Kto piwo pije, tego głowa boli…

Lubię Arkadiusza (pana na Białym Stoku), ale muszę się go strzec. Nigdy nie wiadomo kiedy najdzie go ochota, by coś mi zrobić, nawet nieświadomie. Animozje pomiędzy Warszawą i Białymstokiem są bardzo głębokie. 😉

Nic tego nie zapowiadało, kiedy w piątek, zaraz po pracy, rozpocząłem moją podróż na wschód (to tak, żeby odróżnić od Króla Małp, który podróżował na zachód). Umówiliśmy się z Arkiem, że spotkamy się dzień wcześniej i pogadamy, a przy okazji będzie możliwość zademonstrować trochę zdjęć z moich chińskich podroży.

Spotkaliśmy się w pubie. Oprócz nas było jeszcze kilka osób z białostockiej grupy. Fajna atmosfera, drewniane, schetane podłogi i głośna rockandrollowa muza. Trochę ciężkie warunki na pokaz slajdów, ale trudno, nikt nie powiedział, że życie ma być łatwe. Ciężko miałem ja, bo musiałem przegadać i muzykę, i siedzący obok gang białych kołnierzyków. Nielekko mieli też moi słuchacze. Podejrzewam, że czasami po prostu nie słyszeli o czym mówię.

nie na warszawskie podniebienie

Chciałem zaprezentować fotografie robione w świątyniach i trochę o nich poopowiadać. Nie jestem jakimś specem religioznawcą, ale coś tam już wiem. Pamiętajcie więc: perła między smokami – to buddyści, nieśmiertelni – taoiści, a pagoda – konfucjaniści. Oczywiście wyjątków od reguły jest pewnie więcej niż czystych przypadków. Widziałem bowiem też takie, których główny dach sugerował taoistów, ale pod spodem był mniejszy, który wskazywał na konfucjanistów. I bądź tu człowieku mądry…

pamiątki z wakacji

Arek chciał wykorzystać fakt, że skupiłem się na popisach oratorskich przed większym audytorium i wsunął mi do ręki butelkę chłodnego napoju. Kątem oka błysnęły mi co prawda znajome barwy, ale niestety, ręka szybsza niż umysł (do piwa w każdym razie na pewno) i bęc. Tak, macie rację… Piwo nazywało się „Klubowe” i nosiło barwy Jagiellonii!!! Powinienem wiedzieć, że Arek tylko czyha na moje życie i kolekcję książek o Tai Chi (część z niej na pewno mu zapiszę w spadku). Dobra, żarcik, nie jestem jakimś oszołomem… piwo wypiłem, ziemia się nie rozstąpiła, ani nie zaczęło jechać siarką. Śmiechu przy tym było co niemiara.

Następnego dnia ćwiczyliśmy. Fajnie, że przyszło tyle osób, Aj lajk Białystok, ewer. Naprawdę. Pogoda pod psem (rano deszcz zacinał równolegle do chodnika), a im się chciało przyjść. Robiliśmy Yi Jin Jing i jeszcze kilka rzeczy. Mam nadzieję, że to ten Qi Gong zakiełkuje i niczym puszcza Knyszyńska, będzie rósł w siłę i dostatek.

I trzymam kciuki za Wasze sto dni. „Do boju Jaga, do boju”, czy jak wy to śpiewacie: „W stepie szerokim”…. tfu… nie piję więcej, ani grama.

pocałunek łabędzia
demo

odrobina czarnej magii

PS. Klubowe piwo Jagielloni jest prawdopodobnie wyposażone w enzymy, które mają za zadanie zabijanie Legionistów. Cały następny dzień spędziłem w odosobnieniu, bezskutecznie wzywając, przy pomocy białego telefonu, różne siły ze światów równoległych. Nigdy więcej piwa Jagi. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co by było, gdybym spróbował piwa Lecha. Nie mniej jednak, bez żalu. Warto było.

my wszyscy

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: