Żwirek ćwiczy wraże Aikido

Aikido. Nie muszę chyba pisać, czym jest? Tak naprawdę wiem o nim tyle, co o przeczytałem w kilku książkach. W zasadzie wielkie nic. Może najwięcej przez pryzmat Seagala i jego filmów. Oczyma wyobraźni widziałem składanie w kostkę gaci na koniec treningu i ciągłe kłanianie się sobie. A jednak trochę im zazdrościłem. Przede wszystkim tego luzu przy padaniu i niemalże ciągłego treningu z partnerem. Tym, co najbardziej mnie odstraszało od Aikido były dwie rzeczy: po pierwsze – taka “japońskość” tej dyscypliny oraz kult Ueshiby. To trudno opisać, ale coś takiego w tym jest. Nawet na Shotokanie, który w gruncie rzeczy był OK, wyczuwałem te nielubiane przeze mnie nutki. Po drugie – jakoś nie mogłem spotkać ćwiczących Aikidoków na trawnikach, poza Dojo (czyli poza miejscami, gdzie odbywało się aikidockie tarło).

Z biegiem lat widzę jednak, że to bardziej było takie alibi. Samousprawiedliwienie dlaczego uważam, że to, co ćwiczę, jest lepsze. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jednak im zazdroszczę. Tak jak napisałem, zazdroszczę im ćwiczeń z partnerem, do pewnego stopnia dyscypliny na zajęciach, zaangażowania w trening i materiału ludzkiego. Bo na razie do dobrych aikidockich sal przychodzi więcej ludzi niż na dobre Tai Chi.

Przecież jest coś takiego jak “ścieżka” – ćwiczenie, które bezskutecznie próbowałem zaszczepić w warszawskim YMAA i, które tak fajnie sprawdza się na treningu Chuo Jiao Fanzi. Tę technikę pierwszy raz podpatrzyłem właśnie na pokazach Aikido. I urzekła mnie swoją historią od razu.

Ale do brzegu. Żwirek, czyli mój niedawno odzyskany wrocławski kontakt. Niemalże brat w szalu, bo obaj jesteśmy kibicami piłki obunóż kopanej i nawet identyczne barwy nosimy (wszak Śląsk Wrocław – jego drużyna – również ma wojskową proweniencję). I choć nasze kluby nie pałają do siebie miłością, to nie przeszkadza nam to w kontaktach. Obaj dużo ćwiczyliśmy w YMAA i ogólnie mamy ze sobą sporo wspólnego. Np. obecnie zaciekle machamy biczami.

Żwirek ćwiczy granie na harfie

I teraz okazuje się, że ów Żwirek wzbogaca swój treningowy życiorys o Aikido. Jak i dlaczego? Wszystko wyjaśni się w poniższym tekście, który wydobyłem z niego groźbą ujawnienia pewnych zdjęć z przeszłości (oczywiście żarcik). Zapraszam do lektury:

Pierwszy trening Aikido z punktu widzenia praktyka chińskich sztuk walki.

Dlaczego Aikido? Po pierwsze dwóch moich synów już tam chodzi. Sześciolatek ma treningi w poniedziałki i środy, starszy dziesięciolatek łazi we wtorki i czwartki – czyli ja spędzam w Dojo Piotra Mastalerza we Wrocławiu bite 4 godziny w tygodniu. Jako że z Piotrem znamy się już naprawdę wiele lat – czy to z Vortalu Budo, gdzie należałem do wielbicieli przygód Miszcza Mariana, czy też z sal Politechniki Wrocławskiej i Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie jako WF’iści spotykaliśmy się między zajęciami (on prowadził je z Aikido, ja z Tai Chi), z reguły znalazła się chwila, żeby poplotkować na tematy związane ze sztukami walki.

Piotr Masztalerz

Na jego propozycję, żebym przyszedł na trening kondycyjny, z którego filmy można znaleźć na jego Facebooku, przystałem z mieszanymi uczuciami… Nadmiar Qi (o jakieś 30 kg) w moim Dantien powodował niechęć do wykonywania gwałtownych ruchów, a przewroty jak się okazało później, są moją piętą Achillesa. No po prostu mam od razu od nich chorobę morską.

Ale „nic to” – jak mawiał mój ulubiony bohater Michał Wołodyjowski, co nas nie zabije, to może nas nawet wzmocni… I tak dwa miesiące temu rozpocząłem walkę z samym sobą na macie, co biorąc pod uwagę moje warunki, było i jest niemałym wyzwaniem.

No i nadszedł ten dzień, gdy pozazdrościłem moim dzieciom i również postanowiłem pojawić się na swoim pierwszym treningu Aikido. Trening jak każden inny – rozgrzewka, trochę rozciągania, a potem trening technik do końca. I tutaj pierwsze miłe zaskoczenie – ćwiczymy w parach, co chwila z kimś innym, takie trochę pole bitwy. Ty atakujesz, potem on i tak w kółko. Potem zmiana i znowu to samo. Jeden duży, drugi mały, silny, słaby. Po paru zmianach technika zaczyna być spontaniczna, nie masz możliwości dopasowania się do jednej osoby, zaczyna się praca odruchem: atak – przyjęcie i nasza technika, czyli skierowanie siły, może lepiej inercji ruchu przeciwnika poza obręb swojego środka ciężkości.

Aikido

I tutaj pojawiła się u mnie taka refleksja, że już to kiedyś przerabiałem. Seminarium z instruktorem YMAA Jeff Pratt’em w 1998 w Krakowie – nieśmiertelne Rollbacki, przez godziny treningu, tylko się w parach zmienialiśmy. Efekt był taki, że do dzisiaj to pamiętam, to wrażenie, że technika zaczyna być naturalna, spontaniczna, jest odpowiedzią na atak, a nie mechanicznym powtarzaniem schematu ruchu.

moje ulubione zdjęcie Żwirkowego ticzera

Przypominało mi to też wrażenia z Tuishou z Yiquanu, gdzie trzeba było być cały czas mega skoncentrowanym. W przeciwnym przypadku pięść, łokieć tudzież inny element ciała partnera uderzał w nasze obolałe ciało. Trening yiquanu pomógł mi też dostrzec pewną zasadę w Aikido, gdzie punkt kontaktu naszej ręki z ręką przeciwnika jest niezmiernie ważny, tyle że resztę sprawy załatwia się ruchem własnego środka ciężkości, zgranie tych dwóch elementów: punktu kontaktu i środka ciężkości jak podejrzewam, jest ich (aikidoków) świętym Graalem. No i to, co jest niewykorzystanym moim zdaniem elementem treningu w Tai Chi – w Yiquanie trening tuishou był zawsze starciem dwóch osób, z przyłożeniem siły i realnością. W Aikido podobnie – te techniki trzeba wykonać „prawdziwie”, a nie z komentarzem: ale ty tutaj używasz za dużo siły…

Wracając do tematu. Samo aikido, naszym językiem, to takie Chin Na z tarzaniem się po podłodze. Robiliśmy jedną technikę w różnych wersjach, od ćwiczenia w siadzie, po techniki w pozycji stojącej. Schemat i ruch na ogół ten sam, skala techniki tylko była coraz większa. I świetnie wyszło, że wcześniej chodziłem na treningi kondycyjne, przez co największy szok miałem za sobą…ćwiczymy na boso, co chwila lądujemy na macie…no z perspektywy treningu Tai Chi to jest pewna różnica. Chodzenie na zajęcia w ich strojach ma sens. W spodniach kolana od dresu wycierają się niemal od razu, a podbicia stóp do krwi…

Piotr Masztalerz

Wrażenia mega pozytywne, zwłaszcza że grupa ćwicząca u Piotra to skarb sam w sobie – ci ludzie są po prostu świetni. Nie ma to, jak wspólnie potarzać się na macie. Teraz co prawda przerwa z uwagi na Koronę Kielc… A nie, sorry koronawirusa (z Koroną Kielce w sumie wygraliśmy 2:1, ale żałosny mecz to był). Gdy sytuacja się unormuje, wracam z całą pewnością na salę dalej poznawać Aikido.

zdjęcia z sali

P.S. I jeszcze jedna rzecz, dla niektórych najistotniejsza – jak z realnością technik Aikido? Wiadomo, że uke – czyli podkładający się, przy zaaplikowaniu techniki wylatuje w powietrze niczym Jackie Chan. Po spróbowaniu na sobie…techniki same w sobie to dźwignie na stawy rąk. Biorąc pod uwagę dynamikę i siłę (wynikającą z ruchu całego ciała osoby broniącej się) zakładanej dźwigni atakujący przy próbie oporu skończy z wyłamanym barkiem, łokciem etc. Wiem, że są zastrzeżenia co do schematyzmu ataku, że nierealny etc. OK, to prawda, ataki są schematyczne, część z nich wynika z metod powstrzymania przeciwnika od wyciągnięcia miecza z pochwy, dlatego taki nacisk na techniki, gdy atakujący leci, żeby chwycić rękę broniącego się (dobrze jest to wytłumaczone w książce Piotra Mastalerza „Królestwo Kurzu”, którą serdecznie polecam).

Wielkim plusem treningu Aikido jest to, że umożliwia bezpośrednie starcie z partnerem, bez „markowania” technik. Tu jedzie się na full, zwłaszcza z atakiem (naszym językiem: tuishou z Tai chi vs tuishou z Yiquanu). Kłania się tutaj paradoks Kano. Moim zdaniem ćwiczący Aikido zyskuje to Coś, tę determinację, co niekiedy w zupełności wystarcza podczas sytuacji konfliktowej na ulicy. A że w sparringu to nie działa…cóż, oni nawet nie ukrywają, że nie ćwiczą sparringów.

moje zamiłowanie do porządku nie spełnie Aikidockich norm

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: