Piątkowy wieczór – zabawa z piłeczkami

To będzie następny tekst z serii: „Proste przyrządy treningowe”. Tym razem będzie o małych, miękkich piłeczkach. Wiem, o piłeczkach już było: o piłeczkach do ściskania, o kulach do kręcenia wiele razy i o dużej piłce do turlania po ścianie. Piłka to jednak bardzo wdzięczny obiekt treningowy i zastosowań ma duuużo. Już od dłuższego czasu noszę się z chęcią, by napisać coś o piłce lekarskiej.

depositphotos_73834349-Illustration-of-juggling-clown-girl
żonglerka

Piłeczki na trening przytargała Aśka (1/2 znanej grupy przestępczej AA, ta bardziej… wygadana połowa). Początkowo miałem wrażenie, że chce się nauczyć żonglować  piłeczkami. Małe, miękkie i kolorowe, niczym jaja norweskiego smoka skalnego.

żonglerka

Z samego żonglowania nie należy się śmiać, to świetna technika relaksacyjna. To taka medytacja w ruchu. Jeśli nie oczyścimy umysłu i nie „połączymy” się z piłeczkami, to nici z żonglowania. Swojego czasu byłem na szkoleniu mającym na celu wykształcenie umiejętności łatwiejszego generowania rozwiązań problemów. Taki hamerykański system, nakierowany na poprawienie wydajności pracy. Dwa dni, po 10 godzin dziennie. I tam wykładowca powiedział coś ciekawego. Stwierdził, że jeśli jesteśmy już zmęczeni jakimś problemem, to należy go na jakiś czas odstawić (ile razy mówiłem moim szefom, żeby poczekać, problem się sam rozwiąże 😉 ) i zająć się czymś fizycznym np. bieganiem, Tai Chi, podnoszeniem ciężarów.

Ale za najbardziej „korporacyjny” sport uznano właśnie żonglowanie. I nic dziwnego, piłeczki są tanie, a samo żonglowanie nie wymaga dużo miejsca, a „tanio” i „bez wychodzenia z biura” to są słowa, które podniecają każdego szefa. Tak więc co 50 minut mieliśmy przerwy na 10 minut podrzucania kolorowych piłeczek. Co jakiś czas robiliśmy testy, które wykazywały, że to pomagało w procesie kreatywnego myślenia.

Praktyka kopnięć
KO, piłeczki i piątkowy wieczór na Polach Mokotowskich.

I tak żem się rozpisał… a miało być o piątkowych zabawach kulkami na Polach.

W ten piątek nie było Marka, więc spotkaliśmy się w bardzo małym gronie i, jak to przy takich okazjach bywa, trening nie był kanoniczny. Owszem był Yi Jin Jing, Ji Ben Gong czyli standard treningu, ale były też rzeczy, których normalnie na treningach nie robimy. Myślę, że to żaden grzech.

praktyka kopnięć

Tym razem ćwiczyliśmy kopnięcia na piłeczkach. Jedna osoba rzucała (torem stromym jak z moździerza), a druga kopała, ale nie byle jak. Kopnięcie do wewnątrz lub na zewnątrz, jak w Ji Ben Gongu, a na koniec jeszcze mandarynka – w moim wydaniu bardziej była to karolinka (tak, wiem, że slangiem nadaję).

To fajne ćwiczenie, choć organizacyjnie trochę mało intensywne. I jeszcze trochę uzależnione od rzucającego.

To nie jest praktyka na co dzień, bo mimo wszystko spory element zabawy w tym jest. Nie mniej jednak, już po kilku technikach, widać postęp. Kopnięcia na piłeczkę przestają być przypadkowe, a zaczynają przypominać to, chcesz wykonać i wyraźnie wzrasta celność.

Kto wie, może to dobry patent, żeby się z dzieciakiem pobawić, a przy okazji potrenować? Ale podobało mi się… można się spocić i wierzę, że nauczyć czegoś też.

Grupie AA życzę połamania … co tam tylko ma ochotę sobie połamać. Mam nadzieję, że nauczycie się jakichś nowych ciekawych pozycji.

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: