Seminarium Qi Gong
Kula Tai Chi i Biały Żuraw


25.09.2022 Warszawa

Nowa grupa na trening Tai Chi
Warszawa Powiśle


Zapisy na wrzesień

Wakacje z Qi Gongiem

Impreza otwarta dla wszystkich

w każdą środę 10:30-11:30

Afgański marsz

Ten nie zna życia, kto nie służył w afgańskiej piechocie. Ja nie służyłem, ale mam jeszcze szanse. Mam nieuregulowany, choć dość jednoznaczny, stosunek do służby wojskowej. Kategoria B6, czyli odroczenie służby wojskowej na pół roku.

Dość żartów. Dawno nie pisałem o książkach. To oczywiście nie znaczy, że przestałem czytać i zbierać. Wprost przeciwnie, ostatnio pojawiło się w moich zbiorach sporo nowych pozycji. Tak dużo, że przestałem już aktualizować strony o książkach. Całą swoją aktywność w tej dziedzinie, przenoszę na Youtuba — kanał z recenzjami książek oraz na Spotyfi gdzie można słuchać z grubsza tego samego, ale w wersji bez obrazu. Serdecznie zapraszam.

afgański striełok… fajny dwunóg pod karabin

Teraz jednak wpadła mi w ręce książka, o której postanowiłem napisać, gdyż… Normalnie to ja bym jej nie kupił. A było to tak:

Dostałem od znajomego kilka książek w komis (btw. zapraszam do księgarni), jedna z nich, traktująca od odchudzaniu poprzez medytację, przyciągnęła moją uwagę. Oczywiście nie dlatego, żebym w to wierzył, ale bardziej chciałem w tej koncepcji znaleźć dziurę i ją wyśmiać. Tymczasem pierwsza część książki okazała się niezła, a druga… cóż, trochę naciągnięta, ale za mało, by napisać paszkwil. BTW książkę o odchudzaniu też znajdziecie w księgarni. Przeglądając to dzieło, trafiłem na zapowiedzi wydawnicze. Zaintrygował mnie tytuł, a właściwie podtytuł: „Regeneracja psychofizyczna”. Krótki googlesearche i książka trafiła na listę poszukiwanych.

Okazało się, że „Afgański marsz” (bo taki nosi tytuł książka), to pozycja poświęcona technikom oddechowym stosowanym w marszu. Techniki te, według autora, wzbogacone są o pewne elementy medytacyjne.

Afganistan- lata siedemdziesiąte, to takie obrazki mógł oglądać autor książki. Pewnie tylko w większych miastach…

Książka już dwa dni później grzecznie leżała w paczkomacie i czekała aż Legia wygra zaległy mecz. Na szczęście początkowy nakład musiał być bardzo wysoki — książka jest dostępna i tania. Niewiele ryzykowałem.

O samym autorze wiem niewiele, tyle co z książki, czyli nic. Spokojnie mogę zatem przejść do treści. A i tej jest niewiele. Zaledwie kilkanaście stronic poświęconych Afganistanowi, jego historii, położeniu, przyrodzie i tak dalej. Potem chwila na opowieść jak to ludy koczownicze maszerują kilometrami bez zmęczenia i jak tę umiejętność zdobyły przez pewną praktykę oddechową. A potem… no właśnie potem, nie ma co czytać, bo następują opisy ćwiczeń i tabele zmian w rytmie oddechu.

Prawdę mówiąc, książka jest mi zupełnie niepotrzebna :), bo praktycznie wszystko, co ważne, to już spotkałem czy też wypraktykowałem w czasie ćwiczeń truchtania, które przyswoiłem z Sistiemy. W porównaniu z Sistiemowym bieganiem nie muszę tu trzymać nad głową kałacha, a jedynie ciągnąć za sobą wielbłąda :). Oczywiście żarcik. Tak naprawdę poza tym, że w afgańskim ćwiczeniu poruszam się dużo dłuższym i wolniejszym krokiem, to różnice są niewielkie. Może tylko to, że Sistiema lepiej by się na sali sprawdziła… na pewno — jeszcze by ten wielbłąd zapaskudził parkiet i po co mi to?

a oni nadal maszerują z wielbłądami

Różnice pojawiają się później, kiedy to po opanowaniu odpowiedniego rytmu marszu, do oddechu dokładamy wypowiadane w myślach słowo-mantrę, mające poprawić nam pewne cechy charakteru: wytrwałość, pewność siebie, odwagę i inne. Czy ja wiem? Jakoś nie jestem przekonany, choć oczywiście wierzę w magię i siłę słów. Ileż to razy wypowiadałem na stadionie Legii pewne mantry i się spełniało (choć ostatnio jakby rzadziej). Ale nie krytykuję — som w nonopolowym rzeczy, które się nawet fizjologom nie śniły… Są też rzeczy, w które dwadzieścia lat temu nie wierzyłem, a obecnie sam praktykuję.

Tyle może o treści. Jakby kto chciał, to w necie jest dużo ofert tej książki i to naprawdę za niewielkie pieniądze. Na dokładkę – koncepcja nadal jest dość popularna we Francji (zapomniałem dodać, że autor był smakoszem żabich udek popijanych rozwodnionym winem). Na Youtubie można znaleźć filmy zawierające instruktaż treningu.

I tak dochodzimy do nowej konstatacji (czyli odkrycia faktu). Nic nowego pod słońcem. Bez względu na kulturę, kraj i czas — nic nowego nie da się już wymyślić: Rosjanie biegają i oddychają (choć chyba aktualnie ichnia armia zarzuciła tę metodę, niektórzy wojacy zupełnie zapominają oddychać), ukraiński lekarz widzi w tym remedium na wiele chorób, Niemcy z biegania nago po lesie uczynili metodę na nowy ład Europy (tylko proszę bez aktualnych porównań), pewna chińska śpiewaczka poprawiała oddech, truchtając w miejscu i do tego wszystkiego zakutani w szmaty Afgańczycy dorzucają metodę na poprawę własnego ja. A jedyne, o czym trzeba pamiętać to: wdech… spokój… wydech… spokój i tak w kółko, a świat stanie się lepszy.

Tak po czasie pomyślałem, że może jednak trzeba by poćwiczyć? Wszak ruskim dokopali…

PS. Po jeszcze dłuższym czasie dopisane: Czy ja wierzę w ten cały afgański marsz? A może to jakaś ściema? Wszak autor opisuje jak to miejscowi nie chcieli z nim rozmawiać, bo był przyjezdnym. I jak to rytm marszowy odczytywał obserwując obłoczki pary unoszące się w zimne poranki nad maszerującymi. Qrtyzana, jakie to romantyczne, po prostu niczym w „Przeminęło z wiadrem”. Ale na koniec książki jest rozdział o niejakim Doktorze Hanishu. Kim on był? Urodzony w Teheranie w 1844 (zmarł w Stanach w 1936). Okazuje się, że facet przywiózł do Stanów (i propagował tam) zoroastarianizm (zaratusztrianizm), czyli taką bardzo starą religię pochodzącą z Iranu i okolic.

Słowo tak trudne do wymówienia, że wyznawcy tej religii przez pierwsze dwa lata uczyli się ją wymawiać. To oczywiście głupi żarcik. Po jakieś sensowne dane odsyłam do internetu. Ten zarocośtam (dobra, ja tego nie umiem powtórzyć) zawierał w swoich praktykach elementy kontroli oddechu. Zresztą nie tylko elementy, w latach trzydziestych XX wieku w USA i Niemczech pojawili się popaprańcy korzystający z religii do tworzenia sekt.  Nie będę oceniał czy pan Stigler był sekciarzem, czy nie. Książka pod tym kątem jest bardzo neutralna. Ale to naprawdę wiele tłumaczy…

12 Komentarzy : “Afgański marsz” Ależ dyskusja!!!

  1. Dlaczego KO nie jest przekonany do dodawania mantr do marszu? Myślę, że taka autohipnoza, wprowadzenie umysłu w stan zbliżony do transu jest bardzo dobrym rozwiązaniem na długie dystanse (ponoć do 60km/dzień) pokonywane w górskim terenie, gdzie monotonia krajobrazu sprzyja z jednej strony, a niższa zawartość tlenu (nie wiem, czy aż tak bardzo i na pewno są przyzwyczajeni ale zawsze..) wymusza, nie wiem jak to nazwać, redukcję pewnych funkcji. Dodaj do tego poczucie celowości (nie łażą z nudów) i religijność (czy mantry mają podłoże muzułmańskie?) i mamy pełniejszy obraz. Nie wiem, czy czytałeś książkę Aleksandry David Neel o Tybecie i jego „sportach psychicznych”. Wśród nich wymienione są marsze czy biegi na bardzo długie dystanse i pogrążeni w transie posłańcy. Bardzo interesujące i w sumie podobne, do tego o czym pisze KO.

    1. Mantry to trochę źle słowo. Są ograniczone do sylabizowania jednego słowa np. o-dwa-ga. I to ma spowodować … Przyrost odwagi. Takie to trochę… No nie wiem. Za proste?

      Wspomnianej przez Ciebie książki nie czytałem. już jej szukam. Jak będę rozbudowywał bibliotekę w tym tempie to w życiu nie skończę jej recenzować. Nie mówiąc już o tym że znów brakuje mi półek.

          1. Nie, ale jak się odizolujesz na 100 dni w ciemnej jaskini, to ci się miesza we łbie i przychodzą Czamki, ale to iluzja i znikają jak się kapniesz 😉

  2. Nie wiem jak było w rzeczywistości, ale z fotki „Afganistan- lata siedemdziesiąte” wynika że w Cabulu było całkiem fajnie :-)…i komu to przeszkadzało….nawiązanie do dzisiejszych czasów nie przypadkowe.

    1. Musimy mieć świadomość że to raczej duże miasta. Podobne zdjęcia widziałem z Teheranu, z Libanu i Syrii. Coś potem poszło nie tak…

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: