Tak mi się skojarzyło. Janek wydał nową książkę, jeszcze jej co prawda całej nie przyswoiłem, ale ja znam Janka nie od dziś. Pewnie nawet lepiej, niż on sam by tego chciał. Jeśli on wydaje jakąś książkę, to nie ma tego, no…. ogółem – warto ją mieć. Bo są to tytuły dobrze wydane, rzadkie, treściwe w wiedzę, a i cena, jak na takie niszowe publikacje, atrakcyjna. Ot, takie perełeczki. W ramach lokowania produktu zapowiem, że można ją sobie zamówić w fundacyjnej księgarence (Życiodajny oddech Tao – Wydawnictwo Fundacji Dantian). Tam też przeczytacie więcej o autorze i zawartości.
Ja przygotowałem już miejsce na półce i czekam cierpliwie, aż będę miał więcej czasu. Szczególnie, że planowany jest warsztat z autorem owej książki i ostrzę sobie zęby na następny cenny autograf. Na razie mam dostęp tylko do wstępu, który Janek napisał. Jest tam jeden fragment, który stał się kanwą tego wpisu. Oto on:
Co ciekawe, praktyczne i sprawdzone przez tysiąclecia techniki samorozwoju, jak zawarty w tej książce opis ćwiczeń tzw. Qigongu Pięciu Igieł, nie muszą być bardzo skomplikowane ruchowo i są łatwe do wykonania praktycznie dla każdego. Ich prostota jest jednak pozorna, a efekty głębokie, o czym każdy przekona się po ich uważnym powtórzeniu przysłowiowych „dziesięć tysięcy razy”.
Zhongxian Wu
Zupełnie nie wiem czym jest Qi Gong Pięciu Igieł, bo to ostatnie kilkanaście kartek książki, ale jeśli ma coś wspólnego z torturą Tysiąca Cięć, to musi być fajny. Przeczytam, to zobaczę.
Odnośnie tego powyższego cytatu, chciałbym się tak przedświątecznie pochylić nad tymi przysłowiowymi dziesięcioma tysięcy razy. Ileż to jest? Dla początkujących brzmi to jak obietnica. Realny cel, który można osiągnąć. Granica, po której będzie się miało to coś. Zrobisz tyle i będziesz umiał. Zrobisz dwa mniej – to jeszcze nie. Ale przy tym granicznym, pojawi się takie jajo jak u „Pomysłowego Dobromira” i już będziesz wiedział. To była blank szwarno (czyli niezła po śląsku) bajka dla początkującego. Kiedy instruktor nie potrafił czegoś wyjaśnić, albo miał dość tłumaczenia, rzucał magiczne: „zrobisz dziesięć tysięcy razy, to zrozumiesz”. I to niekoniecznie dlatego, że on sam ma luki w umiejętnościach, ale często ma on świadomość, że ten proces musi trwać. I żadne tłumaczenia i demonstracje tego procesu nie przyspieszą.
To jak z bigosem – przychodzi taki moment, że przestajemy dodawać ingrediencji wszelakich i zostawiamy na małym ogniu, by sobie popyrkał. I tych pyrknięć musi być tyle ile trzeba… i nie ma co ich liczyć. I to jest te dziesięć tysięcy razy.

Warunki sine qua non są następujące:
- dobry przepis, czyli kompletny styl (ze sprawdzoną metodyką), który ćwiczymy;
- dobre składniki, czyli dobry, kompetentny nauczyciel;
- dobry garnek, czyli zaangażowany uczeń;
- i czas (dziesięć tysięcy pyrknięć – jakkolwiek to brzmi);
dziesięć tysięcy powtórzeń
Rola nauczyciela ogranicza się już tylko do tego, żeby od czasu do czasu zamieszać, by się od spodu nie przypaliło.

Te bigosowe analogie można w nieskończoność ciągnąć. Bo zobaczcie: zamrażanie i gotowanie. I samo to, że bigos z każdym gotowaniem smakuje lepiej! Ostatnia porcja to już cream de la crem, bigos absolutny, kapucha di tutti kapi. Tylko czy ja kiedykolwiek dożyję tego ostatniego posiłku? Nawet jeśli nie, to ciort… gotować, by dom ładnie pachniał.
Z powodu zbliżający się świat, życzę Wam by się Wam garnek nie przypalił. Dobrego bigosu i co tam sobie jeszcze na stół stawiacie.
PS. Przy okazji, ogłaszam konkurs na najlepszy Tai Chiowy prezent, ciekawe czy przebijecie mój, bo ja już co nieco od Mikiego wydusiłem.
1




BTW taka ciekawostka. W Amazonii jest plemię Pirahã. Ich język nie zawiera żadnych liczebników, są tylko słowa „mało” i „dużo”. Ileż to upraszcza w praktyce Tai Chi.






Niestety dziesiec tysiecy oddechow to nie to samo co dziesiec tysiecy lewego prostego, ktory i tak robiony jest w koordynacji z oddechem
To zależy co chcesz osiągnąć… jeśli Twoim celem jest praca w jakiejś nieokreślonej tu praktyce oddechowej to to Twoim narzędziem będzie ćwiczenie dużo, czyli te przysłowiowe 10k powtórzeń.
Ogólnie chodziło mi o ewolucję mojego postrzegania definicji tego przysłowia
Jasne choć prawidłowa praca przy worku również wymaga praktyki oddechowej, mimo wszystko jest bardzo podobna do chikungu i również przynosić powinna podobne efekty.
Chyba jednak trudno jest liczyć żeby prawidłowe oddychanie w czasie bicia w worek przynosiło podobne efekty co w czasie Yi Jin Jingu.
Ale faktem jest to że oddychanie jest niezbędne, wszak kto nie oddycha umiera, a kto oddycha źle wolniej się rozwija…
jak w kazdej dyscyplinie sportowej, opanowanie i kontrolowanie oddechu przynosi korzysc