Azja trawel – Lekcje w mistrzowskim wydaniu

No bo któż z nas nie marzył o tym, żeby poćwiczyć z prawdziwymi mistrzami? Z takimi, którzy osiągnęli krańcowo wysoki poziom zrozumienia sztuki (już nawet nie tylko umiejętności). Chwilami sądziłem, że to niepotrzebne, bo i tak różnica poziomów jest tak duża, iż uczyć mnie może ktoś o dużo niższym statusie. I tak wiele bym się nauczył. Kilka okazji do treningu bezpowrotnie straciłem. Część z własnej głupoty, a część, bo uwierzyłem komuś, że nie warto i że jak on nauczy się czegoś ciekawego, to mi przekaże. Tia… Z tego, co wiem, ten ktoś nadal tak funkcjonuje, tylko że ja już teraz bardziej sobie wierzę, a nie jakimś specom od pijaru.

porad kilka złego wujka

Na początek słów kilka o tak zwanej turystyce treningowej. Jako mało doświadczony wielu rad dać nie mogę, ale te, które tu wypiszę komuś czas i portfel uratować mogą.

Po pierwsze — musicie wiedzieć dokładnie, do kogo chcecie pojechać i mieć tę osobę sprawdzoną. Podczas mojego tegorocznego wyjazdu miałem do odwiedzenia mistrza Zhai Weichuana (Tai Chi Chuan) i mistrza Hong Zhitiana (Chuo Jiao Fanzi). Tego drugiego już znałem i wiedziałem czego się można po nim spodziewać. Ten pierwszy był dla mnie wielką tajemnicą. Tu po prostu zawierzyłem wyborowi Andrzeja, który już od kilku lat drążył ten kierunek. Uwierzyłem, choć obawy oczywiście miałem. Jak się okazało, zupełnie bezpodstawne.

mury Guangfu w nocy

Po drugie — dobrze jechać z kimś, kto zna realia, etykietę, i utrzymuje kontakt z nauczycielem (przynajmniej dopóki sami takiej relacji nie nawiążecie). To naprawdę jest zupełnie inny świat. Bez Andrzeja Kalisza niewiele byśmy zwojowali u mistrza Zhaia, a bez pomocy Jiuzhizy nawet bym nie dotarł do parku Yuetan i nie kupiłbym mistrzowi mandarynek na prezent.

Po trzecie (to oczywiste rozwinięcie punktu drugiego) – koniecznie trzeba mieć w grupie kogoś, kto mówi po chińsku. W Chinach angielski jest mało popularny, polski tym bardziej, a ufanie, że dogadamy się „uniwersalnym językiem Tai Chi” (naprawdę słyszałem takie słowa z ust jednego takiego, co się wybierał, ale nie dojechał), jest skrajną głupotą.

Po czwarte — niczego sobie po takim wyjeździe nie obiecujcie. Bo jeśli traficie na dobrego nauczyciela, to wyniki i tak przekroczą jakiekolwiek oczekiwania. Jeśli będziecie mieli pecha, to zawód będzie mniejszy.

Po piąte – mieć oczy szeroko otwarte i rozglądać się wokół, nigdy nie wiadomo, co się człowiekowi może przydarzyć.

To tyle porad. Teraz trochę relacji.

Guangfu i mistrz Zhai

Od razu muszę zaznaczyć, że nie będzie ona pełna. Po pierwsze – za cienkim jestem klawiszostukaczem, żeby ubrać w słowa to, czego doświadczyłem. Po drugie — część rzeczy wylądowała w moim treningowym notesie. Tam zostanie dla mnie i mojego spadkobiercy. I po trzecie — nie będę opisywał ćwiczeń ani tzw. upgradów do formy, bo to bez sensu. Jak ktoś chce, zapraszam na salę, tam się nauczy od lepszych ode mnie.

siedziba główna – nieprzymierzając jak jakiś pentagon

Może opiszę, co było dla mnie odkryciem wyjazdu. Tradycyjnie nie będę pisał o ćwiczeniach ani opisywał technik. I tak się okazało, że na pierwszym treningu w obecnym sezonie było od groma rzeczy do poprawienia. Tu coś przerysowałem, tu zrozumiałem opacznie, albo złudne podobieństwo do innego znanego mi ćwiczenie spowodowało, że zafiksowałem się na błędnej interpretacji. To problem takiego przyspieszonego szkolenia. Jednocześnie zbyt mało uwagi przyłożyłem do idei świadomości linii, o których mówił mistrz.

Ile było nowości? Ja po dwóch dniach treningów pomyślałem sobie, że w zasadzie mógłbym już jechać do domu — tyle nowych rzeczy już się nauczyłem, że mam co praktykować. Po dwóch następnych wydawało mi się, że rozwiązała mi się większość zagadek meczących mnie do tej pory. A pod koniec miałem pewność, że to proste jest, trzeba tylko wypraktykować kilka ćwiczeń, które mistrz Zhai polecił naszej uwadze.

po treningach omawialiśmy doświadczenia i uzupełnialiśmy notatki

Na szczęście życie wszystko zweryfikowało. Kiedy próbowałem ćwiczyć sam, pozbawiony wzorca mistrza, wróciła świadomość, że przede mną wspinaczka na wielką górę (i to pod górę, od której dzieli mnie przepaść). Wszystko przestało być proste.

Mam świadomość, że mistrz pokazał nam wspaniałą ścieżkę złożoną z prostych (co nie znaczy łatwych) ćwiczeń, które w rezultacie mają doprowadzić do zrozumienia zasad. Ale nauczyć się mechanicznie powtarzać ruchy to co innego, niż je zrozumieć. A zrozumieć je to dopiero pierwszy krok, żeby mieć je w sobie, wbudowane, zaprogramowane.

na sali czasami dużo się działo

Guangfu to wspaniałe miejsce do ćwiczeń. Ładne, ciche (na swój sposób), ze smacznym żarciem, po treningu jest co zwiedzać. Ogólnie bardzo przyjazne jest. Już po dwóch dniach miałem swoją panią, od której kupowałem… No nie wiem, co to było — dobre. I ona wiedziała, co ja chcę kupić i że przyjechałem ćwiczyć Tai Chi do mistrza Zhaia.

każdy z nas miał okazję do osobistych korekt

Kiedy jednak opadł poziomo euforii spowodowany miejscówką i towarzystwem mistrza, zrozumiałem, że to dopiero pierwszy krok. I ucieszyłem się, że jeśli dobrze przepracuję następny rok (i uda się dopiąć następny wyjazd), to pójdę dalej. Tu akurat mam stuprocentową pewność, że jakieś dalej tu istnieje i że mistrz Zhai będzie nam je sprzedawał sukcesywnie, ale dość szybko, bo ma tej wiedzy dużo i ma co sprzedawać. Bo tak to już jakoś jest, że, jak ktoś ma mało wiedzy, to będzie ją cykał powolutku niczym dobrze ustawiona aparatura do bimbru. Bo oni muszą wiedzę oszczędzać, żeby na dłużej starczyło. Mistrz Zhai nie musi.

Pekin i mistrz Hong

To troszeczkę inna para kaloszy. Mistrza Honga znałem osobiście z jego wizyt w Polsce i wiedziałem, że prowadzi treningi w weekendy w parku Yuetan. Sterowany przez Jiuzhizy zdalnie z Polski (ale bilet na metro kupiłem samodzielnie) dojechałem do parku. Nie miałem pewności, czy trening tego dnia się odbywa ani w której części parku będę mógł spotkać mistrza. O dziwo, zaraz po tym, jak kupiłem bilet (1 Yuan – 55 groszy), zobaczyłem znajomą sylwetkę. Mistrz mnie poznał i miałem wrażenie, że nawet ucieszył się na mój widok. Choć chyba ktoś mu doniósł o moich zamiarach, bo miał na sobie koszulkę z logiem mistrzostw Polski Wu Shu, na których kiedyś prezentował formę. To naprawdę miłe, że w obcym mieście, tysiące kilometrów od domu, ktoś się cieszy na Twój widok.

moi kuzyni w sztuce dawali radę

Po obowiązkowym wstępie, odpowiedziach, na jak długo, co u Młodego, czy Danusia jeszcze pali i jak zdrowie mojego brata Jiuzhizy, mogłem przystąpić do treningu. Od razu odpowiem na pytanie: nie, nie rozmawiałem w mistrzem w żadnym znanym mi języku. Na szczęście u mistrza ćwiczy Borys i to z nim się komunikowałem w łamanym angielskim i rosyjskim (niczym w „Łowcy Androidów”). Trening u mistrza Honga wygląda siłą rzeczy nieco inaczej — to nie jest zorganizowana grupa „turystów”. Mam wrażenie, że każdy ćwiczy, co chce. Tak też i ja czynię, naśladując jednego z ćwiczących. Przyznam się, że miałem sporo pietra. Oczyma wyobraźni widziałem Honga dzwoniącego do Marka i opieprzającego go na czym świat stoi: „Czego ty ich… uczysz?!”. Chyba jednak nie przyniosłem aż tak wielkiego wstydu swojemu nauczycielowi.

Jak już wspominałem, biorąc przykład z jednego z ćwiczących, wykonuję jedno z ćwiczeń, które wydaje mi się znajome. Od razu dostaję korektę. Tak to już wygląda, kiedy mistrz Hong widzi, że robimy coś źle, to poprawia. Korektę musisz sobie wziąć do serca i poćwiczyć. Jak dojdzie do wniosku, że potrzebujesz następnej, to ją otrzymasz. Trzeba tylko samodzielnie ćwiczyć. Być może są jakieś zorganizowane grupy ćwiczące w rządkach według jakichś komend, ale ja na takie treningi nie trafiłem.

takie tam
Borys wycina hołubce

Mistrz każe mi dużo nagrywać. Drugiego dnia, kiedy na treningu towarzyszyła mi Danusia, to ona przejęła rolę operatora. Co chwilę mistrz wskazywał na naszą kamerkę, przykładał palce do oczu i wskazywał cel wart udokumentowania. Ja w tym czasie dostałem sporo poprawek do form (o których później dyskutowaliśmy w Warszawie). Upewniłem się też co do wypełnienia stopy, konieczności wypychania kciuka, mojej ulubionej koncepcji szmaty. Na koniec uczyłem się czegoś, o czym chyba nie wolno mi do końca mówić. W każdym razie piszę, że nie wolno, bo to przyjemne mieć wokół siebie taką aureolę tajemnicy. Może ktoś pomyśli, że naprawdę taki fafarafa jestem. Wiem coś więcej, niż średnio statystyczny obywatel…

odważny gość, ale spox przeżył…
zdjęcie rodzinne

w sumie

W sumie to… nawet nie wiem, co napisać. Bo odczuć i obserwacji mam od groma. Może najważniejsze zatem. Najważniejsze to: Ćwiczyć to trzeba samemu. Szukać, podglądać, pytać i próbować, a co za tym idzie: nie bać się błądzić. Mistrz to coś więcej niż nauczyciel. Ten drugi będzie cię prowadził za rękę z punktu a do punktu b. Pół biedy, jeśli sam coś umie i potrafi poprowadzić, bo spora grupa to ściemniacze. Mistrz jest od tego, żeby skorygować i wskazać drogę, ale przejść ją trzeba samodzielnie. Dopiero wtedy techniki przestają być naśladownictwem, a zaczynają być żywe i autentyczne. A reszta? Innych rzeczy nie potrafię opisać. Będą jeszcze jakieś relacje z Chin: o biczach, o pani ćwiczącej z miotłą oraz o grobowcu mistrza Fu Zhen Songa. O treningu już raczej niewiele jestem w stanie napisać. Nie da się ubrać w słowa rzeczy nieopisywalnych. Trzeba jechać i to przeżyć…

krzywym okiem KO

bicz ponad dachami Pekinu
jejku… długonose diabły Tai Chi ćwiczą. KOniec świata…
mistrz prezentuje polskie akcenty
nasi tu byli!!!
a to nie wiem, ale ładne
słońce wschodzi nad Guangfu, zaraz zaczniemy trening
poranne treningu były jakby mnie zobowiązujące

5 myśli na temat “Azja trawel – Lekcje w mistrzowskim wydaniu

  • 12/09/2019 o 22:10
    Permalink

    To ja się pierwszy odważę. 🙂 Dlaczego? W latach 90 – tych stałem na „bramce” w disco. Yumę goniłem. 😉

    KO napisał:
    „Mam świadomość, że mistrz pokazał nam wspaniałą ścieżkę złożoną z prostych (co nie znaczy łatwych) ćwiczeń, które w rezultacie mają doprowadzić do zrozumienia zasad. Ale nauczyć się mechanicznie powtarzać ruchy to co innego, niż je zrozumieć. A zrozumieć je to dopiero pierwszy krok, żeby mieć je w sobie, wbudowane, zaprogramowane”.

    Absolutnie zgoda!
    Z podwórka dość bliskiemu Twojemu – o czymś takim mówił choćby Yang Jwing Ming w Ustce. Który to rok? 2002 / 2003?

    KO napisał:
    „Tu akurat mam stuprocentową pewność, że jakieś dalej tu istnieje i że mistrz Zhai będzie nam je sprzedawał sukcesywnie, ale dość szybko, bo ma tej wiedzy dużo i ma co sprzedawać”.

    Daj znać za rok jak się sprawy mają.

    KO napisał”
    „Wiem coś więcej, niż średnio statystyczny obywatel…”.

    Zaryzykowałeś stwierdzenie. 😉 OK. Ja takie sformułowania traktuję nieco z przymrużeniem oka, bo każdy „wie coś więcej” niż statystyczny obywatel. Masz jakieś czarne teczki? 🙂

    Tak bardziej serio. Najprawdopodobniej będzie okazja do spotkania wiosną (forma stylu Wu z włócznią). Chętnie podyskutuję. No – chyba, że faktycznie jesteśmy poza statystykami obywatelskimi… 😉

    KO napisał:
    „Mistrz jest od tego, żeby skorygować i wskazać drogę, ale przejść ją trzeba samodzielnie. Dopiero wtedy techniki przestają być naśladownictwem, a zaczynają być żywe i autentyczne”.

    Kurna! Brawo! Brawo! I jeszcze raz brawo!

    Odpowiedz
    • 13/09/2019 o 07:41
      Permalink

      Statystyczny obywatel – oczywiście że to dżołk. Ale zawsze to miło jak ktoś o Tobie tak myśli. 🙂

      Nie zapomnij mi dać znać o włóczni. Dobrze będzie nauczyć się czegoś więcej niż statystyczny obywatel.

      Za rok, mam nadzieję że pojadę. Jak tylko bogowie mamony i czasu pozwolą. Projekt Guangfu 2×20 już ruszył.

      Odpowiedz
    • 13/09/2019 o 19:04
      Permalink

      A widzieliśmy taki warkocz w antykwariacie. Tylko nie jestem pewien czy włosy by się nie wykruszyły od czasu powstania bokserów.

      Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: