Worek pod gwiazdami

Po krótkiej przerwie znów wylądowałem na delegacji. Po przyjeździe okazało się, że moja salka, o której pisałem wcześniej (zobacz tutaj -> prywatna sala), jest niedostępna. Zaraz po nowym roku weszli tam robotnicy i ocieplili dach watą mineralną, ale jeszcze jej nie zabezpieczyli. Tak więc w powietrzu unosi się rakotwórczy pył i trenowanie na poddaszu byłoby niebezpieczne dla zdrowia. Trochę mnie to zmartwiło, bo załatwiłem inny, tym razem cięższy, worek i myślałem, że będę mógł się na nim zresetować po ciężkim dniu pracy.

Na szczęście zrobiło się ciepło (tj. lekko powyżej zera) i ustał wiatr, w związku z tym V. (przypominam – kolega, u którego mieszkam na czas delegacji) zaproponował, żebym powiesił worek na stelażu do huśtawki bezpośrednio przed jego domem.  I tak raz, dwa i wisi. Miejsce fajne, osłonięte od wiatru i jest światło od domu. Jest nawet miejsce, żeby zrobić formę i to z widownią, bo trawnik akurat na wprost okna, za którym moi pracowici koledzy wraz szefostwem za stołem siedzą (szef nawet nazajutrz wyraził szacunek 🙂 )

worek
worek w pięknych okolicznościach przyrody

Worek jest lekko gumowany, więc powinien spokojnie wytrzymać przechowywanie go na dworze, na wszelki wypadek po treningu zdjąłem go z łańcucha i postawiłem na ganku pod dachem, zostawiłem go też taśmie, którą sprzedawca zabezpieczył go na czas transportu. Tak więc, gwiazdy nade mną (a dużo ich tam, dużo), wokół las, psy szczekają, a przede mną worek.

The_Garden_by_Minnhagen
tak będzie wyglądał mój ogród jak już wygram w totka… pierwsza ścieżka będzie prowadziła do samotni, druga do siłowni z basenem, trzecia na plac treningowy, a czwarta do sauny.

Bicie w ciężki worek (mój waży 12.5 kilo, więc tak naprawdę jest średni), to zupełnie inna para kaloszy niż ten śledzik, który miałem do tej pory do dyspozycji. Taki worek jest dużo bardziej wymagający. Przede wszystkim siłowo.

worek pod gwiazdami

Ostatnim czasem jestem zafascynowany workiem jako przyrządem treningowym, ale należy pamiętać, że to nie wszystko. Dziś po worku poćwiczyłem jeszcze tak zwane ręce, czyli uderzanie w powietrze (oczywiście nie od razu, nie jestem harpaganem, trochę odpocząłem). W większości są to ćwiczenia rodem z Chuo Jiao Fanzi, ale na koniec zmieściłem jeszcze trochę powtórzeń do jingu Taiji. To naprawdę inne odczucie. Jeśli po worku ręce drżą, to jest to zupełnie inna amplituda niż po ćwiczeniach w powietrze. Można powiedzieć, że po worku ręce drżą, a po ćwiczeniach w powietrze – wibrują. Tak więc brak worka nie jest żadnym wytłumaczeniem. Nie zaniedbujcie ćwiczeń bez tego przyrządu, one też mają swoją wartość.

…z pozdrowieniami ze wschodu… KO

PS. Mam nadzieję, że spaliłem tego naleśniczka z obiadu..

4 Replies to “Worek pod gwiazdami”

  1. Składam najważniejsze elementy wpisu:
    – ręce (dłonie) Ci wibrują
    – masz delegacje na wschodzie
    – zyskałeś uznanie szefa
    Niedługo awansujesz i zamiast chodzić na 8 do pracy, będziesz odbierał zakopertowane zdjęcie człowieka z czerwonym krzyżykiem po czym wyjeżdżał na parę dni.. A zanim zamkną oczy na zawsze będziesz im zadawał zawsze to samo pytanie: „czy myślisz, że spaliłem tego naleśniczka z obiadu?” 😉

    1. A chciałem napisać o energetycznym aspekcie walenia w worek 😉 . No còż muszę jeszcze dużo pracować nad formą przekazu… 😉

    2. Wibracje dłoni są niekiedy ściśle związane z konsumpcją rytualnego napitku popularnego na Wschodzie… 😉

      P.S.: Ten anioł zagłady pośrodku ogrodu to manekin do ćwiczeń??

      1. Ostatnio muszę stronić od napojów… wypijam tylko butelkę tygodniowo. Butelkę widziałeś więc wiesz, że to niewiele.

        Anioł będzie miał nieco inne proporcje… właśnie nad tym pracuje.

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz