w ruchu. Czyli szliśmy wzdłuż celu i strzelaliśmy. Pierwszy raz spróbowałem czegoś takiego i na dwa przejścia trafiłem w tarczę tylko raz. To chyba dobry przykład na potwierdzenie teorii mówiącej o tym, że taka konkurencja jest pozytywna. Nawet tak minimalna i przyjacielska. Otóż bezpośrednio po naszych mini-zawodach spróbowałem strzelać w ruchu już na luzie. Nie dość, że wystrzeliłem w jednym przejściu dwie strzały więcej, to trafiłem trzykrotnie do celu. Coś się zmieniło? Zawsze uważałem, że odrobina konkurencji dobrze robi na nasze ego. Pokazuje nam, że tak naprawdę niewiele umiemy.

Drugą konkurencją było strzelanie na skupienie, a dodatkowym utrudnieniem było zmienianie dystansu za każdym razem. Tak, żeby się nie przyzwyczajać. I znów pierwsze dwie strzały w celu, a z trzeciego dystansu trafiłem dopiero za siódmym razem! To chyba można podpiąć pod osiadanie na laurach. Na koniec strzelanie na czas. Czyli masz minutę i musisz trafić jak najwięcej razy… Strzały wysypały mi się z kołczana. Była to jedyna dyscyplina, gdzie udało mi się zająć drugie miejsce (inaczej patrząc przedostatnie). Stało się tak tylko dlatego, że jakaś dobra dusza wpychała mi co chwila strzały do kołczana. Dzięki.

wręczenie nagród i odczytanie werdyktu. Może się wam wydawać, że to nie było na serio, ale organizacja była bardzo pro. Dostałem dyplom “za zajęcie trzeciego miejsca”.

Nagrodę w postaci wędzonej szyneczki (oraz suszone kabanosy na pocieszenie) w imieniu Wioski zasponsorował Robert Sigmundsson, szef tego całego archeologicznego zamieszania. Piotr skołował pozostałe nagrody. I tak stałem się posiadaczem niewielkiego nożyka – mojego pierwszego łuczniczego trofeum. (Więcej zdjęć znajdziecie na FB).

Następnego dnia postanowiłem pojechać do Łazienek. Potaiczować nieco z Jankiem w ramach praktyki Lao Jia. Połączenie do Łazienek to ja mam kiepskie. Żeby dojechać na 9:00, muszę wyjść ponad godzinę wcześniej. Chyba rowerem byłoby szybciej. I jakież było moje zdziwienie, kiedy po wyjściu z klatki schodowej zobaczyłem na zewnątrz spory ruch. Naprawdę razem ze mną, przed blokiem pojawiła się spora grupa ludzi! Hurra!! Moje nawoływania do treningu zadziałały. Po świątecznym obżarstwie ludzie wylegli na trawniki i będą się ruszać! I tak szliśmy sobie razem… z tym, że ja na przystanek, a oni do monopolowego. Naprawdę, stałem kilka minut, czekając na transport, a kolejka przed sklepem ciągle wahała się wokół czterech-pięciu osób. To, że ja wstałem, wylazłem na chłód i poniewierkę, da się jeszcze (od biedy) zrozumieć. Ale co trzeba mieć w głowie, że lecieć skoro świt po szklankę kiepskiej wódy? Teraz ten tani alkohol, a takim handluje się we wspomnianym źródełku, to nawet uczciwych 40 V nie ma! BTW, przy okazji nie wiem, czy wiecie, ale po warsziawsku to się wymawia aNkohol.

Janek nie organizował żadnych konkursów. Zresztą nie mógłbym w nich wystartować, bo w Fundacji konsekwentnie brakuje ludzi chodzących w mojej kategorii wagowej. No nie wiem, pewnie jednym z warunków wstąpienia do Fundacji jest przeciśnięcie się przez specjalnie wycięty obrys człowieka. Dzięki temu są w stanie na jednym zdjęciu ująć więcej osób niż inne szkoły.

niedziela, poranek, narodowe siedzenie w domu… nawet da się żyć

Janek poranne, parkowe zajęcia prowadzi bardzo tradycyjnie… to znaczy przychodzisz i ćwiczysz. Nikt nie będzie przez cały czas tobą dyrygował. Dzięki temu mogłem i poćwiczyć formę Lao Jia, i wysłuchać poprawek, i poćwiczyć sobie styl Hao. Doprawdy lubię tę atmosferę. Nie generuje ona masy historii, które mógłbym potem opisywać, ale dla mojej praktyki – po prostu miodzio.

puste Łazienki

W zasadzie to jednak jest coś, o czym mogę napisać. Oglądając komentarze Janka, widzę w technikach tej formy, coraz więcej aplikacji. Fajnie, do tej pory nie rozumiałem tej sekwencji w ząb, teraz pojawiają się już jakieś pojedyncze okruszki zrozumienia. Najlepsze jest to, że dzień później doszedłem do wniosku, że przecież inaczej się nie da. Liczę na więcej takich chwil.

załapałem się na profesjonalną sesję fotograficzną… wielkie dzięki

KO

Autor niniejszego bloga. Może nie jestem mistrzem, ale piszę o tym co robię i co mnie fascynuje. Jestem fanatykiem spędzania czasu na ćwiczeniach różnych ciekawych systemów treningowych. Ćwiczę Tai Chi, Qi Gong, Chuo Jiao Fanzi, łuk, bicz, rzucanie nożem i w zasadzie co się da... Jeśli chcesz ze mną poćwiczyć daj znać...

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: