Najbardziej rozpoznawalną cechą Tai Chi jest wolne wykonywanie formy. W zależności od stylu, tempo jest albo wolne albo zmienne z przewagą wolnego. Te powolne ruchy, to jednocześnie wspaniała metoda treningowa, ale i przekleństwo całego stylu.
Przekleństwo, bo niestety stwarza złudne wrażenie łatwości ćwiczenia, Przyciąga to do sal treningowych masę ludzi, którzy nie mają nawet najmniejszej ochoty, by poćwiczyć cokolwiek więcej niż leniwe przemieszczanie się po sali. To niestety powoduje, że ci którzy mogliby trochę „szarpnąć” treningowo, nie mają czego na Tai Chi szukać, ciężko im się przez przebić ze swoim chciejstwem.
angola vs regional
Ale nie chciałem się tu użalać nad rzeczywistością, jest jak jest. O czymś innym chciałem.

Wydawać by się mogło, że powolny ruch jest występuje tylko w treningu Tai Chi. To nie do końca prawda. Oczywiście wielu dyscyplin nie da się ćwiczyć powoli. Jakoś nie wyobrażam sobie podnoszenia ciężarów , czy biegów (nawet tych wolniejszych – długodystansowych) ćwiczonych w slow motion (tak wiem, że istnieje „slow running” ale to nie to samo). Wiele sztuk walk także posiada formy nie nadające się do tego sposobu wykonania. Mimo tego znalazłem przykład powolnego ćwiczenia. I to, co ciekawe nie jest to chińska sztuka walki, a brazylijska. Oczywiście chodzi mi Capoerie – czyli osławioną sztukę walki pomieszaną z tańcem, uprawianą przez czarnoskórych niewolników w Ameryce Południowej (Właśnie? Dlaczego w Północnej nie uprawiali tego nie rozumiem… Mieli mniej wolnego czasu? Czy może bardziej przewidujących właścicieli?*).
Ja osobiście odróżniam dwie odmiany Capoeiry – Regional i Angolę** (słyszałem jeszcze o Carioce – ale o tym później). Ta pierwsza jest bardziej wyczynowa, szybsza i zbliżona do „realnego” tempa, a druga czyli Angola wolniejsza przez co nieco bardziej „odrealniona”. Jednak dzięki temu, że w Angoli można stosować dużo większy arsenał technik bardziej mi się ona podoba. Poniższy film prezentuje jogo (jogo to walka odbywająca się w rodo – kręgu). Można w nim podziwiać umiejętności ćwiczących.
Wyraźnie widać, że to wolniejsze tempo pozwala bardzo dużo przećwiczyć, wymaga niesamowitej kontroli ciała. Tu nie ma miejsca na to, żeby szybkością zamaskować własne błędy. Jest czas, żeby uspokoić umysł i nie wpadać w panikę, jest czas na poszukiwanie błędów.
Polecam szanownej uwadze taką ideę treningu. Może nie koniecznie Capoeire. Zresztą Angoli w Polsce jest mało, ale takie nastawienie na uważność, (ostatnio modne słowo to mindfullness — znaczy dokładnie to samo). Może warto, jest zrozumieć formę, a nie tylko bezdurno ją powtarzać. To przecież nie jest egzamin na prawo jazdy, nie wystarczy zapamiętać, zdać, zapomnieć. Do niczego to nie doprowadza. Widać, jaki jest poziom kierowców na ulicach szczególnie tych zaraz po otrzymaniu prawka. Trening powinien być, nigdy niekończącą się pracą nad zrozumieniem tego, co robimy.
carioca
Na koniec jeszcze kilka słów na temat „Capoeira – a sprawa polska”. Otóż jedną z odmian Copoeiry była Carioca. Coś na kształt wojskowej odmiany, pozbawionej muzyki i tego całego sztafażu, za to z elementami boksu i zapasów. „Wynalazcą” tej wersji był Agenor Moreia Sampaio (1891-1960), ale jakoś jego idee nie trafiały na podatny grunt. Pomysł umarł razem ze swoim twórcą.
I teraz uwaga, słowo „Carioca”, pada w przedwojennej polskiej komedii. Otóż, grający tam Adolf Dymsza grożąc swojemu rozmówcy mówi „Uważaj, bo zatańczę z tobą cariocę”. Oczywiście „tańczyć cariocę” brzmi podobnie jak „Jestem mistrzem pierwszego bokserskiego kroku” z Seksmisji, ale… Skąd scenarzysta wiedział, że w takim kontekście można użyć tego słowa, i że widzowie go zrozumieją? Ta tajemnica zapewne nie zostanie już nigdy rozwiązana.
1





Dziękuję, że rozważasz wsparcie mojego projektu — to już naprawdę dużo.
Zbieram fundusze na wyjazd treningowy do moich azjatyckich Nauczycieli. To nie jest wycieczka, tylko realna praca — chcę studiować Tai Chi i pchające ręce u źródła, tam gdzie te metody są wciąż żywe i przekazywane bezpośrednio w czystej formie.
Najważniejsze jest jednak to, co dzieje się później.
Zdobyta w ten sposób wiedza nie zostaje „dla mnie”. Wraca razem ze mną — na treningi, warsztaty i spotkania. Dzielę się nią z uczniami, sprawdzamy ją w praktyce, upraszczamy, czasem rozbieramy na części pierwsze. Dzięki temu wszyscy idziemy krok dalej.
Od lat składam tę wiedzę z fragmentów — z treningów, rozmów i własnych doświadczeń. Taki wyjazd to szansa, żeby poukładać to w spójną całość i przekazywać ją dalej w bardziej świadomy sposób. Jeśli zdecydujesz się dorzucić choćby drobną kwotę — naprawdę, nawet symboliczną — pomagasz nie tylko mnie, ale całej grupie osób, które z tej wiedzy będą korzystać.
Dotychczasowe realizacje:
- 2017 – Guangzou – Chiny
- 2018 – Tajwan
- 2019 – Guangfu – Chiny (pierwsze spotkanie z mistrzem Zhai Wei Chuanem)
- 2024 – Guangfu – Chiny
- 2026 – Quzhou – Chiny (przyjęcie w poczet osobistych uczniów mistrza Zhai Wei Chuana)
- 2026 – Miri – Malezja Borneo – (rozpoczęcie nauki u mistrza Anthonego Yapa)
Plany
- 2028 – Chiny i Borneo – (kontynuacja nauki u mistrzów Zhai Wei Chuana i Anthonego Yapa)
Każda wpłata, nawet ta najmniejsza, ma dla mnie niebagatelne znaczenie. I za każdą jestem szczerze wdzięczny.
Dzięki 🙏
PS. Poszukałem dalej. W latach trzydziestych modny był, pochodzący z Brazylii, taniec o nazwie „Carioca” – to chyba bardziej prawdopodobne rozwiązanie.
∗ Są archiwalne film umiejscawiające podobne praktyki w różnych częściach Ameryki Południowej i Karaibów. Ale widziałem nic o Ameryce Północnej.
** Nie jestem tu fachowcem moją wiedzę opieram na obserwacji (siłą rzeczy bardzo pobieżnych) grupy, która przez dwa lata wynajmowała salę przed nami.







KO przyjmując na salę kolejną panią księgową może ocięciwiać z ujmującym uśmiechem Dianę, po czym zaczynając delikatnie wybijać rytm strzałą na cięciwie mówić: najpierw zobaczymy, czy ma pani miód w biodrach. Ostatnio się dowiedziałem, że w łódzkich zakładach Wessy produkowano również model łuku o nazwie „Diana” a za logo miał on czarnoskórą panią w czerwonych majteczkach dzierżącą łuk – jeszcze lepiej 😉
BTW carioca chyba znaczy po prostu „z Rio”, czy „rioski” / „rioska”
Ja tam jestem wierny swojej Danie