Dostałem ostatnio w prezencie książkę, niby nic dziwnego, bo ludzie wiedzą, że lubię i czasami ktoś mi coś podrzuca. Tym razem książka była elektroniczna i na dokładkę po chińsku. Nie ważne o czym… choć w zasadzie pewnie ci, którzy mnie znają i tak zgadną. Tak, o Tai Chi to dzieło było. Ale to chyba dziwne nie jest?
Andrzej Kalisz mi podesłał, pewnie pomyślał, że zajmę się oglądaniem obrazków na jakiś czas. I faktycznie, obrazki dla mnie ciekawe. Choć wszystkie wnioski, które mi się wykluły, okazały się godne współczesnych polityków, czyli do D…, ale nie o to chodzi. Książka pewnie dobra, bo traktuje o materiale, który mnie interesuje… tylko że, ja z niej jeszcze dłuuuuuugo, długo nie skorzystam.

Po jakimś czasie gały napatrzyły się już na obrazki. Małe i niewyraźne, a najgorsze, że pozostawiające duże pole do popisu dla wyobraźni. Przeszło mi wtedy przez głowę, by skorzystać z nowoczesnej techniki amerykańskiego pochodzenia. Bo tak – jestem fanem google translatora (Gi-Ti). Obserwuję jego rozwój już od dawna. Ma swoje wady. Jedną z nich jest to, że jak już go używasz, to nie uczysz się języka tak, jak kiedyś tłumacząc teksty przy pomocy papierowego słownika. Ale coś za coś. W zamian za to mam dostęp do tekstów nieomal od ręki. I to nawet w tak kiepskich technicznie formatach jak fotografie.
Książki o Tai Chi
Moje zainteresowanie automatycznymi translatorami zaczęło się jeszcze w latach 80-tych zeszłego stulecia (qrcze, jaki ja stary jestem!) Wtedy to taki miesięcznik „Fantastyka” umieścił fascynujący artykuł, mówiący o pierwszych próbach zbudowania takiego translatora. Autor opisywał próby tłumaczenia i wyśmiewał jego wyniki. Przykłady błędów były przekomiczne (np. upadek ducha = zgniłe mięso). Konkluzja była taka, że dużo wody musi upłynąć w Wiśle, żeby to zaczęło działać. I chyba upłynęło — qrcze jaki ja stary jestem!

Potem pojawił się G-T (2001), a ja zacząłem się nim bawić w 2008, jak tylko zawitał w nim mój ulubiony język polski. Oczywiście bardzo szybko chciałem spróbować coś z chińskiego przetłumaczyć. Na pierwszy ogień poszedł jakiś tekst o skazaniu na śmierć mistrza Chu Minyi. Nie szło tego zrozumieć. Wyszło mi tylko tyle, że po ogłoszeniu wyroku krzyknął: „Nie tak się umawialiśmy…” (wikipedia twierdzi teraz coś zupełnie innego).
Ale, popłynąłem we wspomnieniach. Wróćmy do książki, którą dostałem do prze… tfu… oglądania. Zrobiłem fotkę i „zatopiłem się w lekturze”. Wybrałem coś z początku, bo to powinno być najbardziej ogólne i pozbawione „trudnych słów”. Faktycznie wstęp czytało się sprawnie. Było o tym, że Tai Chi to wielkie chińskie osiągnięcie i tak dalej. No nic odkrywczego, ale tekst naprawdę wydawał się logiczny. Nawet styl, acz nieco suchy, jak najbardziej był zjadliwy. Niczego nowego się nie dowiedziałem, aż do zdania, w którym autor napisał, iż trening Tai Chi czerpie dużo z tradycji Dao In i wymiotowania… eeee? No tak, najwyraźniej takie jest tłumaczenie. Do tej pory, nawet jeśli jakiś wyraz w zdaniu mi zawadzał, rozumiałem, że muszę go zastąpić czymś innym. Ale tu?
dziwne treści
Czy to coś z pracą mięśni brzucha i podobieństwo do gwałtownego skurczu w czasie pozbywania się podejrzanej zawartości żołądka? Bo przecież pewnie każdy z Was kiedyś tego doświadczył. Przy wymiotowaniu pracuje całe ciało. Uda i pośladki oraz przepona muszą przezwyciężyć grawitację i siłę zwieraczy po drodze… a to nie jest taka łatwa praca. Wspomagane są przy tym przez dolne żebra i mięśnie pleców… Praca jest taka, że spokojnie można dorobić się przy tym zakwasów. Normalnie brzmi jak przepis na nową odmianę fitnesu… jakby co, mogę certyfikować nauczycieli. Szkoda tylko, że żadna siłównia nie wpuści takich zajęć na własne sale…. dobra, dość żartów.
Nie rozumiałem absolutnie tego fragmentu. O ile reszta była w miarę logiczna (choć ciężko jest mi to zweryfikować), to to jedno słowo psuło widok całości (bo jakże inaczej?).

Opowiedziałem o moich potyczkach z tekstem na treningu. Andrzej zaproponował, żebym mu podesłał odnośny fragment, ale nie musiałem, bo w pewnej chwili, kiedy ćwiczyliśmy formę, z kąta sali usłyszeliśmy śmiech. Okazało się, że Andrzej znalazł rozwiązanie problemu. Chodziło o Tu Na, czyli tradycyjny chiński masaż. I tak ćwiczenia Tu Na, to 吐纳 natomiast wymiotowanie to 呕吐. Jak widać, oba te terminy mają jeden wspólny znak. I w ten sposób G-T wygenerował taką, a nie inną interpretację. I weź się tu człowieku ucz tego języka. No cóż, durna sztuczna ynteligencja jeszcze długo nie będzie w stanie analizować własnych tekstów pod kątem prawdopodobieństw.
Nie mniej jednak, warto jest z tego narzędzia korzystać. Trzeba tylko podchodzić do nich z dużą rezerwą, bo jak nie, to powstanie dużo nowych przekazów tai chi.
sztuczna inteligencja
PS. Well, kilka dni później próbowałem odtworzyć tę sytuację, na potrzeby tego wpisu… G-T już się nauczył i przetłumaczył poprawnie. To jednak trochę przerażające…
1









推拿 (tuina) to masaż, 吐纳 (tu’na) to Ćwiczenia oddechowe 🙂
BTW, „nie tak się umawialiśmy!” brzmi dziwnie wiarygodnie, cokolwiek tam miał wykrzyczeć wg wiki ;p
o widzisz… dla mnie ten język jest niemożliwy do opanowania… myślałem że te Tu Na to właśnie masaż, ale dziwiłem się że innymi znakami to jest opisane w książkach. I znów się czegoś nauczyłem…
W wikipedii jest taki wpis: „Nie wstydzę się tego, że żyję, ale moja śmierć nabierze większej wartości. Moje ciało powinno zostać wysłane do szpitala, aby pomóc w badaniach nad medycyną.”
BTW Wiki go trochę broni pisząc że nie konieznie chciał kolaborować z Japończykami tylko był związany jakimiś układami zosobistej lojalności wobec Wang Jingwei’a.