Nieznane praktyki Tai Chi – Siedem pchnięć

Jakiś czas temu pisałem o panu Huang Sheng Shyan. Właściwie to o arcymistrzu Huangu, tak bowiem nazywają go wśród praktyków stylu, którego był twórcą. Wtedy podziwiałem koncepcje pięciu ćwiczeń rozluźniających.

Miałem nawet okazję poćwiczyć przez chwilę pierwsze z tych ćwiczeń pod okiem kogoś, kto miał o nim jakieś pojęcie. Za krótko jednak. Przyznam się, że brak korekty spowodował braki w zrozumieniu go w stopniu wystarczającym. Nic to, może jeszcze będzie okazja. Pięć ćwiczeń rozluźniających to nie jest jedyny „drill”, jaki przypisuje się mistrzowi Huangowi. Drugą taką praktyką jest tytułowe siedem pchnięć. Zapraszam do obejrzenia krótkiego filmu z demonstracją.

Niby znane, proste i pewnie większość z nas ćwiczyła. Ale mnie zawsze czegoś w tych ćwiczeniach brakowało. To było jakieś niezorganizowane, czasami mój partner robił rzeczy, które nie miały większego sensu. Tu ten sens widzę. Po pierwsze — jest jasny schemat naciskania, po drugie — kolejność pchnięć jest tak ułożona, że człowiek może przepracować najważniejsze kierunki, z których siła może nadejść, po trzecie — jeśli coś nam się nie uda, to wiem, że za chwilę będę miał szansę to „naprawić”. Patrz — jeszcze raz przećwiczyć. Ta powtarzalność to duża zaleta np. krótkich form (i wada zarazem, bo aż się prosi o rutynę).

leniuszek… żart. Na siedząco wcale nie jest łatwiej

Druga rzecz, która bardzo mi się podoba, to przejście, czyli zmiana stron. To wykorzystanie techniki ataku do przejęcia inicjatywy. Proste i sensowne, a przy okazji dające możliwość kontynuacji ćwiczenia, zachowania rytmu. Aż się dziwię, że nikt mi tego nie podsunął, i że ja nie wpadłem na taki myk…

To, że ćwiczenie siedmiu pchnięć tak wygląda, nie świadczy o tym, że nie ma żadnych wersji rozwojowych. Kiedyś widziałem film z mistrzem Houngiem, który dokładał do tego zestawu np. pociągnięcie za głowę (a dlaczegóż nie?) oraz mieszał techniki pchnięcia. Jak znajdę, to kiedyś umieszczę.

Przy tej okazji dorzucę może jeszcze garść informacji o samym mistrzu Houngu. Ostrzegam jednak, że cała moja wiedza pochodzi z oficjalnej biografii mistrza opublikowanej na stronie stowarzyszenia reprezentującej przekaz jego autorstwa. Siłą rzeczy jest ona nieco… napompowana.

Huang Sheng Shyan urodził się w 1910 roku na wsi w prowincji Fujian w Chinach. To trochę nietypowy praktyk. Nietypowe były bowiem motywacje do rozpoczęcia treningu. Otóż wcale nie chodziło o ratowanie własnego zdrowia, a tylko niegodną mistrza Kung Fu chęć zemsty. Kiedy nasz bohater miał trzynaście lat, jego matka została zaatakowana i zraniona przez miejscowego kibo… chciałem napisać łobuza (według niektórych żródeł śmiertelnie). Młody Huang postanowił nauczyć się Kung Fu, dzięki czemu chciał przywołać łobuza do porządku. Swoją drogą dobrze, że nie ćwiczył w Polsce, u nas dojście do poziomu skuteczności w walce zajęłoby mu dziesięciolecia :).

Według jego oficjalnej biografii matka odradziła mu zemstę i poleciła ćwiczyć „dla zdrowia, wspomagania innych i godności kraju”. No dobra. W naszych czasach trochę ciężko w uwierzyć…

Do 1924 roku nauczył się boksu Białego Żurawia (W ROK?! – słuszną linię ma chińska władza!). Ponieważ był młody to w zamian za udzielane lekcje obrabiał rolę swojemu nauczycielowi. Dalej, do 1934 roku, są wzmianki o tym, jak to studiował różne odmiany Białego Żurawia, a nawet złożył z tego własną odmianę znaną jako styl Wołającego (krzyczącego?) Żurawia.

ilustracja do książki z jednym ze stylów Żurawia

W 1937 roku mistrz Houng został głównym instruktorem sztuk walki w prowincji Fujian, gdzie szkolił w armii odziały „Broad Sword Squad” (nie wiem, jak one się nazywały po chińsku). Czy tylko ja odnoszę wrażenie, że bardzo wielu mistrzów było wojskowymi instruktorami? Co prawda czytałem, że armia Kuomintangu zatrudniała wielu instruktorów, ale to chyba trochę nadmiarowe zatrudnienie było… Ciekawostką jest natomiast fakt, że wiadomo, kogo szkolił mistrz Houng. Odziały “Broad Sword Squad” to były w przeważającej większości wojska złożone ze słabo wyszkolonych chłopów, którym nikt by do ręki nie dał drogiego karabinu. W zamian za to walczyli czymś na kształt szabli. Dadao — czyli duży nóż, nazywany czasami wojskową maczetą, według niektórych jego pierwotnym zastosowaniem we współczesnym wojsku było używanie go jako narzędzie. Do wycinania drogi przez chaszcze lub krojenia buraków.

Chińczycy z dadao w płytkich okopach

Czytałem fajny artykuł traktujący o tych oddziałach. Otóż według jego autora były to raczej odziały o niewielkiej wartości bojowej, które na dokładkę miały niewielkie szanse w walce z Japończykami szkolonymi w zachodniej sztuce władania bagnetem (no dobra, nieco wzbogaconej tradycyjną sztuką włóczni/piki) zwanej jukendo. Nieliczne przypadki chińskich zwycięstw były rozdmuchiwane przez prasę, na przykład “incydent przy moście Marco Polo”. Chyba do tej pory jest to traktowane bardzo patriotycznie (coś jak u nas, stawiane na sztorc kosy kościuszkowskiej chłopskiej piechoty). Widziałem niedawno film fabularny, gdzie chińczycy uzbrojeni w Dadao prali japońskich najeźdzców niczym Butrymowie kmicicowe towarzystwo.

Jakby ktoś się chciał uczyć tej formy, to tu jest instruktarz…

Dość wstępu, temu tematowi można poświęcić oddzielny artykuł, powróćmy do naszego bohatera. W 1941 roku mistrz Houng nadal służył w wojsku jako dowódca sił specjalnych (cokolwiek to znaczy) i ponoć wsławił się schwytaniem kogoś o nazwisku Abu Fumio. Kimkolwiek on był, nic o nim w necie nie znalazłem (poza tym, że ma konto na Fejsie). Obstawiam, że jakiś Japończyk, może kiedyś znajdę coś więcej.

Po roku 1945 zajął się rozwijaniem swojej wiedzy z zakresu sztuk walk, chwytając się wszystkiego: Ziran Men, Shaolin, Xing Yi, Tai Chi i wielu innych. Zajmował się też chińską medycyną i lekami. Wygląda na to, że w tych latach nie był już tak mocno związany z armią, gdyż napisali, że roku 1946 został komendantem wioski i “pracowicie służył społeczności z troską, sumiennością i stosownością. Pomógł wielu ludziom i nie spodziewał się wdzięczności”.

W 1949 roku uciekł na Tajwan (w biografii piszą, że wyjechał). Tam został polecony uwadze swojego przyszłego nauczyciela, czyli mistrza Cheng Man Chinga. Musiał jednak czekać całe trzy lata, w których czasie mistrz Cheng bacznie go obserwował, zanim zaczął przekazywać mu jakąkolwiek wiedzę. Nie marnował jednak tego czasu — został przyjęty (usynowiony) przez mistrza stylu Tańczącego Żurawia. Zacytuje oficjale źródło: “W tym czasie uzyskał dalsze zrozumienie ‘Song’ i ‘Rou’, gdzie miał lepszy wgląd w swoje mocne i słabe strony, i wykorzystywał te pierwsze do kompensowania tych drugich. Jego umiejętności sztuk walki uległy dalszej poprawie“.

Udało mi się znaleźć film mistrza Huanga wykonującego formę białego żurawia. Nie wiem tylko jaki to styl, jest to totalnie odmienne od mojego YMAAowskiego wyobrażenia.

Mistrz wyemigrował do Singapuru w 1956 roku, a następnie w latach 60. przeniósł się do Malezji, za każdym razem z wyraźnym celem propagowania sztuki Tai Chi. Obiecał to swojemu mistrzowi Cheng Man Chingowi. W wieku 60 lat Huang Sheng Shyan ponownie zademonstrował swoje umiejętności bojowe, pokonując Liao Kuang-Cheng, 26-letniego mistrza Azji, podczas imprezy charytatywnej w Malezji. No dobra, wiem, co sobie Rodor teraz pomyślał, ja też się trochę skrzywiłem. Może kiedyś uda się ten film obejrzeć.

Dalej to już same nudy. Założył ponad czterdzieści szkół, w których szkoliło się ponad dziesięć tysięcy ludzi. Praca organizacyjna i propagowanie Tai Chi. Mistrz Houng zmarł w 1992 w Chinach (ale tylko w jednym miejscu znalazłem potwierdzenie tego faktu. Znaczy się tego, że w Chinach, bo to, że nie żyje, wszyscy potwierdzają).

Bardzo mi się podobają słowa, które mu się przypisuje: „Uczniowie błędnie koncentrują się na wyniku, a nie na procesie”. Ktoś kiedyś zarzucił mi, że w mojej pisaninie brak jest jakiegoś motta, podsumowania. Może to jedno zdanie spełni jego oczekiwania ;).

jedno z niewielu nieoficjalnych zdjęć jakie znalazłem. Swoją drogę niezły kajak, taki rodzinny.
Krzysztof Operacz

KO

Autor niniejszego bloga

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: