Seminarium Qi Gong
Kula Tai Chi i Biały Żuraw


25.09.2022 Warszawa

Nowa grupa na trening Tai Chi
Warszawa Powiśle


Zapisy na wrzesień

Wakacje z Qi Gongiem

Impreza otwarta dla wszystkich

w każdą środę 10:30-11:30

Na patyku – part I

Teraz uwaga. Będzie co prawda treningowo i o ćwiczeniach w parkach, ale nie będzie o Tai Chi. To będzie o czymś, o czym myślałem już od dłuższego czasu. A ponieważ ten blog jest o tym, co ja lubię i co ja ćwiczę, to ostrzegam. Jeśli ktoś chce czytać tylko o Tai Chi, to zapraszam go na… No właśnie, w zasadzie nie ma gdzie. Dobra, jedziemy z koksem.

Otóż od dawna myślałem o nauce walki bagnetem. Tak, dobrze przeczytaliście, chodzi o ostrze zamontowane na karabinie. I o to, od niedawna, mam ku temu możliwość. Historia mojego „uczucia” do bagnetu jest tak obszerna, że podzielę ją na dwie części. Spróbuję ją też trochę usystematyzować.

Otóż daaawno, dawno temu w telewizorze była taka audycja „W starym kinie”. Tam, siedzący bez ruchu Stanisław Janicki (Zhang Zhuangi jak nic ćwiczył), opowiadał o przedwojennej polskiej kinematografii i puszczał stare, czarnobiałe filmy. Bohater jednego z nich trafił do wojska, gdzie z jakichś powodów był prześladowany przez sierżanta. Ów sierżant znowu był mistrzem szermierki na bagnety. Nasz bohater, chcąc upokorzyć sierżanta, ćwiczył nocami samodzielnie fechtunek długim kijem zakończonym gałką, by potem wyzwać sadystę na pojedynek i na oczach całej jednostki pokonać. No, klasyczna historia o wstawaniu z kolan, o tym, że wszystko jest możliwe, jeśli tylko bardzo chcesz i że wszystko zależy od Ciebie, a złe uczynki zawsze zostaną ukarane. Totalnie nieżyciowy przekaz. Ale film zapadł mi w pamięć. Absolutnie nie wiem dlaczego. Ja obecnie nawet nie pamiętam ani tytułu, ani aktorów, a tylko majaczy mi scena filmowana z bardzo dynamicznym i, nawet obecnie, nowoczesnym kadrem, kiedy kamera widzi dokładnie to, co człowiek (z lufą w centrum obrazu).

Chiński podręcznik posługiwania się bagnetem…

Ten film umościł się w mojej świadomości i siedział tam ponad 30 lat. Kiedy ćwiczyłem już trochę, powoli zacząłem sobie uświadamiać, że trening z bagnetem mógłby być ciekawy. Dlaczego? Po prostu myślę, że przez swoją specyfikę trenuje coś, czego w obecnej w praktyce trochę brakuje. Tym czymś jest jakaś ostateczność wykonywanej techniki. Dojdę do niej jeszcze w drugiej części.

Tak więc, jak już pisałem, ten bagnet chodził mi po głowie… To jednak nie jest prosta sprawa. To broń niemalże zapomniana i na dokładkę traktowana po macoszemu. Na współczesnym, prawdziwym polu walki równie zbędna jak szabla, dla ćwiczących „tradycjonalistów” zbyt nowoczesna.

Jednak historia bagnetu jest tak długa, jak długa jest jakakolwiek historia broni palnej. Bardzo szybko zauważono, że karabin jako, de facto długa rura, ma pewną wadę. W czasach kiedy długo się go ładowało, w zwarciu, tylko przeszkadzał. Tak doszło do uzupełnieniu go o ostrze na lufie, tworząc z niego coś na wzór krótkiej piki, dzirytu. Równie szybko okazało się to pomysłem bardzo skutecznym. Karabin z bagnetem, w rękach doświadczonego i zdeterminowanego żołnierza, jawił się bronią śmiertelną.

francuscy żołnierze atakują przy użyciu bagnetów

Aż do pierwszej wojny światowej był odpowiedzialny za większość strat odnoszonych na polach walki. Szczególnie, że początkowo bagnet nie miał kształtu noża, tylko długiego, czterościennego ostrosłupa. Taka „igła” przechodziła przez człowieka na wylot. Okopowy charakter pierwszej wojny światowej trochę zredukował jego rolę. Najpierw trzeba było dobiec do przeciwnika, a wprowadzenie karabinu maszynowego skutecznie to utrudniło.

Dwudziestolecie międzywojenne, to w wielu krajach koniec historii bagnetu. Owszem, w zasadzie wszędzie zredukowany do funkcji noża, występował na wyposażeniu żołnierza, ale bardzo często odchodzono od systemowego szkolenia armii. Jednak nie wszędzie. Japonia nadal stawiała na szkolenie w walce na bagnety. Drugim krajem, który kładł bardzo duży nacisk na takie szkolenie, była Polska. W „Instrukcji walki na bagnet” (1921), będąca podręcznikiem wyszkolenia wojska polskiego czytamy: „Celem nauki walki na bagnety jest wyrobienie w żołnierzu odwagi, przytomności umysłu i pewności siebie, tudzież siły, zręczności i szybkości. Zalety te rozwijane celowo i systematycznie wyrabiają żołnierza sprawnego w natarciu i obronie”.

Bo bagnet potrafi to wyrobić. Bieganie i machanie takim ciężkim melem (2,5 kg) na pewno doskonale wpływa na fizyczną stronę ćwiczącego. Prostota walki powoduje, że bardzo szybko można wyrobić w sobie właśnie taką pewność siebie w wykonywanych technikach. Treningowe zwarcie trwa tak krótko, że człowiek nie ma czasu na kombinowanie, musi działać instyktownie i dokładnie. A istnienie sportowej wersji walki (szermierka na bagnety) o zasadach zbliżonych do realiów pola walki, daje możliwość korygowania swoich umiejętności i wprowadza pozytywny element rywalizacji.

bagnet na satyrycznej kartce pocztowej

Czy to pomogło? Wszyscy wiedzą jak skończył się wrzesień 1939… Ale jak już pisałem, nikt przy zdrowych zmysłach nie liczył, że da się bagnetami wygrać wojnę. Choć były też wyjątki, poszukajcie sobie materiałów o rozbiciu pułku SS Germania.

Po wojnie, w krajach demoludów, był bardzo duży nacisk na sporty obronne. Dyscypliny były różne, np. „Sportowy rzut granatem”, a obok tego „Szermierka na bagnety”. Próbowano nawet wprowadzić ten sport na olimpiadę jako „czwartą broń szermierczą”, ale kraje zachodnie, mając głos decydujący, uwaliły ten pomysł. Po co im była dyscyplina, której nikt tam nie trenował? W latach sześćdziesiątych, na wschodzie, zmieniła się koncepcja prowadzenia wojny. Postawiono na czołgi i zmechanizowaną piechotę. Do lat siedemdziesiątych umarły ostatnie sekcje sportowej walki bagnetem.

Japonia – armia, która pokochała bagnet

Bagnet praktycznie odszedł w zapomnienie, zredukowany do sprzętu pomocniczego: do otwierania puszek, cięcia drutów i grania w pikuty. Owszem, zdarzały się jakieś pojedyncze „ekscesy”. Był rok 1982, gdy na stokach Mount Tumbledown na Falklandach, Szkoci z Drugiego Batalionu Scots Guard zakłuli bagnetami kilkudziesięciu Argentyńczyków. Atak francuskich żołnierzy misji ONZ na pozycje serbskie w czasie bitwy o most Vrbanja (1995) okazał się równie skuteczny (Serbowie unikali potem potyczek z francuskim wojskiem). Dziesięć lat później Angole i Szkoci ruszyli do ataku na bagnety w Iraku, rozbijając ponad dwa razy większy odział mudżachedinów, przy niewielkich stratach własnych. Jednak spokojnie możemy powiedzieć, że ta sztuka jest już martwa.

I tu się zaczyna moja historia. Do walki sportowej używano karabinów ćwiczebnych, pozbawionych zamka i spustu, w zamian za to wyposażonych w chowany w lufie pręt na sprężynie. Te karabinki jeszcze dwadzieścia lat temu kurzyły się w różnych magazynach. Szukałem takiego karabinku latami. Przez ten czas zbierałem materiały (książki i filmy instruktażowe). Pozwolę sobie na trochę reklamy: u mnie, w księgarni, można kupić wspomnianą wyżej „Instrukcję walki bagnetem” z 1921 i inną literaturę.

trenuje Wojsko Polskie. Pozycja, której ja się uczyłem jest nieco inna, ale moja pochodzi z amerykańskich manuali

I tak zupełnie niedawno pomyślałem sobie, że może warto raz jeszcze przejrzeć aukcje. I co? Ano, właśnie dziesięć minut wcześniej ktoś wrzucił taki karabin na Allegro. Cena, no cóż, darmo nie było, ale dało się przeżyć… Kilka tygodni później znalazłem drugi egzemplarz, wart równą stówę więcej. Myślę, że jeśli o swój będę dbał, to jego wartość nie spadnie. A może nawet wzrośnie? Sprzedać go jednak nie mam zamiaru. Będzie pamiątka dla wnuka, może będzie się kumplom, w przerwie meczu, chwalił: „Dziadek to by cały ten młyn drużyny przeciwnej tym ćwiczebnym karabinem rozpędził… to jednak byli inni ludzie, z czegoś innego ulepieni”.

Co i jak będę z nim ćwiczył, to w części drugiej, bo i tak wątpię, żeby ktokolwiek czytał całość. Mój znajomy spec od soszial mediów powiedział, że długie teksty to szit

KO na tle kultowej wieży warszawskiej SKRY

niedługo druga część tekstu… dziubanie – czyli jak ja to widzę?

9 Komentarzy : “Na patyku – part I” Ależ dyskusja!!!

  1. Dużo dałeś za karabinki? Mnie też jakoś 2 lata temu dopadła chęć pofiglowania z bagnetami. Kupiłem 2 karabinki sprężynowe, czytałem wszystko na ten temat. Zapał jednak minął za to odezwała się ponownie dyskopatia. Tak więc broń się kurzy w kącie pokoju – może kiedyś…
    Pozdrawiam.

    1. Dobrze wiedzieć, że są jeszcze dwie sztuki w Warszawie! Zapłaciłem 220 PLN (z przesyłką).

      Pozdrawiam KO

  2. Ten film wspomniany na początku wpisu ma przesłanie obce polskiej kulturze ludowej, gdzie panuje kult naturszczyka, nie metodycznej pracy nad sobą 🙂

    1. Tak coś w tym jest. Dlatego z przyjemnością dotrę do dniego jeszcze raz. Na razie pytałem na FB i różnych forach, ale żadnej odpowiedzi. Myślę że tylko Pan Janicki mógłby tu coś pomóc.

  3. W treningu bagnetu jako odrębnej sw widzę pewne ograniczenia. Wysoka cena sprzętu, to raz. Ograniczone możliwości samej broni, to dwa. W zasadzie mógłbyś, KO,. opracować króciutką formę i dołożyć do curriculum swojego taichi i to miałoby taki sens jak np zhanjian w chuojiao. Uzupełniający. I tak więcej zyskasz trenując kij moim zdaniem.

    1. To dla mnie tylko broń. Podoba mi się idea ćwiczenia na worku. Do prawdiwego treningu potrzeba tu partnera by robić coś takiego co zrobiliśmy przez moment na Skrze.Formę? Widziałem jakieś sekwencje w wykonaniu koreańczyków. Ale to chyba nie to. Tak naprawdę, to wystarczyły by jakieś krótkie dwuosobowe „sekwencje walki”. Zbicie, krok i pchnięcie. Ja uważam że tych technik jest niewiele. Może dałoby się je zapętlić. Na razie pewnie będzie to dla mnie przyrząd gimnastyczny.

      Masz racje, kij jest bardziej uniwersalny, Uczy więcej. Na przykład uczy wpływania poprzez kij przeciwnika na jego strukturę ciała. Kusi jednak ta legenda „polskiego bagnetu”.

      1. Kij uniwersalny, a taka na przykład szabla daje nieporównanie większe możliwości fechtunku. Tutaj to taki ślepy zaułek. Nie żebym zniechęcał KO, ale obstawiam, że po tygodniu kłucia w worek (z trafianiem nie będziesz miał problemu) i treningu tych kilku pchnięć i zbić z partnerem się to Wam znudzi 🙂

  4. Dużo dałeś za karabinki? Mnie też jakoś 2 lata temu dopadła chęć pofiglowania z bagnetami. Kupiłem 2 karabinki sprężynowe, czytałem wszystko na ten temat. Zapał jednak minął za to odezwała się ponownie dyskopatia. Tak więc broń się kurzy w kącie pokoju – może kiedyś…
    Pozdrawiam.

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: