Dwa oblicza jednego trawnika

Ponieważ jestem wyjechany służbowo, i to na cały tydzień, pozostawiłem za sobą problemy ćwiczenia w grupie. Zresztą ostatnie zwierzenia o pojawiającym się dyskomforcie spowodowanym bałaganem treningowym spotkały się raczej chłodnym przyjęciem. Może faktycznie przesadzam.

Jestem więc sobie w małym miasteczku (nazwę je kodowo TPG) nieopodal innego, dużego miasta. Nie będę wspominał jego nazwy i nie jest to wcale spowodowane faktem, że to właśnie stąd pochodzi pewna drużyna piłkarska, z którą kibice Legii mają mooooocno na pieńku.

Plan na ten tydzień był następujący: szabla. A że mój egzemplarz szabli jest ciężki i nie chciało mi się z nim dygać – wziąłem lżejszy boken. W zasadzie wsio rawno. Wolę zrobić więcej powtórzeń formy, niż przy drugim przejściu szarpać się z żelastwem. A że boken, to niejako przy okazji do planu dopisałem Chuo Jiao Fanzi i krótką formę z bokenem. Fajną, krótką, powtarzalną praktykę, w której można sobie przyjemnie pohasać po trawniku”.

Wyjścia na jedyny dostępny w TPG trawnik miałem dwa.

Za pierwszym razem odezwały się wspomnienia. Te niezbyt przyjemne. TPG w zasadzie wygląda na małe miasteczko, ale to wieś, pomimo że dużą, to nadal wieś. W rezultacie całe jest pogrodzone płotami. Poruszać się tu można tylko po chodnikach wzdłuż kilku głównych ulic. Na mniejszych często nie ma chodnika (a czasami też asfaltu), tam obecność pieszego jest dziwna. Obcy, na dokładkę bez samochodu – pewnie mu prawko zabrali za pijaństwo, a wiadomo, każdy pijak to złodziej.

Pierwsze wyjście – wspomnieniowe.

Jest w TPG jeden park, więc wszyscy się tam schodzą. Szczególnie ostatnio, bo jest to jedyne mijesce gdzie na legalu dziewczyny mogą chłopakom pokazywać ust korale. Wszyscy, i dzieciaki jak chcą pojeździć w skejtparku i chłopaki, jak się chcą napić piwa (i popatrzeć nas powyższe ust korale). W sam środek tego etylohormonalnego melanżu wchodzę ja – cały na biało z bokenem w ręku.

fragment rzeczonego parku

Widok ćwiczącego w parku w TPG to chyba rzadkość. I pierwszego dnia zwróciłem na siebie uwagę. Niestety nie dziewcząt (tych od korali), tylko dwóch grup miłośników piwa. Standardowo nie podeszli spytać o zdrowie czy pogratulować piętnastego tytułu mistrzowskiego mojej ulubionej drużyny. Ot, kilka okrzyków typu: „Eeee, Brus Li!”, zaproszeń do rozmowy i próby udawania niepowtarzalnego okrzyku bojowego małego smoka.

Nie poleciały w moją stronę żadne kamienie, ale szczerze? Tego typu zachowania w Wawie to może jeszcze kilkanaście lat temu się zdarzały, teraz już się z tym nie spotykam, a przecież z różnych trawników korzystam.

Przekonałem się jednak, że zły flow otoczenia ma jednoznacznie destrukcyjny na jakość treningu – ćwiczenie tylko po to, by pokazać krzykaczom, że się nie boję to tylko połowa treningu…

Drugie wyjście – bom przekorny jest.

Przyznam się, że rozpatrywałem pozostanie w hotelu i poćwiczeniu sobie czegoś, co nie wymaga aż tyle miejsca, co forma z szablą. Ale NIE! Nie dam się kilku piwoszom, szczególnie że mój kolega z pokoju okazał się miłośnikiem różnych seriali. Bałem się, że wciągną mnie losy bohaterów rosyjskiego tasiemca. A nuż Tania wybierze bogatego, wyfiokowanego, polskiego paniczyka zamiast Stiopy o urodzie i muskulaturze syberyjskiego drwala. Na wszelki wypadek zapakowałem do torby dowód osobisty (jakby trzeba było się legitymować służbom) i z bokenem w ręku i błyskiem w oku pojawiłem się na trawniku.

Albo przywykli, albo czwartek nie był dniem piwoszy (może mają jakiś grafik), tym razem prawie nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Kilku młodzieńców z Lechem w ręku (O nie!!! Zdradziłem koordynaty TPG) brylowalo przed samiczkami, a na moje popisy zareagowała tylko grupa dzieciaków. Jeden z nich odważnie podszedł bliżej… 🙂

-Przepraszam pana, czy mogę podejść? – ależ kindersztuba, jakby jeszcze powiedział dzień dobry, to chyba nie wiedziałbym, jak zareagować.
– Tak.
– A co pan robi, jeśli mogę zapytać?
– Ćwiczę z mieczem…
– A po co?
– Bo lubię. – No właśnie, po co ja ćwiczę z tym bokenem? Ma to właściwie jakiś cel?
– A to jest samurajski miecz?
– Nie, to jego drewniana imitacja.
– A ja mam w domu metalowy – pochwalił się dzieciak – ale nie ćwiczę, raz uderzyłem się w nogę i bolało.
– Następnym razem weź drewniany. – udzieliłem mu pierwszej lekcji Kung Fu (za darmoszkę). Trzydzieści lat później ten chłopak będzie przyprowadzał tu swoich uczniów. Będzie snuł opowiesci o tajemniczym grubasie z parku, który wskazał mu prawdziwą ścieżkę treningu. Jego własną drogę Dao. Albo i nie – ciort wie.
– Dobrze. Do widzenia. – mój rozmówca zakręcił się i wrócił do grupy znajomych. A ja miałem ochotę rzucić jeszcze kilkoma mądrościami w stylu: „Prawdziwej siły nie widać”, „Jedna uncja i 1000 funtów”, “Nie wierz nigdy kobiecie…” i „Mistrzem Polski jest Legia…”.

walka drewnianym mieczem uważana jest za szczyt umiejętności

W zasadzie ta rozmowa wszystko zmieniła. Park stał się przyjaźniejszy, chłopaki nad kałużą robiącą tu za staw skupili się nad szkłem i ust koralami. Zza krzaków leciało discopolo. Nikt mnie nie wskazywał palcami i nie wydawał dziwnych odgłosów. Miejsce stało się oswojone. Bardziej niż poprzednio w każdym bądź razie.

Może w tej poprzedniej sytuacji było też sporo mojej winy. Może byłem uprzedzony, miałem w sobie zbyt dużo negatywnej Qi (że tak, śmiejąc się, powiem). W każdym razie trening w nowym, nie do końca przyjaznym miejscu również może czegoś nauczyć.

KO

Autor niniejszego bloga. Może nie jestem mistrzem, ale piszę o tym co robię i co mnie fascynuje. Jestem fanatykiem spędzania czasu na ćwiczeniach różnych ciekawych systemów treningowych. Ćwiczę Tai Chi, Qi Gong, Chuo Jiao Fanzi, łuk, bicz, rzucanie nożem i w zasadzie co się da... Jeśli chcesz ze mną poćwiczyć daj znać...

9 myśli na temat “Dwa oblicza jednego trawnika

  • 15/05/2021 o 15:48
    Permalink

    Pamiętam w latach 90 takie teksty parkowych pijaczków, ale od 2000 już się w Wawie rzeczywiście wyciszyło. Ale w sumie miałem o wiele więcej pozytywnych reakcji i pytań w stylu “a co to za ćwiczenia?” a nawet bywały sytuacje w stylu “wujek dobra rada”, że tą technikę może lepiej robić tak, a tak. Ale wszystko na pozytywie 🙂

    Odpowiedz
    • 15/05/2021 o 16:04
      Permalink

      Bo w TPG jest jeszcze końcówka dwudziestego wieku… i to niekoniecznie pozytywne jest. Może jestem uprzedzony bo jeżdzę tam do roboty.

      Przy okazji gratulacje z powodu napisania komentarza numer 4000.

      pozdr KO

      Odpowiedz
  • 15/05/2021 o 20:57
    Permalink

    błagam, tylko nie boken, dzisiaj trzy godziny nim tłukłem i byłem tłuczony 😉

    Odpowiedz
    • 15/05/2021 o 21:36
      Permalink

      Tak trzymaj… Nagraj mi jakąś lekcję!

      Odpowiedz
  • 15/05/2021 o 23:30
    Permalink

    Ty, Brusli, strasznie wielkomyeyski się zrobiłeś. Hong Kong, Tajpej, teraz TPG jest za mało światowe dla Cię ;] Czamki tam osiedlić i Czamów. Barki, salony. Od razu poziom by poszedł w górę 🙂

    Odpowiedz
    • 16/05/2021 o 09:02
      Permalink

      Może jestem uprzedzony… na roboty tam jeżdzę. Mieszkanie w hotelu nie nastraja pozytywnie. Choć muszę przyznać, z tych wszystkich robotniczych hoteli w których byłem ten w TPG jest na drugim miejscu po Domu Pielgrzyma na St Anna Berg.

      Odpowiedz
  • 16/05/2021 o 18:06
    Permalink

    – Ćwiczę z mieczem…
    – A po co?
    – Bo lubię

    Ha ha Rewelacyjny dialog :-)….to mi przypomina pewną wizytę u lekarza….pytanie lekarza – skąd ta kontuzja ? – ćwiczyłem kijem, – lekarz – ale po co ? ćwiczę kung fu tam są takie ćwiczenia z kijem , zrozumiałem że ćwiczy pan z kijem ale po co ? …

    🙂

    Pozdrowienia 🙂

    Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: