Ostatnio ktoś mi zarzucił… „coraz mniej piszesz o Tai Chi”. Może i tak? Bo w zasadzie, co tu pisać? Ćwiczę i tak naprawdę niewiele się zmienia. W moim treningowym życiu nie ma jakichś objawień, błysków wiedzy. Mam nadzieję, że jest to praktyka małych kroczków. Bardziej pełzanie niż skakanie.
Nie piszę też z innych powodów. Jakoś mi się nie chce pisać po raz setny, że byłem na fajnym treningu. Ostatnie trzy tygodnie to był wspaniały miks treningów z Andrzejem Kaliszem (10 metod, Zabawy Pięciu Zwierząt, Tai Chi stylu Wu) przeplatane z treningami Chuo Jiao Fanzi, pod okiem Jiuzhizy (czyli packi, rękawice oraz „może byście więcej Chuo Jiao poćwiczyli?”), do tego bicz biednych ludzi oraz łuk. I co mam o tym pisać? Było fajnie? Było! Trzeba było przyjść i poćwiczyć. Przecież nie będę pisał o tym, że kiedy „Ważka muska wodę”, to ciężar ciała jest na tylnej stopie (no dobra – zakrocznej) lub że łańcuch należy zerwać na początku uderzenia, a nie pod koniec. Może jeszcze coś o aktywizacji mięśni pleców na wysokości odcinka piersiowego kręgosłupa? To dopiero byłyby nudy dla kogoś, kto nie brał udziału w treningu.
Wolumen
Jak ktoś chce poczytać relacje z treningów, to pisałem je już wielokrotnie – było jak zwykle świetnie.
(Tu można trochę znaleźć o trenigach w Akademii Yi Quan i Fundacji Dantian.)
Dziś też nie będzie o Tai Chi… choć może te słów kilka z początku już powinno wystarczyć (mnie wystarcza). Jak sam tytuł wskazuje – będzie o jedzeniu.
O fajnym jedzeniu i dobrym miejscu. Wydawać by się mogło, że taką mekką dla ludzi, którzy lubią zjeść coś więcej niż tylko smakowe tektury z supermarketów, jest słynne Bakalao. Są jednak jeszcze inne miejsca. Może nie tak „czamsko-wietnamskie”, ale w swoim charakterze bardzo podobne.
Mam tu na myśli słynny Wolumen. Kawał placu o różnych obliczach. Bazar działa tu od lat 60-tych zeszłego wieku. Czym tu nie handlowano?! Był tu bazar perski przeniesiony z Mariensztatu, niedzielna giełda elektroniki, owoce i warzywa w tygodniu. Można tu było kupić wszystko. Jak komuś rąbnęli radio z samochodu, to na Wolumenie należało go szukać w pierwszej kolejności.

Tu można było kupić lewe karty telefoniczne i najbardziej wynaturzone filmy porno. Mnie któregoś roku ten bazar uratował tyłek. Otóż mieliśmy w domu piękne lampki na choinkę. Żarówki z rżniętego szkła. Jedną taką żarówkę stłukłem. Oczywiście, w obawie o całość własnego tyłka, nie przyznałem się do tego. Na szczęście na tydzień przed gwiazdką wypatrzyłem taką żaróweczkę u jednego z wolumeńskich handlarzy starzyzną – za grosze. Tyłek uratowany i choinka też! Czułem się jak ten filmowy gość, który ratuje święta.
gruzińskie przysmaki
… do brzegu. Dziś, tak jak przed laty, też się tam wybrałem. Jakiś czas temu wypatrzyłem tam starszą kobietę sprzedającą gruzińskie pierożki. Na stoisku z podrabianą perfumą (obok Poco Rąbane i Opiam), na małym stoliczku leżą sobie pierożki z mięsem oraz z farszem ziemniaczanym (dla wegetatywnych) jest jeszcze chaczapuri z mięsem. A jeśli ktoś ma ochotę zjeść coś od ręki, to zdarzają się płaściutkie pierożki z białym serem. Podjeżdżam tam co jakiś czas, by się zaprowiantować. Taki gruziński pieróg z mięsem jest dobry na obiad z ukraińską sałatką z wodorostów (z imbirem) oraz greckim serem na gorąco. Mieszam różne style Tai Chi, to i żarcie czasami też.
Jeśli ktoś ma ochotę, to zapraszam na Wolumen w sobotę, przed południem. Znajdziecie kobietę bez problemu. Możecie powiedzieć, że o jej wyrobach czytaliście w internecie. Może załatwicie mi jakiś rabat za reklamę?
Zapraszam na krótką relację.






To fajne miejsce, trochę nie na czasie, chyba trochę poza juryzdykcją SANEPIDU. Miejsce, gdzie jeszcze nie czuje się globalnej ręki wielkich koncernów.
1





Dziękuję, że rozważasz wsparcie mojego projektu — to już naprawdę dużo.
Zbieram fundusze na wyjazd treningowy do moich azjatyckich Nauczycieli. To nie jest wycieczka, tylko realna praca — chcę studiować Tai Chi i pchające ręce u źródła, tam gdzie te metody są wciąż żywe i przekazywane bezpośrednio w czystej formie.
Najważniejsze jest jednak to, co dzieje się później.
Zdobyta w ten sposób wiedza nie zostaje „dla mnie”. Wraca razem ze mną — na treningi, warsztaty i spotkania. Dzielę się nią z uczniami, sprawdzamy ją w praktyce, upraszczamy, czasem rozbieramy na części pierwsze. Dzięki temu wszyscy idziemy krok dalej.
Od lat składam tę wiedzę z fragmentów — z treningów, rozmów i własnych doświadczeń. Taki wyjazd to szansa, żeby poukładać to w spójną całość i przekazywać ją dalej w bardziej świadomy sposób. Jeśli zdecydujesz się dorzucić choćby drobną kwotę — naprawdę, nawet symboliczną — pomagasz nie tylko mnie, ale całej grupie osób, które z tej wiedzy będą korzystać.
Dotychczasowe realizacje:
- 2017 – Guangzou – Chiny
- 2018 – Tajwan
- 2019 – Guangfu – Chiny (pierwsze spotkanie z mistrzem Zhai Wei Chuanem)
- 2024 – Guangfu – Chiny
- 2026 – Quzhou – Chiny (przyjęcie w poczet osobistych uczniów mistrza Zhai Wei Chuana)
- 2026 – Miri – Malezja Borneo – (rozpoczęcie nauki u mistrza Anthonego Yapa)
Plany
- 2028 – Chiny i Borneo – (kontynuacja nauki u mistrzów Zhai Wei Chuana i Anthonego Yapa)
Każda wpłata, nawet ta najmniejsza, ma dla mnie niebagatelne znaczenie. I za każdą jestem szczerze wdzięczny.
Dzięki 🙏
Kupiłem sobie jeszcze dwa metry łańcucha oraz fajny organizer na narzędzia WP – będzie na przechowywanie biczy (za pięć złotych polskich).

Gaumardżos – po gruzińsku znaczy dokładnie tyle samo co lechajim.




