Pata-Taj gong

W zeszłym tygodniu rzuciło mnie w Bieszczady. Zaprosił mnie Tomek – pan tutejszych trawników (zwanych połoninami) i zaklinacz koni. Jakiś czas temu napisał do mnie maila z pytaniem, czy nie wpadłbym na tydzień pouczyć Tai Chi w ramach obozu jeździeckiego organizowanego w jego stadninie koni. Miejsce docelowe – Ośrodek Górskiej Turystyki Jeździeckiej „POŁONINY” w Żubraczem. Hmm… Żubracze, to miejsce o istnieniu którego do tej pory nie miałem bladego pojęcia. Spojrzałem na mapę, zobaczyłem plamę zieleni niebezpiecznie blisko krawędzi dysku – znaczy się koniec świata. Decyzja była natychmiastowa – jadę.

Zdzwoniliśmy się z Tomkiem i dogadaliśmy szczegóły. Zaproponowałem tylko, żeby zamiast Tai Chi zrobić Qi Gong. Z reserchu wyszło mi, że w ośrodku stosuje się naturalną metodę pracy z koniem, polegającą bardziej na współpracy ze zwierzakiem niż na wymuszaniu jego reakcji. Absolutnie mi to nic nie mówiło, ale pomyślałem sobie, że może Zhan Zhuang i elementy Qi Gongu Naturalnego bardziej będą tu pasować? Próba przekazywania podstaw Tai Chi w tydzień, osobom spoza tego kręgu zainteresowania, jest raczej skazana na porażkę. Nie chciałem się ograniczać do nauki zewnętrznej warstwy formy.

Żubracze, stan według mapy wojskowej z 1938

Dojazd, w miłym towarzystwie Ewy, upłynął błyskawicznie (przynajmniej dla mnie, bo nie siedziałem za kierownicą). Samo Żubracze jest wsią ulokowaną na stoku Hyrlatej (jeszcze o niej będzie inną razą) i wzdłuż rzeki Solinki. Siedzi tam sobie już od 1551 roku, ale na próżno szukać tam jakiś zabytków. W 1946 wieś została doszczętnie spalona. Później spotkało ją to samo, co jej podobne w tej okolicy, po wojnie. Aaaa i jeszcze ważne – w okolicznym Majdanie mieści się stacja wąskotorowej kolejki bieszczadzkiej wożącej ongiś drewno, a obecnie turystów.

Na miejscu początkowo czekał na mnie kubeł zimnej wody, i to wcale nie chodziło o kąpiel w szumiącym pod domem strumieniu, o wyjątkowo trafnej nazwie Huczek. Okazało się, że nie ma planu dnia! No, to mi się zdarzyło pierwszy raz. Zazwyczaj na wejściu dostawałem rozpiskę i wiedziałem co, gdzie i o której. Wiedziałem kiedy mam wydzielać soki żołądkowe, żeby trawić, a kiedy serotoninę, żeby spać. Ale rozumiem. To przecież impreza jeździecka i wszystko jest podporządkowane pod zajęcia z końmi – dodatkowo przez pierwsze dwa dni pogoda niezbyt dopisała, potrafiło lać. To takie taoistyczne, zajęcia zaczynały się wtedy, kiedy pojawiał się odpowiedni na to czas.

Drugie ździwko dotyczyło ludzi. Ja wcześniej nie miałem żadnego kontaktu z koniarskim towarzystwem. No, może poza serialem „Karino”. Wyobraźnia podsuwała mi sztywne „damy” w obcisłych bryczesach, wysokich butach i toczkach, za co najmniej 5 stówek od sztuki. A tu nie! Miejscowy dress code był zupełnie luzacki, czyli noszę co mam. Z dnia na dzień coraz bardziej swobodny. I to nie tylko w czasie „wolnym”, ale i na jazdach zdarzały się zupełnie nieoczywiste stylizacje. Dresy, polary i „piżamy” łączone z jeździeckim obuwiem i kaskami. Dopiero na dziesięć minut przed powrotem, mile zaskoczyły mnie sukienki (tak, tak, chłopaki zazdrośćcie mi, większość tego środowiska, to kobiety i to fajne, przynajmniej tu). Ten luz mnie cieszył, przecież moja sylwetka lepiej toleruje wory niż rurki.

na padoku po deszczu

Nie oczekiwałem też zbytniego zainteresowania moimi produkcjami. Więcej, liczyłem się z tym, że sam pomysł połączenia Qi Gongu z obozem jeździeckim, to raczej chwyt marketingowy i będę miał dużo czasu na pętanie się po okolicznych szczytach. A tu nie (tj, czas na pętanie się – na szczęście się znalazł). W zasadzie wszyscy zaangażowali się w trening, w dużo większym zakresie niż oczekiwałem. Również wyjątkowo mocno w trening zaangażowani byli gospodarze. Tomek i Justyna na każdy trening stawiali się pod pełną parą, niczym niegdyś lokomotywka pobliskiej leśnej kolejki.

Z treningiem chyba trafiłem. W każdym razie tak twierdził Tomek. Zhan Zhuang, czyli ćwiczenia w bezruchu nastawione na wzmocnienie ciała i budowę umiejętności jego odczuwania, przypominały mu zasady utrzymywania się na koniu. Natomiast ćwiczenia w stylu „Zagarniania wody” – powodowały lepsze zrozumienie zasad kierowania koniem. W każdym razie, według Tomka, bo ja starałem się być nieco bardziej krytyczny.

ciężko jest konkurować z takimi atrakcjami
ale mimo to, na treningi przychodziło dużo osób

Ale kiedy przysłuchiwałem się jego komentarzom (a nie dało się tego nie słyszeć, uczyli go prawdziwi kawalerzyści i mu trochę zostało), okazywało się, że używamy podobnych metafor. Starałem się nawet do nich stosować. Na przykład: moje siedzenie na desce zamieniałem na dosiad.

Jestem, co prawda, trochę powściągliwy jeśli chodzi o przenoszenie jeden do jednego zasad Qi Gongu na jazdę konną, ale jeśli taki fachura uważał, że to pasuje, to wypada mi wierzyć.

dziwnie to wygląda, ale ma sens… nauka kierowania koniem

Koniec końców, ćwiczyliśmy nawet więcej niż początkowo planowaliśmy, bo do przedpołudniowego Qi Gongu dołożyliśmy jeszcze wieczorną sesję pięciu ćwiczeń podstawowych z Tai Chi Wu/Hao. Ja i tak bym ćwiczył, więc powiedziałem, że jeśli ktoś ma ochotę, to może dołączyć. I tu też miałem dużą frekwencję, raz się nawet pojawiła była uczennica Żwirka, która ćwiczyła u niego w czasach swoich wrocławskich studiów. Zmartwiła się, kiedy usłyszała, że ten porzucił Tai Chi dla Aikido.

Sama naturalna metoda pracy z koniem przypomina naukę nawiązywania relacji ze zwierzęciem. Początkowo myślałem, że koń mając jakąś „przyjacielską” relację z jeźdźcem, chętnie realizuje jego widzi misię. Na przykład skręca tam, gdzie chcę. Nie bardzo wierzyłem w opowieści, że koń potrafi zareagować nawet na zmianę kierunku patrzenia. Teraz już nie jestem tego tak bardzo pewien. Ostatecznie samo obrócenie głowy już powoduje zmianę nacisku w naszym ciele. Czy koń to odczuwa?

Okazuje się, że koń ma skórę cieńszą niż człowiek. Potrzebuje dużo mniejszego impulsu do działania niż my. Wyobrażam więc sobie, że niewielkie zmiany w nacisku ze strony jeźdźca potrafią do konia dotrzeć. Czy koń jest w stanie odczuwać zmiany ciężaru na poziomie intencji? Wybaczcie mi, ale nadal jestem sceptykiem. Choć widziałem już w życiu różne rzeczy i jeśli tak jest, to z przyjemnością przyznam się do błędu. Mogę nawet za karę nie oglądać jednego meczu Legii (na żywo).

Argumentem za tym, że do konia nie potrzeba kija, jest fakt, że widziałem jak radę dawali sobie ludzie, którzy niekoniecznie znali konie osobiście. Jeździec musi chcieć wykorzystać naturę konia. Musi się nauczyć go czytać. Może pod tym względem jest jakaś korelacja z Tai Chi? Coś więcej niż trzymanie głowy w chmurach i tyłka na desce. Myślę też, że w tej całej metodzie potrzebny też jest specyficzny koń. Spokojny, zaopiekowany i szczęśliwy, a takie mieliśmy do dyspozycji. Wypasione na okolicznych łąkach, spędzające mało czasu w ciasnych boksach i nie przeeksploatowane.

konie mają tu dobre życie

Udzieliło mi się trochę tej „magii” i chyba drugi raz w życiu wdrapałem się na siodło. Tam, w siodle, jest spokój i cisza (dopóki ten koń idzie stępa oczywiście), na więcej Tomek mi nie pozwolił. Może i dobrze, jeszcze by mi się spodobało? Gorzej było wrócić na ziemię. Bez fachowej pomocy zostałbym tam na zawsze.

trening na sucho… czyli jazda konna bez konia

Jeszcze słów kilka o prowadzących. Główną rolę pełnił tu wspomniany już Tomek – wiedza, umiejętność, doświadczenie. Wszystko na poziomie 130%. W przekazie luz. Z przyjemnością obserwowałem Tomka przy pracy. Potrafił dosadnie, w żołnierskich słowach, przekazać wiedzę i opanować grupę. Z tylnego siedzenia wodze trzymała Justyna, trochę przeciwieństwo swojego partnera. Równie trafnie potrafiła spuentować jakąś sytuację na padoku. Oprócz tego, to dzięki niej mieliśmy siłę do tych różnych aktywności. No i był jeszcze Jasiek, trochę nieoczywisty, ale całkowicie niezbędny element w tej całej układance.

Tomek, 50% kowboja + 50% kawalerzysty – 100% fajnego gościa

Dzień treningowy był szczelnie wypełniony. Zazwyczaj były to dwie jednostki pracy z końmi i dwie moje (plus przedśniadaniowa medytacja). Jeszcze raz podkreślam, że frekwencja było wyjątkowo wysoka. Szybko też udało mi się złapać flow z grupą. Ćwiczyliśmy na luzie, starałem się nie naciskać na opanowanie materiału. Jeśli ktoś z grupy wyniesie z tych zajęć dwa, trzy ćwiczenia, będę miał poczucie spełnienia misji. Może kiedyś to ziarno zakiełkuje, choć wiem, że konie zjedzą każdą, co bardziej soczystą kępkę trawy. Ci ludzie mają swoją zajawkę, są w nią wkręceni na maksa i wciśnięcie tam jeszcze jednej aktywności nie musi się udać. Konie to bardzo pozytywny (w tej bieszczadzkiej wersji przynajmniej), ale wymagający zaangażowania i czasu sposób na życie. Tak samo jak Tai Chi. Zawsze coś będzie na drugim planie.

Nie mniej jednak liczę na jeszcze, na następne takie okazje. Mimo wszystko będę siał…

takiej sali treningowej zazdroszczą mi wszyscy

Ps. Niniejszym Ośrodek Górskiej Turystyki Jeździeckiej „POŁONINY” w Żubraczem trafia na listę miejsc, gdzie warto ćwiczyć. KO tam był – Polecam.


1

Organizuję wyjazd treningowy do Chin (Guangfu 2024).
Jeśli podoba Ci się moja działalność – możesz mi pomóc rozwijać moją pasję! Postaw mi kawę (kliknij obok).
Dziękuję.


2 komentarze do “Pata-Taj gong”

    • Żurawiejek nie – a pokazywał mi czego go uczono z władania lancą… dyskutowaliśmy jeszcze o tym czy to ruch bardziej pasuje do rozczesywania grzywy czy ogona. Chwytanie końskiej uzdy się Tomkowi nie podobało.

      Jeździec siodło tyłkiem grzej, wiatr mu w twarz dmucha,
      Tai Chi w parku poćwiczy, spokoju w duszy poszuka.

      Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz