Poranek w Guangfu

Dziś poranny trening nie doszedł do skutku. Z powodów różnych, ale umówmy się, że chodziło o deszcz. W nocy lało tak, że ja jeszcze jak żyję takiego deszczu nie widziałem. A żyję już długo.

Rano, na szczęście, deszcz był już niewielki, ot ledwie kropiło. Wybrałem się na krótki spacer. Pogoda sprawiła, że zazwyczaj niewielki ruch na ulicach tego miasteczka jeszcze bardziej zamarł. Jest prawie pusto. Takie Chiny nie Chiny. Obawiam się, że jak przyjadę do Pekinu to ten tłum mnie za…depcze.

Dziś mieliśmy ćwiczyć w dużej, buddyjskiej świątyni na skraju miasta. Oddalonej od naszego hotelu o 500 metrów i następne 1500 od centrum Guangfu – to naprawdę blisko. Doszliśmy jednak do wniosku, że odwiedzimy ją później, przy lepszej pogodzie. Chłopaki poszli do hotelu, dosypiać. A ja polazłem powłóczyć się po okolicy. Deszcz akurat zelżał, co za różnica co mi przemoczy koszulkę: parne gorące powietrze czy niewielki ciepły kapuśniaczek?

Chodzę sobie, chodzę. Fotki pstrykam, cieszę się kwiatami, zielonymi uliczkami upstrzonymi czerwonymi lampionami. Tu jakieś kury, wróble, tylko czasami gdzieś zaszumi elektryczny skuter czy odezwie się śpiewający kierowca trójkołówki. Idylla.

Nagle zatrzymuje się koło mnie duży biały SUV. No to przerąbane – myślę – w najlepszym wypadku wytną mi nerkę, oby tylko nie pozbawili godności. Odsuwa się czarna szyba (tak czarna w Polsce by nie przeszła) i ukazuje się uśmiechnięta twarz asystenta mistrza Zhaia. Nie mówi po angielsku (zresztą ja – tyle co z filmów: hendeho i ajlawju) więc gestem zaprasza mnie do samochodu. W środku leci jakaś buddyjska modlitwa. W pożo gość. Często sam podchodzi i poprawia nam ułożenie dłoni lub gestami pokazuje mi żebym opuścił łokcie, stara się pomóc.

Tak jak mówiłem, nie gadamy w żadnym wspólnym języku więc musimy korzystać z translatora. Chciał mnie wieść pod hotel, ale doszliśmy do porozumienia, że to takie „good morning exercises”. Zawiózł mnie więc pod bramę świątyni.

Piękne miejsce, połaziłem, porobiłem masę fotek i nawet chwilę poćwiczyłem. Teraz, kiedy piszę te słowa, czekam aż Danusia się obudzi i mnie zabije, bo rano, nieopatrznie trochę pohałasowałem. Tak też – to chyba moje ostatnie słowa… (żartuję, denerwuje się na mnie tylko przez chwilę).

Guangfu w deszczu

całe miasto jest obstawione takimi figurami
zapłakane mury i fosa
zielone uliczki
wszechobecne czerwone lapiony

Świątynia

zielone coś na tle muru
słoń na placu
arkady wokół stawu
drewniany most

9 Replies to “Poranek w Guangfu”

  1. Smagnęło Was ogonkiem tajfunu .. KO, opowieści jianghu buduje się w ten sposób, że w SUVach mają być tylko asystentki. Bez mistrzów.. Mistrzem zostaje się po wyjściu z SUVa 😉 Tak czy siak wygląda na to, że wygrałeś konkurs Miss Mokrego Podkoszulka w Guangfu :>

          1. Człowieku ileż to lineaży można w życiu zakładać. Pojedziesz następnym razem to ty założysz. 😉

            Ja się podepnę, może mnie usynowisz.

  2. KO napisał:
    „Często sam podchodzi i poprawia nam ułożenie dłoni lub gestami pokazuje mi żebym opuścił łokcie, stara się pomóc”.

    A będzie coś więcej o treningach? Z innego wpisu wywnioskowałem, że chyba nie ćwiczyliście Wing Chun. 😉

  3. Skoro masz dostęp do internetu wnoszę, że w kraju gdzie przebywasz coś tam słyszano o nowych technologiach. 🙂

    1. W hotelach często internet podessywa, poza tym blokada google i YT nie ułatwiają robienia wpisów. Podejrzewam, że KO był bombardowany taką ilością wrażeń, że w obliczu mnogości zadań na dzień po prostu padał zemdlony na łoże obok Danusi i chrapał do rana. Może zrobi jeszcze jeden symboliczny wpis z lotniska 😉

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz