Wietnamski Wing Chun

Absolutnie nie jestem fachowcem w tej dziedzinie, zresztą jak w każdej innej, w której się tu wypowiadam. Ja po prostu piszę: podoba mi się, nie podoba. Tym razem będzie o tym pierwszym.

Ostatnio miałem możliwość pogadać chwilę z człowiekiem, który w swoim treningu łączy Tai Chi i Wing Chun (i kilka innych fajnych rzeczy). Czyli coś, co wydawałoby się, nie ma zbyt wielu wspólnych płaszczyzn. Mój nowy znajomy opowiadał mi jednak o mistrzach, którzy uprawiali miękki Wing Chun. Mówił mi, że początkowo mu to do niczego nie pasowało, ale potem wszystko się ułożyło w realną całość. Miękki Wing Chun? Dawniej chyba bym go wyegzorcyzmował, ale teraz z doświadczenia wiem, że jakiekolwiek szufladkowanie jest bez sensu. Różnorodność Kung Fu jest równie nieskończona jak uniwersum Marwela lub nawet bardziej.

Ostatnio przez przypadek trafiłem na kilka filmów. Nie od razu uwierzyłem, że przedstawiają nauczyciela Wing Chun. Jednak wszystko się zgadzało. Jest i drewniany manekin, i forma bardzo przypominająca „budowanie mostów”. Różnica jest taka, że nauczyciel pochodzi z Wietnamu, a jego Wing Chun jest miękki. Dużo bardziej miękki niż niektóre style Tai Chi, które oglądałem, a na dokładkę mam wrażenie, że ćwiczący go stopniem rozluźnienia przewyższają większość ćwiczących Tai Chi w Polsce (i to zdecydowaną większość).

Yuen Chai Wan

Yuen Chai-wan.

Według mojego źródła historia wietnamskiego Wing Chun zaczęła się stosunkowo późno, bo dopiero w latach trzydziestych. Wszystko to za sprawą mistrza Nguyen Te Cong (Yuen Chai Wan), który przeniósł się do Wietnamu.

Yuen Chai-wan urodził się 1877 w Foshanie (BYŁEM!!!), uczył się od najlepszych i jest to dobrze udokumentowane. W dzieciństwie przeszedł ospę, co miało duży wpływ na jego zdrowie.

W 1936 został zaproszony przez organizacje zrzeszające Chińczyków mieszkających w Wietnamie do nauczania Wing Chun. Wietnam w tamtych czasach znajdował się pod okupacją japońską. To mnie w tej opowieści dziwi, bo z jednej strony okupacja japońska, a z drugiej strony gość naucza sztuki walki? Niemniej jednak tako rzecze historia (choć autorzy różnych stron w internecie nie są zgodni co do dat). Tak czy inaczej mistrz Yuan przyjechał i uczył. Początkowo tylko Chińczyków, potem też Wietnamczyków (ale w ograniczonym zakresie), znalazłem też informację, że brał udział w wietnamskim ruchu oporu.

(właśnie ktoś mi zwrócił uwagę, że Japończycy pojawili się w Wietnamie w 1940. Powyższe informacje oparłem na wietnamskiej stronie i siłą rzeczy musiałem się posiłkować Google Translatorem. Może autorowi chodziło o to że Yuen Chai Wan nauczał w czasach japońskie okupacji – nie mniej jednak powinienem sprawdzić daty zamiast je bezdurno przytaczać)

Uczył także ćwiczeń pięciu zwierząt (nie wiem, czy można to nazwać Qi Gongiem). Nie były to te popularne zwierzęta, znane nam obecnie z treningów, w jego zestawie był tygrys, lampart, żuraw, wąż i smok.

W 1954 wyjechał z rodziną do Sajgonu (obecnie Ho Chi Minh) uciekając przed komunistami. Założył tam szkołę. W owym czasie zaczął coraz częściej przyjmować na uczniów Wietnamczyków. Zmarł w tym mieście w 1959 (lub, według innych źródeł, w 1960).

Wing Chun

Zapraszam do obejrzenia kilku filmów pokazujących ten przekaz.

Nie mam najmniejszego pojęcia, jak się nazywa nauczyciel prezentowany na filmie (na szybko doczytałem, że pochodzi z Hanoi). Widzę jednak, że jest to NAUCZYCIEL. I tak się powinno go opisywać. Fajnie, że jego uczniowie są młodzi. Trudno mi ocenić ich umiejętności i poziom, ale chyba jest nieźle. Podoba mi się jednak to, co ów pan robi. Widzę w tym sens. Podziwiam też miejsce ćwiczeń. Qrcze, takie podwóreczko to +50 do zaangażowania w trening. Wspaniały Feng Shui.

Tego, że na jego treningi przychodzi taka młodzież, to już na pewno trzeba mu zazdrościć. Która sekcja w Polsce może się pochwalić tak młodymi adeptami? Nie oszukujmy się, to oni, nie my, mają szansę (jeśli nie porzucą treningów) dojść do naprawdę dobrych wyników. Może brakuje im jeszcze intencji, ale nadal mają pootwierane umysły i dużo zdrowia.

budowanie mostu

Sam nauczyciel niezbyt się patyczkuje ze swoimi uczniami. Te plaskacze nie wyglądają na szczególnie słabe. Choć z drugiej strony nie są też na tyle mocne, żeby głowa uczniowi odskakiwała.

I jeszcze ta muza w tle!!! Zajefajne!

To jest oczywisty dowód na potwierdzenie tego, że jest to Wing Chun. Tylko że pierwszy raz w życiu widzę, żeby ktoś to robił siedząc w kwiecie lotosu. Dla mnie ta pozycja jest niewykonalna. Prędzej by mi biodra strzeliły, a tu jeszcze trzeba z sensem ćwiczyć formę. I chyba coś, co nieodzownie jest związane z tym, jak postrzegamy Wing Chun, czyli ćwiczenia z drewnianym manekinem. Zupełnie odmiennie to wygląda niż znane nam z popularnych filmów „obijanie bala”. Przynajmniej na początku, kiedy nauczyciel demonstruje powoli techniki. Zupełnie jakby głaskał drewno. Później, gdy przyspiesza, wygląda to już bardziej jak scena z „Ip Mana”, ale nadal jest to miękkie.

Mam tych filmów jeszcze trochę. Wystarczy mi na następny wpis, ale to już po powrocie z Chin.

Po co pokazuje na blogu o Tai Chi filmy o Wing Chunie? Bo od dawna staram się powiedzieć, że Tai Chi nie jest niczym jedynym na świecie i nie wystarczy się zapisać do byle jakiej sekcji, żeby odczuwać efekty. Nie wystarczy nawet zapisać się do dobrej sekcji. Trzeba jeszcze ćwiczyć, mieć odpowiedni sztukowalkowy fokus i poświęcić temu dużo pracy, czasu i energii. Ci ludzie na filmach nie ćwiczą Tai Chi, a efekty mają lepsze niż większość z nas.

Polecam szanownej uwadze pomedytować nad tym wnioskiem i zastanowić się, po co ćwiczę.

16 Replies to “Wietnamski Wing Chun”

  1. Na Bakalarskiej jest fryzjer, który ma mniej much w nosie, lepsze qishi i całkiem niezły zryw w kopnięciu w torbę. Jak się domyślasz, jakoś mnie ten gość nie przekonuje 😉 Niech się KO na mnie nie gniewa 🙂 Lubię Czamki, bundou nam bo i nożyce na głowę z dorony drzewa, ale Viet Tai chi I Viet Ving Tsun..

    1. Ponoć żyjemy w wolnym świecie. Jasne, że masz prawo żeby mieć własne zdanie. Mnie się to podoba, pewnie nawet bym nie zwrócił na to uwagi gdyby nie relacje której wysłuchałem niedawno,

      Chyba nie można porównywać casusu Viet Tai Chi i Viet Wing Chun. W tym drugim przypadku źródło jest jasne, choć oczywiście nie jestem w stanie zagwarantować że te filmy pokazują czysty przekaz.

      Mnie się podoba. Po powrocie wrzucę część drugą, może to Cię przekona.

      1. Uff..:) Mnie nie chodzi nawet o źródło. Ja tu wyczuwam taki zły vibe, jak w tych wszystkich filmikach taiji sprzed 10 lat, gdzie wszyscy podskakują pod wpływem niewiarygodnych umiejętności nauczyciela. Tu nie podskakują (brak pengjin?;) ale jest ta przesadna uległość, sporo pustej formy i.. samouwielbienie. W Chinach też był taki nurt, co to z VT chciał zrobić neijia. Północ ma Taiji, Południe ma Ving Tsun.. Pamiętasz? Mam nadzieję, że w Chinach zobaczysz takie rzeczy, że Ci się nie będzie chciało wracać do tego, ale jeśli zapodasz drugą część, to naturalnie obejrzę. Peace :]

  2. Jak tu być dyplomatą? 😉 dwie luźne uwagi.

    1. Rozumiem zaciekawienia KO. Tak zwane wietnamskie gong fu (u nas mówiono Kung Fu Vo) jak najbardziej może się podobać. Ale… Już kupę lat temu próbowałem wyjaśniać , i to dość oficjalnie, że rzeczone sztuki walki są nieco „rozwodnione”. Miałem wówczas na uwadze dość powszechną tendencję do permanentnego „zmiękczania” technik, nawet tych tygrysich. Z tego powodu (dla równowagi) „przemierzyliśmy dodatkowo chiński szlak”, co z perspektywy czasu oceniam jako decyzję prawie konieczną.

    Trafiłem kiedyś na unikalny klip ukazujący szkolenie wietnamskich komandosów przez mistrza Vo. Sprawa dotyczyła czasów wojny, o której słyszałem już we wczesnej młodości. Amerykanom nie było wówczas lekko, także za sprawą wyszkolonych speców z Wietkongu. Niemniej filmik nie ukazał skuteczności Vo w pełnej krasie. Próżno było szukać technik zdecydowanych, nacechowanych oczekiwaną w dżungli dynamiką. To wszystko mogło wynikać z dość filigranowej budowy ciała Wietnamczyków (?). No, niemniej tacy ludzie uczyli swoich stylów w Trójmieście i za to im chwała.

    W grę wchodzą także zadatki indywidualne (na szczęście). Kiedyś widziałem na zlocie w Warszawie Ryszarda Jóźwiaka w akcji (Viet Vo Dao). Zaprzyjaźniony mistrz sportowej sandy szepnął mi na ucho: „Nie chciałbym gościa spotkać w bramie”. 😉 Na marginesie – Jiuzhizi i KO wypili z nim kanbei. Widziałem to na własne oczy. 😉 Ale tsssyy…

    Kończąc punkt pierwszy zacytuję zdanie z felietonu relacjonującego warsztaty Polskiej Federacji Kung Fu i Vo (Kraków). Cytat dotyczy jakiegoś trenera prowadzącego wówczas zajęcia: „Robiły wrażenie dynamiczne treningi Hung Gar Kuen oraz Hu Lung Pai. Podczas tego drugiego frapowało mnie zagadnienie, czy niezwykła swada i ruchliwość owego systemu jest immanentnie weń wpisana, czy tez wypożycza wymienione cechy od prowadzącego zajęcia sifu”.

    Tajemniczo spuentuję: niech wątpliwość Arkadiusza Kopańskiego nadal pozostanie natury retorycznej.

    2. Naście lat temu dostałem propozycję od Darka Różańskiego, który propagował jedną z wersji Wing Chun. Uważał on, że w jego systemie ewidentnie widać techniki 5 zwierząt (o tych „stworach” wspomniał KO) i sprawę mieliśmy wspólnie przeanalizować a potem ją upublicznić w papierowy magazynie KUNG FU. Zabrakło czasu. Darek wyjechał do Stanów.

    1. Furda tam demokracja. Jesteś jednym z kilku osób którzy mają cart blanch w kwestii komentowania.

      Ci do warunków fizycznych. To raczej nie kwestia Wietnamczyków. Chiński protoplasta też do gigantów nie należał jeszcze był chorowity. Może dla tego jego styl był miękki. Mam wrażenie że oni wszyscy stali nad grobem i trening ich odmienił. Czasami myślę że moje schorzenia są zbyt kiepskie żeby się czegoś nauczyć.

      Nie mniej jednak nadal mi się podoba.

  3. Niech KO się nie gniewa. 🙂 Dla jasności uzupełnię swoją wypowiedź. O tej „powszechnej” miękkości wspomniałem tak generalnie. Z całą pewnością nie wszystko w Wietnamie ćwiczone jest właśnie w ten sposób. Przykładowo, pamiętam pierwsze występy uczniów Jacka Świątkowskiego i Piotra Osucha (Jiuzhizi  posiada nawet zapis z zawodów 1989). To nie był Hung Gar jeno wietnamski tygrys od Hai Nama Nam z kolei te ekstremalnie twarde formy poznał w Trójmieście od rodaków.

    Może napiszę wprost z jakich powodów mam pewien problem z Twoimi klipami. Ukazanie miękkości owszem, jak najbardziej często stanowi wyznacznik umiejętności. Ale zabrakło mi w tym wszystkim przełożenia chi sao na skuteczność, jakiegoś puentującego konkretu Ćwiczysz z Andrzejem Kaliszem i z pewnością rozumiesz moją uwagę. 😉
    Pamiętam też rozmowę z Januszem Szymankiewiczem, który po pierwszej wizycie Yang Jwing Minga w Polsce powiedział, że dopiero za sprawą gościa przekonał się do skuteczności tego„miękkiego” Taiji. Polecam „lekturę” pionierskiej kasetę VHS mistrza Yanga.

    Kurna, chciałem wrzucić jakiś link tamtego Taiji. Będzie problem z namierzeniem pamiętającego lata 80 – te materiału w sieci. Szkoda.

  4. W części drugiej postaram się okazać więcej mięsa. Choć przyznam się że nadal będzie to wymagało trochę wyobraźni i dobrej woli (to nie tak że uważam że jej nie macie…). Nie będzie wyrywanych kończyn… do zoo niedługo.

    Może za bardzo się skupiłem na pokazaniu ogrodu…

  5. Zacznę jak koledzy :-), tzn niech KO się nie gniewa, ale to co jest na klipach mnie nie przekonuje….trenowałem parę lat VT i nawet słyszałem o wietnamskiej linii VT, ale myślę, że problem polega na tym, że nie są tutaj zachowane podstawowe zasady stylu np obrona linii centralnej….mogę zrozumieć, że sposób wykonania technik może być inny ( w tym przypadku lużny, miękki itd), ale zasady powinny być zachowane…mnie uczyli, że np dla obrony linii centralnej łokieć powinien być blisko środka ciała (np przy tan sau)….tutaj gość robi to jak chce i raczej nie przejmuje się obroną linii centralnej…. no nie wiem może jestem za bardzo zasadniczy chociaż staram się mieć głowę otwartą :-)….ale oczywiście chętnie przeczytam ciąg dalszy.

    1. Well. Pewnie, że się nie gniewam.

      Znajomy który opowiadał mi o miękkim Wing Chun, mówił że miał dokładnie takie same odczucia kiedy pierwszy raz się z tym spotkał. Długo się nie mógł przekonać.

  6. OK… Na tej stronie (niech KO nie mówi, że nie wiedział:)
    http://www.karatetsunami.eu/pl/index.php?id=47
    jest tablica lineażu tej rodziny Ving Tsun (oczywiście od samej mniszki NG Mui):
    http://www.karatetsunami.eu/img/Vinhxuan_Genealogia.jpg
    Chciałem wpisywać po kolei nazwy szkół z samego dołu w nadziei, że zidentyfikuję Twojego magika, ale od razu trafiłem na to:
    https://www.youtube.com/watch?v=KRWhlho3s2Q
    Na 0:15 widać zgwałconą mandarynkę (karolinkę w zasadzie;)… God damn… http://www.wingchun.com.vn/images/banners/book_02.jpg
    http://www.wingchun.com.vn/ Tak, jak myślałem są neijia (i nawet Fojia – buddyjscy)

    BTW, Dong Nam kiedyś kiedyś była naprawdę tajska. Koło 1997 roku. Fantastyczna szefowa była Bez dwóch zdań… Potem widać przejęli knajpę Wietnamczycy i zrobili z niej to, co z Ving Tsun ;>> Wiem, podły jestem. Dong Nam chyba już zresztą nie istnieje w żadnej formie..

    1. Morderco nadziei… kiedy mi się to naprawdę podoba.

      Obiecałem drugą część to będzie. Kobyłka u płota.

    1. Fajnie, że ktoś podziela moje odczucia. Mam nadzieję że to nie jest tylko piękno zewnętrzne – wizualne.

      Dzięki za namiar na FB. Jest tam jeszcze trochę filmów.

      pozdr

  7. Mnie technika Wing Chun zainteresowała jeszcze jak byłem dzieckiem, po obejrzeniu Wing Chun. Niestety ćwiczenia musiałaem odpuścić ze względu na stan zdrowia.

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz