Do Chin pojechałem ćwiczyć. Tak. Oprócz jedzenia, zwiedzania, atmosfery i przygody, czyli oprócz fanu i szpanu. Moim celem numer jeden było poćwiczyć. Oczywiście głównym celem tego zadania był warsztat z Nauczycielami z Guangfu, ale miałem też swój cel drugoplanowy. Bardzo chciałem ćwiczyć wśród ludzi. Że co? Niby w Polsce też mogę? No niby tak… tak może powiedzieć każdy, kto nie ćwiczył w ichnich parkach.
Ale jak to było historycznie? Kiedy to onegdaj z Danusią i Jiuzhizy odwiedziliśmy „Świątynię Spadających Kwiatów” w Guangzou, przyjaciel zagadnął mnie tym słowy: „Ja to nie rozumiem, dlaczego ty nie ganiasz tu co rano poćwiczyć? W takim miejscu! Jakbym, nie daj Bóg, ćwiczył Tai Chi, to tak bym robił”. JA?! W Świątyni? Wśród Chińczyków? Przecież wszyscy będą patrzeć i oceniać. A on na to: „idź i ćwicz… dobrze Ci to na głowę zrobi”. I faktycznie. Bo nikt nie patrzył, a nawet jeśli, to mnie to przestało obchodzić.

Tak więc Guangfu dawało mi możliwość poczucia takiej fajnej energii wspólnej praktyki. I tu nie chodzi o to, żebym ćwiczył razem z Chińczykami, ale wśród praktyków. Wśród ludzi, którzy wstają codziennie rano i poświęcają godzinę, półtorej na zrobienie następnego kroku na drodze. Bo tu wcale nie chodzi o ćwiczenie w tak egzotycznych miejscach jak Zakazane Miasto lub chiński mur tylko o praktykę. Mam nadzieję, że nie uraziłem tej części naszej wycieczki, która robiła formy w tych „kultowych” lokalizacjach, nie to było moim celem. Po prostu – Inne rzeczy nas jarają.

mury miejskie Guangfu
W Guangfu rano można, wedle mojej wiedzy, ćwiczyć w trzech miejscach. Przy południowej bramie, blisko pomnika Yang Lu Chana. Tam spotyka się większość grup, choć w ramach przygotowań do siedemdziesiątej piątej rocznicy powstania partii wszystko tam było zasłonięte płotami. Drugim takim miejscem był centralny plac przed muzeum „Starożytnego” miasta (taka starówka na starym mieście). Dla mnie najbliżej było do wschodniej bramy. Tam, zaraz za murami, jest niewielki placyk. Poprzednim razem Tai Chi ćwiczone było na murach, ale teraz, w ramach wspomnianego już remontu, wejście było zamknięte. Ćwiczący przenieśli się piętro niżej. Obok, na drugim niewielkim placyku, swoje miejsce znalazła grupa cheerleaderek tańczących do chińskich przebojów. Panie w wieku mocno pomaturalnym codziennie przychodziły tu po swoją poranną dawkę ruchu i towarzystwa (z przewagą towarzystwa).

Na placyku ćwiczyły dwie grupy – obie praktykujące styl Yang. Dziś będzie o tej większej – ćwiczącej pod okiem Yang Zhen He. Naprawdę z przyjemnością patrzyłem jak pracuje, ale bardziej jak pracuje jego grupa. Ci ludzie poprawiali się nawzajem, oni tymi spotkaniami żyli. Przyjeżdżali dużo wcześniej niż mistrz, trochę pogadali, ktoś zawsze dbał o to by na murku leżały jakieś izolacje do siedzenia (specjalna dla mistrza). Yang Zhen He nie ćwiczył, przyjeżdżał w białej klasycznej katance i patrzył. Czasami kogoś skorygował, najczęściej takiego młodego dzieciaka w niebieskobiałym kubraczku. Rozumiem, że te poranne (prawdopodobnie darmowe) zajęcia to raczej osobista praktyka w grupie, niż ciągnięcie wiedzy od ticzera.

Yang Zhen He urodził się w 1953 roku w Guangfu. Od 1965 roku uczył się u różnych znanych mistrzów stylów Yang i Wu w przekazie z Yongnian (o i już go lubię bardziej). Nazwisko Yang nie oznacza, że jest bezpośrednim potomkiem Yang Lu Chana. To ponoć dość popularne nazwisko w Chinach. Został jednak uznany jako oficjalny mistrz piątego pokolenia przez mistrza Yang Zhen Duo. W notce biograficznej czytamy, że został też uznany przez mistrza Zhai Wei Chuana, ale co to oznacza – to nie wiem. Zdobył kilka pierwszych nagród w formach stylu Yang i Tuishou, czyli pchających dłoniach. Został też wybrany jednym z najlepszych instruktorów Tai Chi w Chinach. Od wielu lat dzieli się swoją sztuką na całym świecie, zarówno na przykład w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Szwajcarii.
ćwiczenia pod murami
W zasadzie, jeśli ktoś by chciał ćwiczyć ten przekaz, to nie jest to specjalnie trudne. W Berlinie są sekcje, które go uczą, tam też mistrz Yang Zhen He lub jego asystentka przylatują dość często. Jakby co służę kontaktem, dostałem nawet wizytówkę.
I teraz wyobraźcie sobie, że ja sobie z tym gościem wymieniałem zwykłe „dzień dobry” i „do widzenia”. No mało brakowało, abyśmy sobie piątki czy inne żółwiki zbijali na wejściu. Nie, żeby od razu o piłce gadać, ale takie zwykłe uśmiechy na dobry poranek. I tak było, aż do chwili kiedy poszliśmy sobie z wycieczką do muzeum Yang Lu Chana. Andrzej Kalisz, który jako jedyny w naszym towarzystwie kumał te ichnie znaczki-robaczki, oprowadzał nas po salach i czytał historię stylu Yang. Tam jest taka sala, w której są wszyscy wielcy, cały lineaż oficjalnie uznanych mistrzów. I na samym końcu jest tablica poświęcona mistrzowi Yang Zhen He, czyli musi to mistrz najwyższej klasy jest. To takie ostateczne potwierdzenie, że gość coś umie. Prawie jak te barejowskie: „Tych klientów nie obsługujemy”, tylko że zupełnie na odwrót.
Yang Zhen He
Ja to go w pierwszej chwili nie poznałem, ale ja w ogóle ludzi nie poznaję, czasami nawet prawie dostaje zawału jak się widzę rano w lustrze. Dobrze, że Andrzej na koniec rzucił: „A on to chyba tam pod murami uczy, tam gdzie wy rano łazicie, jak spać nie możecie”. I mnie olśniło, no on, choć na zdjęciu dużo większą grzywkę prezentował. Następnego dnia ukłoniłem się nieco niżej.
Czy trening w takim towarzystwie to cokolwiek daje? Trzeba by się Marka spytać, bo on tam czasami razem z nimi stawał i starał się dotrzymać im kroku. Nikt go nie wypędzał (ale też nie korygował)… tak więc, chyba spoko. Aż poproszę go o słów kilka. Mam tylko nadzieję, że nie będzie sobie tego wpisywał do treningowego CV… znam kilku takich, co już by sobie go wpisali do lineażu.

Ja z nimi nie ćwiczyłem. Ale muszę przyznać, że atmosfera dała mi dużo… i chyba zostałem zaakceptowany, bo dostawałem codzienną dawkę uśmiechów i pozdrowień. Bo czułem się jako jeden z gangu. Brzmiało to szczerze (mam nadzieję). To cały mój zysk z ćwiczeń z… tfu, to jest, obok mistrza.
1










Za każdym razem, gdy czytam Twą relację o moim udziale w Twoim ćwiczeniu w Chunyang Guan, zauważam że więcej mówię. Za parę lat będzie to monolog nad brzegiem Rzek Perłowej ;p BTW ustalam warunki Twojego pojedynku z Sifu Martą ;]
Sorki, że trwa to tak długo, ale napisanie takiego monologu to nie jest prosta sprawa. Poza tym, coraz bardziej dostrzegam kluczowość tego momentu mojej praktyki.
Dziękuję. Poproszę zatem o skromną stelę na bazarze przyświątynnym, tam gdzie lata temu był chlew :]