Z Wokulskim do Ziemi obiecanej

No któż nie pamięta „Ziemi obiecanej”? Po pierwsze to była lektura i trzeba było przez nią przebrnąć, a po drugie chyba jeden z najlepszych filmów Wajdy z plejadą wspaniałych aktorów i piersiami Kaliny Jędrusik na okrasę. Ja oczywiście nie miałem takiej sposobności jak Olbrychski, który ponoć na okazję kręcenia tej słynnej sceny założył czarną prezerwatywę.

Do Łodzi jechałem stricte towarzysko. Wybraliśmy się z Danusią z wizytą do Alicji i Bogdana, których znamy z różnych tajcerskich imprez, przede wszystkim obozów Radka. Między innymi byli w zeszłym roku na spotkaniu organizowanym przez Akademię.

takie widoki zza szyb pociągu

Z Warszawy do miasta Łodzi obecnie jest blisko. Pociąg jedzie tam nieco ponad godzinę, kursuje często i na dokładkę składa się z nowoczesnych bezprzedziałowych wagonów. Cenowo nieco taniej wychodzi autobus, ale komfort jazdy i czas podróży bez dwóch zdań wskazuje na kolej. Była co prawda szansa, że pomylimy pociągi i zamiast w Łodzi wylądujemy w Radomiu, jak to się przydarzyło naszej znajomej. Na szczęście Danusia jednak jest tak dokładna w sprawdzaniu pociągów, że potrafi porównać numer pociągu z tym wydrukowanym na bilecie i skonsultować różnice z odpowiednimi służbami. Ja bym na to nie wpadł. Mnie wystarczyła zgodność kierunku i godziny odjazdu.

Pociąg, którym jechaliśmy nosił imię Wokulskiego, co znów zauważyła Danusia. Na dokładkę zaobserwowała to w Skierniewicach. Przypomniała sobie, że to właśnie tu Wokulski chciał skończyć życie na torach po tym, jak odkrył prawdziwe oblicze Izabelli Łęckiej. Ja dworzec w Skierniewicach kojarzę raczej z widokiem mijanej parowozowni. Lubię parowozy. Mimo obaw na szczęście nie było przestoju, musieli więc ściągnąć pana Stanisława z torów już zawczasu.

Wokulskiego wolałem z serialu, ale wybór Izabeli może być tylko jeden

Naszym celem był łódzki Widzew. Ostatnia stacja przed Łodzią Fabryczną. Tak, nazwa nie przypadkowa, Widzew to siedziba klubu piłkarskiego, z którym Legia się nie lubi (zresztą szybciej byłoby wymieć, z którym się lubi). Mnie to średnio przeszkadza, bo dla mnie piłka nożna to te dwa razy po czterdzieści pięć minut, w czasie których nie lubimy naszego przeciwnika, a potem to przecież nie ma wielkiego znaczenia. Wiem jednak, że różnie bywa. Na wszelki wypadek przed wyjściem sprawdziłem, czy założyłem neutralną koszulkę, i obiecałem sobie w duchu, że żadnego klubowego piwa próbować nie będę.

Widzew

Sam Widzew, oglądany z dziewiątego piętra mieszkania Alicji i Bogdana, jawi mi się jak blokowisko. Na wprost okna, za drzewami, stoi nowy stadion Widzewa — znalazłem więc idealną miejscówkę dla snajpera. Tu miasto wygląda zupełnie inaczej niż reszta Łodzi. To się zresztą objawia w tagach na ulicach. W okolicach, gdzie mieszka Alicja, jest matecznik Widzewa, dalej w mieście, bliżej Piotrkowskiej, gdzie jeszcze króluje starsza zabudowa, widać tylko znaki ŁKS-u. To wewnętrzna sprawa Łodzi, ja się w to nie mieszam.

na Piotrkowskiej można mieć kontakt z wyższą kulturą. Nie przepadam za zdjęciami na tle Bogdana… W zasadzie to rzadko go zza mnie widać.
Miś Uszatek. Polska odpowiedź na kapitalistycznego Puchatka.

Nasi gospodarze po krótkim poczęstunku wyciągnęli nas na zwiedzanie Piotrkowskiej. Przyjemne miejsce, choć ceny niebotyczne, no i trzeba by było zwiedzać z przewodnikiem. Dużo historii, i tej prawdziwej, i tej filmowej. Widać jednak, że Łódź nie była zniszczona w czasie wojny. Był czas, kiedy rozważano przeniesienie stolicy z Warszawy do Łodzi, ale projekt upadł — na szczęście dla Łodzi. Już widzę te demonstracje blokujące miasto, tam wystarczy dwadzieścia pięć pielęgniarek lub zamiennie dwunastu górników, żeby sparaliżować miasto. Nawet tory tramwajowe mają wąskie (to nie jest zarzut — ja tam lubię stare tramwaje, a różnorodność taboru w Łodzi jest taka, że spodziewałem się za chwilę zobaczyć jakiś żółty portugalski wagon).

Park Poniatowskiego

Następnym punktem był park. Park Poniatowskiego swoim charakterem przypomina Skaryszaka. Stare drzewa, brukowane alejki. Początkowo myślałem, że poćwiczymy sobie krótko tylko z Alicją i Bogdanem, ale przyszło jeszcze kilka osób, które znałem z obozów Radka (w Łodzi bowiem ma siedzibę jego szkoła). Wspólne dla nas są rzeczy związane z przekazem mistrza Yang Jwing Minga i choć już się poważnie różnimy w wykonaniu formy, nadal mamy materiał, który możemy ćwiczyć razem.

końcówka uderzenia pięścią z góry

Problem był tylko w tym, że po pierwsze trawa nadal pyli, a po drugie, jak ten głupi zostawiłem u Alicji czapkę. W efekcie już po zakończeniu wspólnego hasania po trawie miałem pierwsze objawy udaru słonecznego. Pomimo trzydziestostopniowego upału było mi po prostu zimno. Cóż, albo wyhoduję sobie więcej włosów na głowie, albo muszę pamiętać o czapce.

przyzywanie kosmitów

Ostatni punkt wycieczki to Manufaktura. Tak, ja wiem, zwiedzanie galerii handlowej to siara. Mnie jednak naprawdę interesowało to, co oni zrobili ze starymi murami. Fajnie ją zrobili. Dobrze, że zachowali choć trochę budynków z czerwonej cegły i że to miejsce nadal żyje. Mogli poczekać, aż się rozpadnie i wyburzyć, bo smród i zagrożenie budowlane. A tak mury stoją. Nawet jeśli w tych murach jest makdonald i starbaks. Lepsza galeria niż ruiny. Po sklepach nie lataliśmy, zjedliśmy obiad (smaczny) i pojechaliśmy do domu.

Przy okazji wyszperałem w internecie, że istniał kiedyś klub sportowy łódzkiej Manufaktury. Symbol miał nieco podobny do godła wyspy Man. O, taką pieczątkę znaleźć, to by było coś.

Manufaktura

Tak z przy okazji, z głupia frant, postanowiłem spróbować powiększyć swoją kolekcję pieczątek. Na Piotrkowskiej nie znalazłem żadnej informacji turystycznej, ani nigdzie indziej nie nie widziałem miejsca, gdzie takie pieczątki okolicznościowe mogliby posiadać. A przecież moja międzynarodowa kolekcja pieczątek (zawiera bowiem okazy z Tajwanu i z Krakowa) powinna się rozwijać.

Pomimo powątpiewania Danusi i naszych gospodarzy, o pieczątkę zagadnąłem dziewczynkę stojącą w informacyjnej wyspie Manufaktury. I co? I JEST! Przez chwilę przez twarz dziewczęcia przebiegł grymas zdziwienia, a potem usłyszałem: „A tak… Kiedyś coś takiego było. Proszę poczekać.” i zanurkowała w przepastnych szafkach wyspy, narażając tym sposobem świat na niepolityczne widoki (jak by to powiedział pan Zagłoba). Pieczątkę dostałem. Szkoda tylko, że przedstawia jakiś motyw często przewijający się na okolicznych ścianach i podłogach, bez żadnego okolicznościowego napisu. Tym sposobem mam już kolekcję obejmująca aż trzy różne miejscówki!!! Cóż, okazuje się, że w Polsce też można znaleźć ciekawe okazy w bardzo dziwnych miejscach. Czas poszukać czegoś w Warszawie. Bo, o wstydzie wielki, z mojego rodzinnego miasta nie mam żadnej pieczątki.

Jeśli wiecie, gdzie można takie zdobyć, dajcie znać.

Beach soccer w murach łódzkiej Manufaktury. Ja tam wolę na piaseczku oglądać siatkówkę kobiet. Za piłką nożną niech biegają, jak Pan Bóg przykazał, po trawie.

Wracaliśmy wieczorem, tym razem Orzeszkową. „Nad Niemnem”, przyznam się ze wstydem, nie przebrnąłem. Nie mam więc żadnych literackich impresji, ale drogę powrotną spędziliśmy w towarzystwie siwowłosego pana czytającego książkę po hebrajsku.  Cóż, wracaliśmy wszak z Łodzi.

Pozdrawiam wszystkich łódzkich znajomych.

2 myśli na temat “Z Wokulskim do Ziemi obiecanej

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: