Andrzej Kalisz umieścił kiedyś na YT film. To fragment wykładu mistrza Zhaia Weichuana na temat wymogów, których spełnienie jest potrzebne po to, by móc doświadczyć wewnętrznego treningu Tai Chi, a nie tylko machać łapkami. Dobry kawałeczek filmu, na dokładkę z polskimi napisami. Naprawdę bardzo fajnie, że takie materiały się pojawiają, a Andrzejowi chce się dorabiać napisy, bo inaczej byśmy się na to patrzyli i udawali, że ma to dla nas sens.
Zresztą sami zobaczcie:
Miło jest posłuchać mistrza. I jeszcze zobaczyć kawałek jego domu. Bo aż mi się przypomniało, jaki tam był upał, kiedy ćwiczyliśmy w Chinach. I jak się rąbnąłem (nie jeden raz) na tym egzaminie z WuBuBaFa. Bo ten klip jest jak perełka, wywoływacz impresji. Coś jak „Nowa nadzieja” dla świata Star Wars. Zostańmy przy tym, że jest dobry.
Ja w zasadzie nie o tym. Pod filmem pojawił się bowiem komentarz. Pewien użytkownik portalu zauważył, że gdyby mistrz dostał, cytuję: „w ryja, to by się popłakał”. I cóż — nie można mu odmówić racji. Użytkownik kryjący się za nickiem (bo przecież pod własnym nazwiskiem czegoś takiego to by nie napisał) słusznie zauważa, że mistrz Zhai ma taki mało fighterski look. Ma też już swoje lata (ponad osiemdziesiąt) i warunki fizyczne jak na załączonym obrazku. I jest bardzo prawdopodobne, że młody osiłek by mu w końcu wklepał. Lat się oszukać nie da.
Ja zresztą od mistrza nie wymagam, żeby ten po ringu latał. Co to on, Rambo jakiś? Czy inny Rocky Balboa? Nie musi się ostrzykiwać tu i tam, żeby udawać, że nadal może wklepać każdemu wokół. Weteran powalający wszystkich wokół to rzecz, która zdarza się tylko w amerykańskim filmie.
Bo mnie, prawdę mówiąc, nic nie jest wiadomo na temat fighterskich wyczynów mistrza Zhaia. I nawet mnie to niespecjalnie interesuje.
Mnie wystarczy to, co widziałem i poczułem w Chinach. W książce, którą przywiozłem z Guangfu, mimo że jest tam obszerna część historyczna, to nie znalazłem żadnych zdjęć z walk w ciemnych zaułkach. A zaułki te, które widziałem, aż się same proszą o takie historie.
Z drugiej strony, młodość mistrza przypadała na czasy, w których – jak to mówią – „działy się rzeczy”. Z moich rodzinnych legend konstatuję, że w owych czasach umiejętności medytacyjne raczej nie były w cenie. Natomiast umiejętność dawania w ryj – to i owszem. A okazji ku temu raczej nie zbywało. Filozofowaniem też się wtedy wiele nie osiągało.

Średnio statystycznie sądzę, że ilość tak zwanych „akcji”, które mógł mieć człowiek w tamtych czasach, była zdecydowanie większa niż obecnie. Ich intensywności również nie daje się porównać.
Czy to dla mnie ważne? Czy ja jednak chcę się bić? I tu już pojawia się pewien dysonans, bo owszem – chciałbym, żeby to, co ćwiczę, było w jakikolwiek sposób praktyczne.
Bo, jak to powiedział pewien kumaty obserwator czamskich scenek rodzajowych: „Dobrze jest umieć poprawnie komuś w torbę wyjechać”. Czy trening form Tai Chi taką umiejętność wyrobi? Chyba nie. Czy pchające ręce (Tui Shou) mogą to uczynić? Chyba nie – a może jednak? Bo coś w tym jest.
Ja czuję, że forma zawiera setki wzorców ruchu nadających się do zastosowania. Wierzę, że te wszystkie rutyny pchających dłoni uczą poprawnego zastosowania siły (lub jak kto woli – energii). Wierzę, że szabla daje umiejętność trzymania dystansu, uniku i ogólnego poruszania.
Wiem też, że to nie wszystko, bo potrzebna jest jeszcze specyficzna psychika. Bo, żeby uderzyć drugiego człowieka, trzeba mieć to coś w głowie. Choć, jak niektórzy twierdzą, to właśnie nie wolno tam niczego mieć. Na dokładkę sama definicja „tego czegoś” jest skomplikowana. Ale może w końcu się zmuszę i pociągnę ten temat w innym wpisie?
Bo ja w zasadzie to wszystko zacząłem pisać w zupełnie innym celu. Ja chciałbym powiedzieć (temu komentującemu), że sama umiejętność składania literek jeszcze nie daje prawa pisania komentarzy. Trzeba mieć jeszcze coś do powiedzenia.

Ja wiem, że ten, który kryje się pod nickiem @MegakorporacjaPolska, tego nie przeczyta. Nawet jeśli by przeczytał, to pewnie by się nawet nie zawstydził – bo żeby mieć refleksję, to trzeba wykazać się jakąś pracą neuronów.
A jeśli on lub ktoś inny miał jeszcze ochotę bić emerytów, to zapraszam do mnie do parku. Niewiele mi do emerytury zostało (zazdrość was zżera?). Zapewne skończę takie spotkanie na glebie, ale czegóż się nie robi, żeby uszczęśliwić bliźniego swego. Nasza klasa polityczna potrafi, dla naszego dobra, sobie od ust odejmować i w jutowych stringach chodzić (aż mnie zaswędziało), to ja mogę dać sobie twarz obić… dla lepszego samopoczucia elyty narodu.
Czuję się spokojny, bo odwaga takich ludzi najczęściej kończy się na klawiaturze. I tyle, bo to klepanie jest bez sensu. Świata nie zmienię. Mogę se co najwyżej zmienić skarpetki.
1









