Wspomnienie

Tak na wspominki mnie naszło. Ponad dziesięć lat temu poznałem Tomka. Pojawił się kiedyś na treningu, na Polu Mokotowskim, przy okazji wizyty mistrza Hong Zhi Tiena i tak został. Wielokrotnie miałem okazję pogadać z nim po treningu. Mieszkał niedaleko mnie i często podwoził mnie kawałek w stronę domu. Duża wiedza i takie uczciwe podejście do treningu.

Ale nie to było najważniejsze w naszej znajomości. Otóż pomimo tego, że Tomek swoimi możliwościami już na starcie przewyższał mnie wyraźnie, to bardzo często, kiedy mieliśmy robić coś w parach, to właśnie mnie wybierał na treningowego partnera. „To choć KO, poćwiczymy”. Można powiedzieć, że był partnerem idealnym. Nie wyżywał się na mnie, ale wymagał większego wysiłku i zaangażowania. Kiedy już traciłem siły (a dla mnie Tomek fizycznie był nie do zagonienia) mawiał: „Dobra, złap oddech i spróbuj jeszcze raz”. I nie było przebacz… dawał mi czas na trzy, cztery wdechy i dalej wracaliśmy do okładania się pięściami (lub innych równie ezoterycznych technik).

Tomek ćwiczył całe swoje życie, choć może powinno się powiedzieć inaczej, bo praktyka była całym jego życiem. Pochodził z czasów, na które ja się nie załapałem. Kiedy jeszcze nie myślałem o tym, że warto się pocić na okolicznym trawniku i zawsze miałem tysiąc wymówek, żeby coś ćwiczyć. Z czasów, kiedy nie wystarczyło zapłacić miesięcznej daniny dla trenera, a trzeba było jeszcze dawać dużo z siebie. Bo nie było internetu, jutuba i wszystko trzeba było wyszarpać.

Zawsze dopingował mnie i Młodego do szybszego biegu, do mocniejszej pracy. Sam też się nie oszczędzał. Z ciekawych porad Tomka mogę jeszcze zacytować jedną: „Baw się tą formą”. Myślę, że nadal jeszcze w pełni jej nie zrozumiałem.

po lewej

Zazdrościłem mu tego jak ćwiczył formy i jak szybko łykał, niczym przysłowiowa żaba muł, Marka poprawki. Nie wiedziałem w zasadzie, jak dużo treningu ma już za sobą. Był tak bardzo pozbawiony ego, tego w złym jego znaczeniu, że nigdy mi o swoim treningowym stażu nie wspomniał. Nigdy się nie chwalił ani umiejętnościami, ani pozycją w „stadzie”.

Ostatni raz, kiedy się widzieliśmy, trafił mnie dość boleśnie w twarz. Oczywiście, żadnej w tym jego winy. To ja wpadłem na genialny pomysł, by zablokować jego technikę własną szczęką. Podejrzałem na jakimś filmie, ale nie wyszło… to znaczy nie do końca. Trafienie było czyste, neutralizacja nieudana, usta pęknięte. Tomek powiedział wtedy: „Oddasz mi następnym razem”. Wiszę mu to nadal…

I to w zasadzie wszystko w tej opowieści…

Tomek

Jest tu tylko jeden wniosek. Czasami mamy szczęście spotkać na swojej drodze ludzi, którzy pozostawiają w nas bardzo mocny ślad. Ważne, żeby w tej mniej czy więcej bezimiennej masie, która nas mija ich nie przegapić.

KO

Autor niniejszego bloga. Może nie jestem mistrzem, ale piszę o tym co robię i co mnie fascynuje. Jestem fanatykiem spędzania czasu na ćwiczeniach różnych ciekawych systemów treningowych. Ćwiczę Tai Chi, Qi Gong, Chuo Jiao Fanzi, łuk, bicz, rzucanie nożem i w zasadzie co się da... Jeśli chcesz ze mną poćwiczyć daj znać...

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: