Żywa świątynia

I znów wracam myślami do Guangfu, bo to był dobry czas.

W mieście są trzy świątynie – każda inna. Dwie z nich już opisywałem. Buddyjska Świątynia Słodkiej Rosy to pierwsze, i chyba najbardziej znane miejsce w okolicy. W tygodniu jest tam bardzo dużo osób, a w weekendy można to już nawet określić tłumem. Oczywiście jak na guangfuańskie standardy… Szczególnie jak przyszła tam cała nasza grupa, by pobierać nauki u mistrza Zhai. Trzeba przyznać, że jest to ładne miejsce – wycacane, z kolorowymi rybkami w wodzie (i żółwiami), z cieniem i mnóstwem detali architektonicznych. Takie jak z telewizora, dokładnie zgodne z naszymi wyobrażeniami. Na tyle „ładniusie”, że ilość wyginających się dziewuszek w strojach z epoki stanowiła spory procent odwiedzających. Ja znów tak średnio lubię to miejsce. Opisywałem je przy okazji poprzedniej wizyty. Rano, żeby poćwiczyć miejsce ok, ale brak mi było w nim takiego sacrum.

Druga świątynia to ta utworzona ku pamięci pana Fu. Pewnie można ją zaliczyć jako świątynię przodków, albo ogólnie zrezygnować z tego górnolotnego słowa „świątynia” i nazwać to po prostu miejscem pamięci. Ale ponieważ oficjalnie figuruje to jako Fu Gong Temple, to i ja tego słowa używam. W przeciwieństwie do poprzedniego przybytku, to miejsce jakieś sacrum posiada. Szczególnie dla takiego egoisty jak ja, który to bardzo lubi mieć fajne miejsca tylko dla siebie.

Jak już pisałem, w Guangfu są trzy świątynie (nie licząc chrześcijańskiej świątyni – która ponoć jest, ale ja jej nie znalazłem). Trzecia jest pewnie najrzadziej odwiedzana, bo czynna jest tylko jeden dzień w tygodniu. Z tego co kojarzę, w niedzielę – ale to ciężko jest stwierdzić, bo jak jesteś w Guangfu to każdy dzień jest trochę świętem. Świątynia Trzech Ciotek jest nieoczywista i na dodatek mieści się za ścianą naszego hotelu. Tak po sąsiedzku, pewnie dlatego większość ludzi nie zwróciła na nią uwagi.

Jak ją znaleźć? Idąc od miasta do hotelu, zaraz za placem mijamy śniadaniownię, i tuż za nią widzimy wielką czerwoną bramę. Jeśli tylko jest otwarta – wbijamy do środka, najczęściej jednak jest zamknięta. Skrzydła dziedzińca zabudowane są parterowymi budynkami, a na jego końcu znajduje się piętrowy budynek świątyni z charakterystycznym spadzistym dachem.

Tu może słów kilka o Tai Chi, bo i tak mi wszyscy mówią, że o samych głupotach piszę, a o samym treningu niewiele. Ogólnie to w chińskich świątyniach da się ćwiczyć, poza tymi, w których się nie da. W Guangzhou, na terenie świątyni, którą Jiuzhizy nazwał „Świątynią Spadających Kwiatów”, był nawet wydzielony budynek, w którym funkcjonowała szkoła Tai Chi według przekazu Wudang (tak twierdziły plakaty). Na wewnętrznych placykach ludzie ćwiczyli oraz wisiał sprzęt treningowy. W Świątyni Słodkiej Rosy rano również można było spotkać ćwiczące grupy (w każdym razie w 2019 takie widziałem). Tak samo było na Tajwanie, chociażby w świątyni konfucjańskiej, gdzie również spotkałem ćwiczących.

Bo ogólnie to są dobre miejsca do ćwiczeń. One mają w sobie dobre flow, jest tam ciszej, spokojniej i ładniej. Jest tam to, co dla mnie spełnia definicję dobrego feng shui – czymkolwiek to coś jest. Ale nie wszystkie świątynie takie są.

Świątynia Trzech Ciotek nie miała w sobie nic takiego. Owszem, był duży fajny dziedziniec, ale atmosfera była dość posępna. Niewielu można było spotkać tam ludzi. W zasadzie ani zwiedzających (poza mną i Danusią), bo chyba nawet z naszej grupy mało kto ją odwiedził. Nie widziałem nawet osób modlących się. Tylko rano w niedzielę na terenie krzątała się grupa miejscowych porządkując teren.

Zaraz po przekroczeniu bramy wchodzimy na dziedziniec – brukowany, ale równy. Po obu stronach niskie parterowe budynki, razem z bramą i zamykającą ją po przeciwległym końcu świątynią, tworzą zamkniętą całość, charakterystyczną dla tutejszej architektury. Guangfu to twierdza pełna twierdz.

przed figurą demona trzy szklaneczki z … nie sprawdzałem, to nie wesele

W pawilonach, zza brudnych szyb, można dojrzeć naturalnej wielkości figury. Są tam przeróżne demony oraz ludzie. Raczej nie jacyś święci, bo nie ma w ich twarzach tego natchnienia, jakie przedstawiają nasze figury błogosławionych. Raczej są to martwi – widać przerażenie na twarzach i ból, gdzieniegdzie nawet poderżnięte gardło. Wygląda to raczej na magazyn, a nie na sensowną ekspozycję. Podobne figury widziałem w taoistycznej świątyni w Pekinie, tylko tam było ich dużo więcej.

Do pawilonów nie mogę wejść. Pan czyszczący dziedziniec z trawy krzywi się, kręci przecząco głową i macha niemrawo ręką. Chyba jednak toleruje moją obecność, bo kiedy kieruję się do świątyni, wraca do swojej pracy. W środku spotykam jeszcze dwie kobiety – krzątają się sprzątając nieśpiesznie wnętrza. Jest w tym jakaś niespieszność, więc raczej czują się tu opiekunami, a nie firmą sprzątającą. Tu poprawią, tam przetrą, i ogólnie jest czysto – jak na tamte standardy. Wokół zapach wilgotnego kurzu i dawno niewietrzonego pomieszczenia.

Na parterze trzy duże figury młodych kobiet. To Trzy Ciotki, opiekunki, zwane czasami babkami. Nie wiem, czy są one trzy, czy może są to trzy personifikacje jednej istoty. Każda z ciotek ubrana w identyczną zwiewną sukienkę, różnią się tylko kolorem. To one opiekują się tutejszą okolicą.

Jedna z trzech ciotek i jej służki… wokół typowo chiński porządek, jakieś worki, pudła

W rogu jest jeszcze jedna, dużo mniejsza, w czymś w rodzaju lektyki. Ponoć to właśnie tą oprowadza się czasami po okolicy, by mogła zobaczyć na własne oczy, co takiego dzieje się na jej terenie.

Na piętrze ołtarz z mnóstwem figurek – nie znam ich zastosowania, nie potrafię docenić. Fiodor mi to kiedyś próbował tłumaczyć. Opowiadał nawet w jakiej kolejności się te figury przestawia. To jest jednak zbyt skomplikowane, oni tu lubią rytuały. Jest kolorowo, może trochę jarmarcznie, ale jednocześnie jest w tych figurach jakaś doza niepokoju. Na wielkim balkonie stoi sporych rozmiarów popielnica. Ale nie widać na niej śladów zbyt intensywnego użytkowania. W całej świątyni, zamiast woni kadzideł, unosi się wilgotny zapach zapomnienia. Z góry widać ulicę prowadzącą do naszego hotelu, patrząc przez czerwoną otwartą bramę mam wrażenie, że obserwuję inny świat przez jakieś magiczne okno czasu. Mam też świadomość że stoję tuż obok sąsiadującego przez ścianę hotelu. Po drugiej stronie tej ściany łódzka grupa urządziła sobie palarnię, ale tu ich nie słychać, tak jak ulicy, która wyziera zza otwartej na oścież bramy. Jest cisza.

cisza w pakiecie

1

Jeśli podobają Ci się artykuły, które tu publikuję, możesz pomóc mi dalej rozwijać pasję Tai Chi. Każdy drobny datek to dla mnie wsparcie w dalszej nauce i możliwość wyjazdów treningowych do mistrzów w Azji.

Twoja pomoc pozwoli mi pogłębiać wiedzę i dzielić się nią tutaj – z Tobą i innymi praktykującymi w Polsce.

☕ Jeśli chcesz, możesz „postawić mi kawę” – kliknij obok.
Z góry dziękuję za każde wsparcie! 🙏


2 komentarze do “Żywa świątynia”

  1. Chrześcijańskie, a ściślej katolickie (patriotyczno-katolickie) kościoły są w Guangfu dwa. Jeden tuż przy zachodniej bramie. Drugi (i tam podobno jest też seminarium duchowne) trudno jest zauważyć. Ja go widziałem z zachodniej części muru, gdy raz wybrałem się na wyprawę po murze dookoła miasta.

    Odpowiedz
    • Seminarium widziałem, ale tylko zzewnątrz. Na ścianie szczytowej namalowany był baranek na łące na tle chmurek… cóż chyba muszę tam pojechać jeszcze raz…

      Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz