„Król kurzu”, taki tytuł nadał sobie Piotr Mastalerz — albo to może ja mu nadałem? Na własne potrzeby. Autor Książki „Królestwo kurzu”, choć na pewno nie powinienem się na tym skupiać, bo to akurat nie są najważniejsze z jego dokonań, to przecież zawołany Aikidoka, szef prężnie działającej szkoły (u nich to się Dojo nazywa, u nas po prostu sala), szósty Dan, nauczyciel tysięcy praktyków. W świecie „czarnych, szerokich spodni”, to człowiek instytucja. Przed laty bardzo lubiłem czytać jego posty na nieistniejącym już forum „Budo”.
Niedawno okazało się, że jest to człowiek mi bliższy, niż się wydawało. Żwirek – mój brat w sztuce, zna go bardzo dobrze. Teraz nawet nieco lepiej bo obecnie porzucił kungfiarskie łąki i ćwiczy Aikido. Żal, bo grono ćwiczących uczciwie jest niewielkie i utrata jednego z „kumatych” boli. Oczywiście cieszę się z jego … szczęścia, bo wygląda na to, że gość się jakoś tam odnalazł. Takie „Wyjście z szafy” mój wrocławski brat mi zafundował.

Ale do brzegu. Kiedy przeczytałem książkę Piotra (tu znajdziecie recenzje) pomyślałem sobie, że można by z tym człowiekiem zrobić wywiad. Tylko… „Królestwo kurzu” było książką tak kompletną i szczerą, że mogłem co najwyżej wywlec autorowi wnętrzności na podłogę i spróbować z jeszcze dymiących kiszek wywróżyć wynik meczu. Tyle że miałem świadomość, że podejście do Piotra z ostrym narzędziem może być trudne. Autentycznie – każdy temat wydawał mi się płytki.
Koniec, końców doszliśmy do wniosku, że pogadamy o byciu nauczycielem, o szkole. To chyba był dobry pomysł. Piotr pod tym względem należy do elity. Do wąskiej grupy ludzi, którym się udało stworzyć coś stałego. Ja abstrahuję od finansowej strony sukcesu, bo nie wnikam. Nie wnikam też w ilość pracy, którą trzeba w to wkładać. Nie wszyscy traktują w kategorii sukcesu sytuacji, w której samemu remontuje się kuchnie, wstawia drzwi… swoją drogą oni mają kuchnię w dojo! Już rozumiem dlaczego Żwirek tak lubi tam chodzić – ja na Tai Chi nie dostaję jajecznicy. No dobra, ostatnio było ptasie mleczko…

Wywiad okazał się sukcesem, pomimo że miałem obawy czy uda nam się złapać jakiś wspólny język. Właściwie byłby sukcesem, ponieważ źle skonfigurowałem mikrofon i w rezultacie mam świetny obraz, ale niczym za czasów braci Lumière – niemy. Cóż, szlag trafił materiał na YouTube.
Dobra, ale wstęp i lanie miodu trwa już za długo. O czym gadaliśmy? To znaczy – co mi z tego zostało?
O szkole. Podobało się mi szczere stwierdzenie, że szkoła jest tak skonstruowana, że duża grupa planktonu zarabia na komorne, by mała grupa miała warunki do zapieprzania. O tym, że skończyły się czasy wynajmowanych sal w szkołach — tak, to widzę od dawna. Tylko że Piotr ma w sobie ten ogień pozwalający mu na zdobycie i utrzymanie własnego miejsca. Ja go w sobie nie widzę, za dużo we mnie kunktatorstwa, liczenia i asekuracji — zupełnie nieprzystającej do kungfiarskiej wizji adepta.

Zadałem moje ulubione pytanie o to „jak bardzo można się sprzedać, by utrzymać szkołę?”. Okazało się, że Piotr tego tak nie postrzega, oni (czytaj Aikidocy) mają ofertę dla dzieci i to one robią tę masę. W Tai Chi nie ma takiej oferty, w większości stylów kung fu też posucha. Może jest w nas za dużo dumy? Tak, na pewno. Ileż razy słyszałem: „bo my ćwiczymy coś tak wspaniałego, że nie musimy tego czy tamtego”. To pycha, a ta, jak wiadomo, kroczy przed upadkiem.
O byciu nauczycielem. O różnicach między instruktorem, a nauczycielem. I o tym, jak czasami trzeba „wypychać” ludzi, żeby zaczęli uczyć oraz jak to niektórzy chcą uczyć za wszelką cenę. O deprecjacji wartości stopni, pasów. O budowaniu ego nauczyciela – i dlaczego nie jest ono zjawiskiem tak bardzo negatywnym? Bo czy zauważyliście, że w sporcie ważniejszy jest zawodnik, a trenera rzadko kto zna (choć ja zawsze znam nazwisko trenera Legii lepiej niż zawodników), a w sztukach walki jest inaczej – czasami „lineaż” nauczyciela znamy kilka pokoleń wstecz.
O wymieraniu… i to było smutne, bo będąc kilka dni później na pewnych warsztatach, widziałem jak na dłoni coraz starsze grupy „zaawansowane” i ludzi, którzy stoją w miejscu, a sami ćwiczą niejako z rozpędu. Mam nadzieję, że będę w stanie wyłapać u siebie moment, kiedy przestanę mieć ciąg na bramkę i zajmę się pisaniem pamiętników. Zaaaaraz… ja je piszę od 20 lat 🙂 Czyżbym jednak coś przeoczył?

Było o zgorzknieniu i potrzebie posiadania twardej dupy. O Aikipolo, zjawisku, które również w Tai Chi występuje bardzo nagminnie.
O uczniach. O wymieraniu grup, o ich bezwładności, czyli o ludziach, którzy przychodzą jeszcze z rozpędu, bo ćwiczyli tyle lat i czymś muszą zapełnić sobie czas. Także o tych, którzy przychodzą dla towarzystwa. O wielu typach opisywanych w jego książkach. I nawet o tym jednym typie, który pominął. Zwróciłem na to uwagę w poprzednim tekście. Okazało się, że obaj rozumiemy to dokładnie tak samo. Chodziło o krańcową niegodziwość (wiem są lepsze określenia, ale obiecałem Danusi nie przeklinać), o facetów zaczynających ćwiczyć, by zbliżyć się i wykorzystywać kobiety. Tak, to problem, widziałem taki sztandarowy przypadek. To było niskie.
O niewdzięczności, o znikaniu z sali bez słowa. I tu Piotr mi uświadomił, że w zasadzie sam robię dokładnie to samo. To było ciężkie do przełknięcia, ale prawdziwe, bo gdzie się podziało moje: „Nie czyń drugiemu…”.
O jego książkach. Książkach, które niezmiennie polecam, bo okazało się, że nawet prześmiewczy „Miszcz Marian” jest bardzo prawdziwy i osobisty. Naprawdę żałujcie, że tekst zniknął z netu i nie możecie poczytać o przemyśleniach Mariana oraz o historii poszukiwania prawdziwego i czystego Aikido.
O wspólnych znajomych… 🙂 ale to zostaje między rozmawiającymi.

Na koniec zebrałem jeszcze opierdziel. Delikatny, acz słuszny. Co prawda Piotr nazwał to fałszywą skromnością, ale mnie samemu w stosunku do siebie trudno jest używać takiego słowa. Natomiast faktycznie – pewności siebie mi brak.
1




I tak to… to była naprawdę dobra rozmowa i wyszedłby z tego dobry film. Na pewno lepszy niż mój tekst. Tego się niestety nie da powtórzyć. Choć mam nadzieję kiedyś na więcej.
I żeby być szczerym, obejrzałem sobie ostatnio kilka filmów o Aikido, takich gdzie Piotr uczy. I chyba rozumiem, dlaczego to tak mocno wciągnęło Żwirka. Oni robią rzeczy, których nam się nie chce. Dając siłę i wektor ruchu, pozwalają partnerowi ćwiczyć. Zaprawdę powiadam wam, brakuje nam tego. Zresztą co tu daleko szukać? Jeszcze niedawno Andrzej cisną mną o ścianę i wyjaśnił dobitnie na czym polega moje oszustwo w treningu. I znów muszę się przyznać do błędnych osądów. Więc, ja KO przyznaję, że czasami złe opinie o Aikido szerzyłem i mam za swoje. Ale „każdy z nas ma swojego jamnika”, ten nie jest moim największym.





Kurcze szkoda, że rozmowa się nie zapisała (nie da się jakoś podkręcić dzwięku ? podobno technika czyni cuda 🙂 )….książkę „Królestwo kurzu” przeczytałem zresztą po Twoim poleceniu na blogu :-). Z Aikido nie miałem nigdy nic wspólnego, ale to po prostu świetna książka, świetnie napisana dla każdego kto chociaż otarł się o świat SW….spotkasz kiedyś pana Piotra to pozdrów i przekaż żeby coś jeszcze napisał bo chłop ma talent nie tylko do Aikido, ale też do pisania…
Ja też żałuję… niestety, mikrofon był odłączony od toru nagraniowego. Jakkolwiek to brzmi, film jest poprostu niemy. Jedyna szansa to czytanie z ruchu warg… Niektóre frazy można odczytać bez problemu 🙂
Dzięki za to streszczenie. Znam Piotra i czytałam jego książkę, i też bardzo żałuję, że dźwięk zawiódł – bardzo chętnie posłuchałabym całości; kwestie szkoły i nauczania są mi bliskie. Pozdrawiam!
Co za mały jest ten świat. Wszyscy się znają… Pozdr KO