Niezwykle aktywny Warszawiak z kijem w ręku

Wyobraźcie sobie to tak. Warszawska Praga, i to TA PRAGA… i tam ludzie z kijami w ręku. Taki obraz aktywnego Warszawiaka nakreślił już w tekście piosenki Stasiek Wielanek (Kapela Czerniakowska i te rzeczy…). Ale tym razem nie o tym.

Po kolei… miasto*1 finansuje coś takiego, co się nazywa „Aktywny Warszawiak”. To program, w ramach którego organizuje się różne formy propagowania aktywności fizycznej. Co prawda, najwięcej jest tam aktywności bardzo prostych, takich jak spacery z kijkami. Ale i tak chwała „miejskim” za to, co się dzieje. Naprawdę. Sprawdzajcie w necie gdzie i co można ćwiczyć, bo czasami na takich zajęciach trochę pusto.

*1 – oficjalnie pod słowem „miasto” rozumiem włodarzy Warszawy, a nie tutejszą mafię, choć łatwo jest się pomylić.

jak znam życie, projekt znaku kosztował więcej niż rok zajęć Tai Chi

I w ramach tych zajęć ja znalazłem pewną perełkę. Pamiętacie, jak niedawno pisałem o pewnym wydarzeniu w Muzeum Azji i Pacyfiku — czyli o pokazach i warsztatach japońskiej szermierki? Okazało się, że chłopaki ze szkoły Kenseikan, załapali się na wsparcie miasta i prowadzą otwarte zajęcia szermierki. Postanowiłem spróbować. Z bólem serca musiałem trochę przeorganizować swój plan treningowy (Nobla dla kogoś, kto wymyśli gumowy czas), ale załapałem się na kilka treningów prowadzonych w szkole, nieopodal ulicy Stalowej. Przyznam się, że to właśnie bliskość domu była dla mnie bardzo zachęcająca.

Prowadzącym okazał się Bartłomiej Szczypek. Zdążyłem go poznać w MAiP, gdzie pełnił trudną funkcję bramkarza wpuszczającego na warsztaty. Jako ticzer, okazał się kompetentny i dokładny, a jednocześnie potrafił wprowadzić atmosferę luzu. Trochę to było tak, że obawiałem się takiego „karateckiego” drylu, typowego dla wszelkiej „japońszczyzny” – no wiecie, siedzenie w seiza, kłanianie się i pompowanie za najdrobniejsze „wykroczenie”. Było jednak spoko, nawet mogłem ćwiczyć w lekkich butach, bo jakoś do latania boso po sali nie jestem przekonany. Bartek (jeśli mi wolno tak napisać) dawał sobie radę nawet w sytuacji, kiedy na sali pojawiał się ktoś nowy. To akurat trudne… kiedy grupa już coś umi (buhahaaa) i przychodzi zupełnie newbie, którego jakoś tak wypadałoby zagospodarować.

Bartłomiej Szczypek i trening cięć… wyjątkowo widowiskowe jest to ostatnie cięcie 🙂 (ta poezja rozwijającej się maty, jako apoteoza zmienności życia – czy jakoś tak?)

Czego się uczyliśmy? Troszkę etykiety, ale naprawdę minimum — ciekawe czy mają tego więcej? Cztery podstawowe cięcia, jedna zasłona, jedno pchnięcie. To wszystko z krokami do przodu i do tyłu, i trochę kombinacji. Materiału, wydawać by się mogło, niewiele, ale dzięki temu każdy coś z tego wyniósł — przynajmniej ja tak czuję. Pokazane tak, że spokojnie mogę sobie to powtórzyć w parku. Układanie własnych kombinacji, z tych kilku technik, sprawiało mi to sporo frajdy. Najbardziej mi się podobały akcje polegające na atakowaniu mieczem w trakcie wyciągania z saya (tak się chyba nazywa ichnia pochwa na katanę). Powtarzam to sobie.

kupię se taki kapilinder i będę robił za mistrza

To, co mnie się podobało najbardziej, to fakt, że bardzo szybko mieliśmy okazję ćwiczyć z partnerem. Na początku jako ułożoną akcję, ale z biegiem czasu ta akcja robiła się coraz bardziej „swobodna”. Było jednak bezpiecznie. Niby tych treningów nie było dużo. Jednak wyraźnie czuję, że pod koniec nie używałem już tak dużo siły do machania bokkenem. Subiektywnie – odczuwam pewien progres.

ooo, takie cięcie też ćwiczyliśmy, tylko nazwy nie pamiętam, wszystkie mi się z sushi kojarzyły

Na koniec Bartek zorganizował nam nawet sparingi. Były lekkie kaski i miękkie imitacje mieczy. I oczywiście dużo zabawy, ale bez zbędnej błazenady. Dwa sparingi wygrałem ledwo, ledwo – dwa do trzech. Jeden, niczym reprezentacja Polski w piłce kopanej, przegrałem. Prowadziłem już dwa zero, by koniec końców przegrać z mieczem wytrąconym z ręki. Jak to powiedział czarny bohater kultowego „Stalowego świtu” z Patrickiem Swayze? – „… bez mojego miecza, jestem niczym” (i tu skonał widowiskowo). Ja uniosłem swój wstyd w stronę stacji metra.

To, czego uczy się w szkole Kenseikan, wygląda na sztukę czysto użytkową. Oczywiście, o ile w obecnych czasach sztukę machania mieczem można tak traktować. Więc każdy, kto nie chce uczyć się sztuki walki zawieszonej w niebycie, mającej za to sens (abstrahując od „ulicznej skuteczności”) odnajdzie się tam bez trudu.


1

Organizuję wyjazd treningowy do Chin (Guangfu 2024).
Jeśli podoba Ci się moja działalność – możesz zostać moim mecenasem! Postaw mi kawę (kliknij obok).
Dziękuję.


Naprawdę jestem za. Czuję niestety, że bym się tam odnalazł. Niestety, bo absolutnie nie znajdę obecnie czasu na rozwijanie tej praktyki. Pozostanę na okazjonalnym machaniem drewnianym bokkenem, ciesząc się, że trochę lepiej leży mi on w ręku. Nigdy nie wiadomo, czy kiedyś w przyszłości nie okaże się on podstawowym atrybutem przygiętego do ziemi emeryta? Wszak stare ormiańskie przysłowie mówi: „Podnieś kij, a pies i złodziej zrozumie, czego może się spodziewać„. Jakby jeszcze politycy mieli w sobie tyle rozumu co psy, dałoby się jakoś ten świat naprawić.

nie zaniedbywaliśmy chwili medytacji

Żeby podsumować. Szkoła Kenseikan oficjalnie trafia na moją listę dobrych szkół, które można znaleźć w Warszawie. To dobre miejsce dla kogoś, kto chce poćwiczyć ciężko, ale w fajnej atmosferze. Szkoła da mu sporo pożądnego materiału. Zarówno radość fizycznej walki, jak i trening precyzji w kata (czyli ichnich form) oraz dającą poczucie mocy praktykę cięć mokrych, ryżowych mat. Poza tym jest tam taka zdrowa proporcja szacunku dla tradycji i wartości, które powinny być reprezentowane przez dobrego samuraja. Muszę przyznać, że mi się to podoba. Nawet wymyśliłem im hasło reklamowe: „I ty możesz być samurajem Jack’iem”. Mam szczerą nadzieję, że jeszcze kiedyś coś tam razem będziemy robić.

załapałem się na fotkę…

Krzywym okiem KO

ciekawe czy uczą też sztuki sepuku? Załatwiłbym im warsztaty na Wiejskiej…

6 komentarzy do “Niezwykle aktywny Warszawiak z kijem w ręku”

  1. Fajnie. Nawet rozumiem entuzjazm KO, bo ostatnio zasubskrybowałem pewien kanał na YT, gdzie jeden japoński mistrz miecza i jego świetnie gadający po angielsku uczeń pokazują (w sumie, to dobrze uczą) ciekawych rzeczy. Wybieram coś czasem i ćwiczymy sobie z Adasiem na Skrze. Dobrze pasuje do zhanjiana.

    Odpowiedz
  2. Gdyby kogoś interesowały same sparingi, to jest w Wawie taka darmowa inicjatywa Niedzielne Spotkania Sparingowe i tam można sobie przyjść powalczyć na miękkie miecze z doświadczonymi fighterami.

    Odpowiedz
      • Niestety odkąd zamknęli Wioskę Żywej Archeologii musieliśmy zmienić miejscówkę, teraz jesteśmy przy Służewskim Domu Kultury i spotykamy się na polance obok Dzwonu Pokoju od 10:00.

        Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz