Niech się świeci pierwszy stycznia

W normalnych czasach staram się pierwszego stycznia wziąć udział w jakimś treningu. Zazwyczaj to są one troszeczkę luźniejsze. Ot spotykamy się, żeby złożyć sobie życzenia, poruszać się, spędzić trochę czasu na powietrzu. Ogólnie chodzi o to, by dobrze zacząć rok. Różnie to bywało – raz ćwiczyliśmy Chuo Jiao Fanzi, raz strzelaliśmy z łuku. Ot, robimy to, co chcemy… wszak mamy święto.

początek nowego roku od dawna nie jest już specjalnie biały…

Tego roku miłościwie nam panujący, te słońca naszych szarych dni, w ramach dbałości o nasze zdrowie, zakazali treningów sportów amatorskich. To znaczy niby można, ale w maseczkach, tylko biegający zostali zwolnieni z tego obowiązku. Przepisy są tak niejasne i pozostawiają szeroki margines do interpretacji, że w tym roku zrezygnowaliśmy z takiego ćwiczenia…

A byłoby tak fajnie. Wstałbym rano, po zbyt krótkim śnie, po sylwestrowej nocy. Nie, żebym szalał z wodą rozmowną, już nie ta wątroba, ale jakoś więcej snu ostatnio potrzebuję. W każdym razie starałbym się po cichutku ulotnić, tak by nie budzić Danusi, która poczęstowałaby mnie noworocznym wykładem na temat budzenia. A ponieważ nie potrafi się ona długo na mnie gniewać, to pewnie szybko przeszłaby do upominania, bym się ciepło ubrał. Ja jeszcze poprzedniego dnia przygotowałbym torbę ze sprzętem, który chciałem pokazać znajomym. To tak, żeby nie tłuc się po szafce – po co testować cierpliwość Danusi?

I tak pojechałbym na Pole Mokotowskie. Tramwajem, bo mam bezpośredni.

bywały śniadania na trawie, jak, nie przymierzając, u jakiego Tifaniego

Na Polu byłbym pierwszy. O tej godzinie nie spotkałbym wielu ludzi. Fajnie by było, tak lubię. Miałbym jeszcze trochę czasu, żeby poćwiczyć w samotności Tai Chi. Tak jak lubię zacząć trening od ćwiczeń stylu Hao. To mnie dobrze nastraja do dalszego treningu.

Kiedy by już przyszli, oczywiście nieco spóźnieni Adaś i Aśka, zmartwiłbym się, że nie chcą ćwiczyć pod naszą świętą mirabelką… tylko przenieśli bliżej biblioteki. Nic, że więcej tam błota, szkieł i śmieci – eleganckie torebki miałyby swoje prawa. Nic to, w zasadzie najważniejsze byłoby to, że możemy poćwiczyć. Niestety pewnie w pewnej chwili wywaliłbym się na tym błocie jak długi. Ale moi przyjaciele też muszą mieć w życiu odrobinę radości. A co może bardziej rozweselić człowieka jak nie widok grubasa upadającego w błoto? :)… Sam chciałbym to zobaczyć.

Spotkałbym jeszcze Ryśka i zobaczył jego fajny ratanowy kij, uściskałbym Aleksandrę. Pod czujnym okiem Ryśka, bo to przecież jego osobista współmałżonka. Bardzo ucieszyłby mnie widok Jerzego, którego z powodu moich rozwyjazdów służbowych nie widziałem już strasznie dawno.

a bywało też w błocie

Adaś nie pozwoliłby nam zbyt długo gadać i się witać, tylko pogoniłby nas do treningu. I dobrze… Tak jak pisałem, to taki nieco lajtowy dzień (no wiem, że normalnie nasze treningi też pozostawiają, kolokwialnie mówiąc, co nieco do życzenia), więc trening byłby nieco krótszy. Musielibyśmy jeszcze znaleźć czas na chwilę pogaduszek i posmakowanie specjałów, które (jak niesie wieść) Rysiek przywiózł z Albionu.

Na koniec znalazłby się jeszcze czas na treningowe zabawy i prezentację mojego sprzętu. Aśka posmakowałaby bicza (to jest nie tak, że Adaś by ją bił – choć kto wie, kto wie?) i nawet udałoby jej się wydobyć z mojego ciężkiego dziada swojego pierwszego craka. Ja z Adasiem spróbowalibyśmy takiego przyjacielskiego treningu bicza kontra bokena i potem jeszcze długiego kija. Wyszłoby bardzo inspirująco, choć trafiony kijem palec spuchłby wieczorem i jeszcze następnego dnia nie zginał się bez protestów.

oj zimno było tego dnia, zimno

Na koniec jeszcze spróbowalibyśmy wraz z Aśką rzucać moimi nowymi dłutami od Makity. Myślę, że to również mogłoby się jej spodobać, bo to fajna rzecz jest. Niby zabawa, ale jak dla mnie rozwijająca. W tym czasie Adaś jak zwykle wykonywałby dziwne ruchy pod sąsiednim krzakiem (ale spox… wszystko treningowo). Naprawdę byłoby zarąbiście… ze mnie zeszłoby trochę stresu, a jak wiadomo – mniej stresu, to większa odporność na wszelkie cholery chcące nas zaatakować zza krzaka. Ale cóż. Widocznie ludzie, którzy wiedzą lepiej, to wiedzą lepiej. Ja się nie muszę znać.

PS. Zdjęcia pochodzą z lat poprzednich, bo jeśli nie poszliśmy na trening, to nie mam żadnych zdjęć. PRAWDA?

zdjęcie pokazuje wyjazd z miejscowość Prawda w województwie łódzkim. Całkowicie bez związku z tym wpisem. To mój blog i umieszczam tu co mi się podoba.

KO

Autor niniejszego bloga. Może nie jestem mistrzem, ale piszę o tym co robię i co mnie fascynuje. Jestem fanatykiem spędzania czasu na ćwiczeniach różnych ciekawych systemów treningowych. Ćwiczę Tai Chi, Qi Gong, Chuo Jiao Fanzi, łuk, bicz, rzucanie nożem i w zasadzie co się da... Jeśli chcesz ze mną poćwiczyć daj znać...

2 myśli na temat “Niech się świeci pierwszy stycznia

  • 03/01/2021 o 17:35
    Permalink

    I ja tam byłbym, sok i whisky piłbym.
    A com widziałbym i słyszał, na blogu umieściłbym. 😆

    Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: