China Travel – śladami mistrzów

To przedostatni odcinek wspominek z wyjazdu życia, jakim była podróż do Chin. Ostatni z tych, którym postanowiłem się podzielić, resztę zostawiam dla siebie i Danusi. Tym razem będzie o poszukiwaniu śladów mistrzów… ale za to jakich!!

Owo poszukiwanie miało miejsce w Foshanie, gdzie wybraliśmy się zwiedzić świątynie przodków (patrz pierwszy odcinek wspomnień). Świątynia, a właściwie cały ich kompleks, to obecnie w większości muzea, ale z przyjemnością obejrzałem jej żywą, religijną część. Nie mniej jednak istniał jeszcze jeden powód naszego przyjazdu do Foshanu. Jest to bowiem historyczne miejsce powstania dwóch znanych stylów sztuk walk. To właśnie tu działał Ip Man – postać łączona z powstaniem Wing Chun oraz Wong Fei Hung oraz odpowiedzialna za rozpowszechnienie Hung Garu. Jadąc do Foshanu mieliśmy zamiar odwiedzić muzeum Ip Mana, muzeum drugiego mistrza było dla nas pewną niespodzianką.

Osobiście spodziewałem się pomników, placów imienia i masy przyjezdnych ćwiczących w każdym zakątku miasta. A co zastałem? Zanim napiszę zacznę od tego jak się tam dostaliśmy. Ponieważ to sąsiednie miasto, to pojechaliśmy tam metrem, ot tak, z jedną przesiadką – prawie tak jakbym we Wawie chciał się dostać na Grochów. Tak więc chwila moment i, mając od hotelu 10 min. do stacji metra Uniwersytet, nawet nie odczułem jak wielką pielgrzymkę rozpocząłem. Trzy stacje ósemką, a potem chyba z pięć i jesteśmy.

Jak już napisałem, muzeum mieści się na terenie świątyni, ale bilety do niej trzeba kupić obok w superduper nowocześnie wyglądającym blockhausie. W środku zauważamy pierwsze oznaki „sztukowalkowej świętości” tego miejsca… sklepik z pamiątkami. W nim, dużo więcej niż średnia statyczna, masa figurek kopiący i uderzających. W tym wszystkim jest też i Brusiak i Ip Man też się znalazł gdzieś obok magnesów na lodówkę i Hello Kitty. Na szczęście nie poddaliśmy się „magii miejsca”. Idziemy zwiedzać.

Muzeum Ip Mana

mistrzowie kung fu
KO i Ip Man (Ip Man, to ten z prawej)

Zaraz przy wejściu do świątyni. Bardzo nowoczesne, ale nowoczesne po chińsku. Na dzień dobry trzy 24 calowe monitory wyświetlają w trybie ciągłym trzy części filmu o bohaterze muzeum. Kto nie widział może nadrobić zaległości. Gdyby tylko nie hałas, bo każdy monitor z dźwiękiem oczywiście. BTW aktor grający Ip Mana, to bardzo popularny człowiek jest, widzieliśmy szyld reklamowy z jego udziałem – to były jakieś śrubki, mutry bądź nakrętki…

W środku… w zasadzie niewiele ciekawych pamiątek. Broń to rekonstrukcje, trochę zdjęć na ścianach z opisami. Np. na pogrzebie Ip Mana pojawił się Brusiak (jego figurka była obecna na wystawie) i zostawił rodzinie 200 USD. Qrcze, dla niego to było pewnie drobne z jednej kieszeni. Ale zostawmy to… jak ktoś oglądał film, to pewnie zauważył, że Bruce Lee został tam pokazany w dość negatywny sposób.

Innymi ciekawostkami były ręczne notatki Ip Mana – piękny charakter pisma, wszystkie znaczki równe, to mi się podobało. Chciałbym mieć tak regularny charakter pisma (kiedyś już o tym pisałem). Następną ciekawostką było zdjęcie Ip Mana w zachodnim garniturze. Ponoć Ip Man był przeciwnikiem zachodniej mody i stylu życia, co zaowocowało tym, że jest to jedyna taka zachowana fotografia.

Ale najciekawsza rzecz stała przy wyjściu. Był to wingtsungowy drewniany manekin treningowy, czyli inaczej Dummy Boy. Z opisu wynikało, że był on używany przez mistrza. I wiecie co?… on faktycznie musiał być niski (wg. netu 163 cm), bo manekin – naprawdę niewielki. To nawet w jego czasach było raczej niedużo.

pamiątki po Ip Manie, tym razem oryginalne pióro wieczne i laska (swoją drogą słuszny kawał drąga)
Danusia przed manekinem Ip Mana
rękopisy mistrza
zdjęcie, o którym pisałem – Ip Man w garniaku i pod śledziem

mekka Hung Garu

Drugie muzeum poświęcono mistrzowi Wong Fei Hungowi – twórcy Hung Garu. Jak dla mnie – było ciekawsze. Po pierwsze mieściło się w klimatycznych zabudowaniach świątyni, po drugie było tam więcej starej, a co za tym idzie, autentycznej broni i  w końcu po trzecie kończyło się sklepikiem 🙂 – ale o tym za chwilę.

Spacerując po krużgankach, pokojach świątynnych budynków mieliśmy okazję zobaczyć trochę pamiątek po Wong Fei Hung i innych związanych z nim osobach. Były łby do tańca lwa, trochę rytualnej broni, wspaniałe fotele, na których zapewne mistrz przyjmował gości. Jak na filmach – dwa fotele, a po środku stolik z kapliczką. BTW filmy to było tam sporo osób, które miały kontakt ze światkiem filmowym i kilka pokoi było poświęconych stworzonym przez nie kreacjom… kilka filmów, np. serie „Dawno temu w Chinach” – widziałem.

Najbardziej podobała mi się jednak oryginalna broń – shuangshoudai (czyli, żeby dało się wymówić, krótka halabarda – podobna do tej ze „stajni” Chuo Jiao Fanzi. Więcej o tym znalezisku na blogu Jiuzhizy), latające ostrze, widły. Wielką wadą tego muzeum jest mała dbałość o szczegóły, wiele fotografii jest przyklejone taśmą do szyby zasłaniając oryginalne eksponaty. Na dokładkę taśma ta miejscami się odklejała tworząc ogólne, nieładne wrażenie.

Ale na koniec trafiliśmy do sklepiku na sporym wewnętrznym placyku, gdzie miały się odbyć pokazy. Nie czekaliśmy na nie, ale w mieszczącym się tam sklepiku Jiuzhizy wypatrzył świątynny płyn na stłuczenia i obrzęki (wcale bym się nie zdziwił jakby poprawiał jeszcze potencję). Niewielka buteleczka kosztowała raptem ok. 20 PLN, a na pudełku mistrz… wedle opisu: to płyn wzmacniający/poprawiający krążenie Qi. A jedzie on kamforą, że daj mi Panie Boże tyle szczęścia. Oczywiście kupiliśmy, bądź co bądź to „święty”i „tajny” specyfik – prawdopodobnie jestem posiadaczem 50% jego zasobów w Polsce. Teraz muszę tylko czekać na jakiś mecz lub inną okazję do stłuczeń, żeby wypróbować.

główny bohater muzeum
tarcza i kamienne kłódki – chiński odpowiednik kettli
pokój gościnny
broń na stojaku
mieli chłopaki gdzie ćwiczyć… też sobie takie zbuduję, z palet

Starymi ulicami…

Jeszcze w muzeum Ip Mana Jiuzhizy wypatrzył informację, że nadal stoi budynek, w którym mieściła się słynna apteka, w której to Ip Man pobierał nauki. Kto oglądał film ten pamięta… No to jak tu już jesteśmy, to trzeba odwiedzić i się na tle sfotografować. Jiuzhizy rozpoczął wypytywania lokalesów i tu spotkało nas zaskoczenie – nikt nie wiedział o co chodzi. Widać, że nieznajomość własnych okolic, to nie tylko polska przypadłość. Jeśli nikt nic nie wie, to przynajmniej taryfiarz powinien być zorientowany. Ten, który nas wiózł, też nie do końca wiedział. Owszem, wie która ulica, i że jest tam w okolicy jakaś knajpa znana na pół świata, ale żeby dokładnie – to już nie. I wysadził nas na środku czegoś, co kojarzyło mi się ze snem pijanego architekta. Widać było, że cała okolica rosła metodą pączkowania, na zasadzie: „a dobuduję sobie jeszcze jedno piętro”.  Czyli dokładnie tak, jak to na filmach przedstawiają.

W pierwszej chwili zauważyłem kilka stoliczków, na których miejscowi wypisywali kaligrafię pędzelkami na czerwonych szarfach. Jakoś nie miałem pomysłu na wzniosły napis więc odpuściłem sobie taką imprezę. Teraz trochę żałuję, następnym razem będę lepiej przygotowany. Już zbieram dyżurne cytaty. No dobra, ale trzeba znaleźć rzeczoną aptekę. Rozglądamy się wokół i nic, żadnej tabliczki nie widać, ani wycieczek wingtsunowców całujących świętą podłogę, po której, no wiecie…

W końcu mówię „Qrcze zróbmy zdjęcie dowolnego budynku… np. tego… i powiemy, że to jest to miejsce. Nikt nam nie udowodni…” i zanim skończyłem mówić, Danusia pokazuje budynek stojący dokładnie na wprost nas, ze słowami: „To pewnie ten, ma takie same okna” i faktycznie, okazało się że taksówkarz wysadził nas dokładnie na przeciwko poszukiwanej apteki.

to ten sklep w środku, pod wielkim żółtym szyldem

Obecnie mieści się tam sklep z butami i rzeczywiście nie ma tam żadnego najmniejszego śladu informacji o mistrzu… szkoda, bo miejsce ma duży potencjał turystyczny. Tak właśnie – turystyczny, bo można by wstawić tam figurę starego dziadka i brać kasę od każdego, kto by sobie chciał pyknąć fotkę. Do tego jeszcze sklep z pamiątkami. A tu nic.

okaz miejskiej fauny, jeden z niewielu – rzadki widok
ruchomy warzywniak

czas zatrzymany

Kilka fotek i wyruszamy dalej na zwiedzanie. Znalazłem (tak i jestem z tego dumny) małą uliczkę, która musiała pozostać nietknięta od czasów Ip Mana. Początkowo miałem opory, żeby tam wejść, ale – „No risk, no fun” jak to powiada kibic Legii na rogatkach Poznania. To było to – wąska, wijąca się lekką wstęgą ulica, z masą kabli wiszących tuż nad głową, drzwi pootwierane na oścież, psy i, o dziwo, tylko jeden człowiek po drodze. Ciekawe są dziwne konstrukcje przypominające drabinki z sal gimnastycznych. Dopiero przy jednych drzwiach zobaczyłem taką konstrukcję na wpół wpuszczoną w ścianę… to po prostu kraty.

Uliczki są tu tak wąskie, że pozycja i niechęć do zbytniego poruszania się u Wingtsunowców jest zrozumiała. Znaleźliśmy tam jeszcze małą uliczną knajpkę, ale to już opowieść na inną okazję.

drewniane kraty

Z jednej strony dla turysty to ładny, niestety ginący świat. Ale pomyślałem sobie: „Jak ci się tak podoba, to zamieszkaj w takim…” i trochę rozumiem dlaczego ten świat umiera, zastępowany przez ponad 30 piętrowe wieżowce. To musi być ciężki kawałek chleba – mieszkać w czymś takim.

wszechobecne kadzidełka
z przeciwka jedzie wózek… ale z tej uliczki wyjdzie tylko jeden
o tak… tak właśnie sobie to wyobrażałem
ale zieleni sporo

Ostatnim aktem foshańskiej podróży było znalezienie sklepu z tymi rzeczami do tych spraw… nie, nie chodzi o sex shop. Znaleźliśmy sklep z akcesoriami dla osób uprawiających sztuki walki. Znaleźliśmy ich nawet kilka, można je było bez problemów rozpoznać po lwich łbach przed wejściem. Widzieliście kiedyś warszawski sklep Budo za jego najlepszych czasów? Ten, do którego weszliśmy, to było takie budo x 10. Oczywiście jak to chińskie sklepy – była to wąska kiszka, zawalona różnym sprzętem.

Spodziewałem się, że takie sklepy będę widywał częściej, ale ani w Hong Kongu, ani w Kantonie nie natrafiłem nawet na ślad. Dopiero w Foshanie jakieś się pojawiały.

mistrzowie Kung Fu

Pierwsze w oczy rzuciło mi się małe, drewniane, składające się z trzech elementów nunczako. – „To dla pięciolatka” – podpowiedziała pani. „No, to w sam raz dla wnuka” – pomyślałem. Wnuka, którego co prawda jeszcze nie mam, ale kiedyś pewnie przyjdzie moment, kiedy junior będzie musiał wyjaśnić jakiś problem w przedszkolu. Będzie jak znalazł. Sprzedawczyni pokazała nam jeszcze dorosłą wersję – ale w Tai Chi raczej nie występuje, a dla samej frajdy posiadania – kupować nie będę.

Kupiłem za to buty, zwykłe (ta… zwykłe!!!) tenisówki. Na bardzo cienkiej podeszwie. Te, które kupiłem w Polsce od Wietnamczyków, rozpadły się po pół roku ćwiczenia, czas więc na nowe – mam nadzieję, że wytrzymają dłużej. O dziwo, mimo że stopę mam konkretną, to buty pasowały już od pierwszego kopa. I cóż mogę o nich powiedzieć? Sprawdzają się na sali. Kiedy trzeba trzymają się podłogi a kiedy trzeba – mogę zrobić na nich każdy obrót.

łeb lwa i bęben przed wejściem do sklepu

I nic to, że Aśka skrytykowała, że niby można takie kupić w Polsce (tiaa – zazdrości poprostu). Ja mam buty PRZYWIEZIONE Z CHIN, kupione nieopodal miejsca, gdzie Ip Man… sami wiecie co.

sklep dla trenujących

Przy okazji dowiedzieliśmy się, że sklep ten zaopatruje okolicznych ćwiczących. Myślę, że to doskonałe miejsce dla osób, które miałyby tam szukać jakiejś szkoły dla siebie. Pewnie w okolicy jakieś są, jeśli te kilka sklepów jest w stanie się utrzymać. Niby Jiuzhizy opowiada, że 20 lat temu okoliczne słupy pełne były ogłoszeń, ale teraz nie widzieliśmy ani jednego.

Juzhizy namawiał mnie jeszcze, żebym kupił linijkę Tai Chi, ale ja po pierwsze zapomniałem, że mam wspaniały egzemplarz kupiony w kraju, a poza tym – sprzedawczyni nie bardzo wiedziała o czym on mówi. Pokazywała nam różne rzeczy: dwie szpile z góry Emei, jakieś pałki i nic, co by przypominało rzeczony kijek. Ale co się dziwić? Tai Chi w Foshanie jest raczej rzadkością. Zresztą, mając już w plecaczku buty, czułem się wystarczająco zaopatrzony.

Teraz widzę, że w szale zakupów nikt nie zrobił zdjęcia wnętrza sklepu… w zamian za to fotki ze składu z herbatą, który był nieopodal.

właściciel miał klientów gdzieś, siedział w necie
dużo różnych herbat w kamionkowych beczkach… jazda

To w zasadzie wszystko. Znaleźliśmy starą aptekę i sklep z butami, i wąskie uliczki, i byłem pełen wrażeń…  a reszta, to już historia na inną opowieść.

PS. W muzeum Ip Mana była cała ściana poświęcona obecności Wing Tsunu na świecie i … nie było tam Polski. Wstyd trochę. Myślałem, że ta sztuka walki jest w Polsce mocno obecna.

PS II

Wesołych świąt

w imieniu redakcji „Taiji po POlsku” składa Wam KO i Danusia.

Zdrowia, Zdrowia, Zdrowia

3 Replies to “China Travel – śladami mistrzów”

  1. Ech.. Mam nadzieję, że jeszcze zjemy śniadanie w foszańskiej herbaciarni i obiad w wege knajpie przy Liang Yuan.. BTW tamtą fotkę powinieneś opisać tak: Danusia oparta o manekin KO przed manekinem Yip Mana 😉

      1. Dziś w Son Nam na obiedzie leciał w telewizorni dziennik wieczorny wietnamski i pokazywali jakąś wystawę, na której -słowo daję- Donny Yen reklamował kłódki z pionowego banerka 🙂

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz