Zauważyłem, że ilość wspomnień i ciekawych interakcji pomiędzy pierwszym, a obecnym wyjazdem do Guangfu, wzrosła niesamowicie. Mam teraz dużo więcej do opowiadania. Już nie mogę się doczekać następnej wyprawy, choć obawiam się, że z nadmiaru wrażeń, puszczą mi te… no… bezpieczniki – czy jakoś tam. Tym razem będzie o jednej z niewielu pamiątek, które przytargaliśmy do Polski.
Świat się tak zglobalizował, że nie czuliśmy potrzeby przywożenia kurzołapek. Danusia, co prawda, nadal szlocha po ostatniej porcji ziołowej odżywki do włosów, którą kupiła w Guangfu, wszystko Pozostałe można kupić w internetach. Nie zapychaliśmy bagażu np. nadprogramowymi butelkami z miejscową okowitą. Ja ograniczyłem się do jednej Książki i jednego patyka – a z tym ostatnim było tak… coś tam dla wnuczków przywieźliśmy.
przypadkowe spotkanie
W czasie pierwszego pobytu, przechadzając się po nowo powstałej starówce miasta Guangfu, spotkaliśmy z Danusią dwóch Chińczyków. Niby to nic dziwnego, jest ich tu dużo więc prawdopodobieństwo było wysokie. Dziwne było to, że jeden z nich do nas zagadał. Zwykła gadka szmatka, a skąd jesteście… aaa Holland, nie Holland tylko Poland… you now… Germany, Russia and in the middle – Poland. No… jednym słowem do filozofii to myśmy wtedy nie doszli. Jeden z naszych rozmówców ściskał w dłoni niewielki, może 20 cm patyk. Poprosiłem żeby mi go pokazał (tj. grzecznie mu go zabrałem). Fajny był i tylko zaćmienie umysłu spowodowało, że nie zrobiłem zdjęcia. Patyk gruby na palec pokryty był drewnianymi kulistymi naroślami. Na pierwszy rzut oka przypominały mózg.

Ścisnąłem go kilka razy. Dawał bardzo przyjemne odczucie w dłoniach, takie rozlewające się ciepło. Wrażenia były bardzo podobne do tych, jakie występują po ściskaniu mandżurskich orzechów, a i struktura narośli bardzo je przypominała. Mój rozmówca odebrał mi swoją własność i ścisnął ją ostentacyjnie kilka razy. „Masaż” powiedział i zaczął turlać patyk po przedramieniu, a następnie ostukiwać wnętrze dłoni. Zrozumiałem, że patyk jest po prostu jeszcze jednym przyrządem do uprawiania autoakupresury.
Niestety, nasz zasób słownictwa wyczerpał się dość szybko, więc pożegnaliśmy się i każdy poszedł w swoją stronę. Trochę się rozglądałem za czymś na podobieństwo tego patyka, ale nigdzie nie widziałem podobnych wyrobów.
wonne wzgórza
Pięć lat później, w upale i znoju, wspinaliśmy się z Danusią w stronę parku Xiangshan (czyli Wonne Wzgórza). Piękny park na obrzeżach Pekinu, w zasadzie już w górach. Bajeczne miejsce, historycznie ten leśny teren od 900 lat był miejscem wypoczynku władców Chin. My chcieliśmy obejrzeć panoramę Pekinu ze „Wzgórza Palenia Kadzideł” (nazwa pochodzi od dwóch głazów stojących na szczycie) i odetchnąć od miejskiego powietrza. Niestety, kolejka na szczyt była w remoncie, a wejście po schodach w tej temperaturze przerosło moje możliwości. Może jeszcze będzie mi dane? Podobno na jesieni jest tam najładniej, bo czerwone liście tworzą niesamowitą atmosferę. Jestem w stanie sobie to wyobrazić, widziałem już kilka razy w życiu ładną jesień.
Ale wracajmy do patyka, bo o Wonnych Wzgórzach w necie napisano już dużo. Więc… Idziemy sobie ze stacji kolejki do parku. Droga, jak droga. Tak sobie wyobrażam Gubałówkę (wyobrażam, bo na Zakopane obraziłem się dwadzieścia pięć lat temu), ale pewnie różnica jest taka, że w Pekinie przebywa mniej ludzi niż w stolycy polskich Tatr. Po obu stronach knajpki, sklepy z pamiątkami, warzywniaki. Do kompletu brakowało mi wąsacza z owczarkiem, białego misia i krowiego oscypka. Największą różnicą jest DARMOWA i CZYSTA publiczna toaleta… takiego afrontu żaden baca by nie zdzierżył. Podobieństwa nawet mi specjalnie nie przeszkadzały. Dotarło do mnie, że tak naprawdę, to w Zakopanem nie przeszkadzały mi sklepy, tylko tłumy… Może ja jestem introwertykiem?
sklep z drewnem
Wracajmy jednak do meritum. Wychodzimy zza zakrętu, na ostatnią prostą wiodącą do bramy wejściowej. I tu, w drugim sklepiku po prawej, mignęły mi dziwne kawałki gałęzi. Kilku sekund potrzebowałem, żeby skojarzyć wspomnienia. Aż się cofnąłem. TAK! To właśnie to. CAŁY sklep poświęcony fantazyjnie poskręcanym i porośniętym kawałkom drewna. Poza krótkimi „pałkami” były tam pełnowymiarowe „kije podróżne” takie ok. 150 centymetrowe laski dla prawdziwego wędrowca. Oczywiście nie mogłem sobie darować. Wymierzyłem tak około 35 cm. Akurat długości przedramienia. Będzie się nadawał do Qi Gongu, do opukiwania i w razie czego zmieści się w rękawie. Nawet się nie targowałem. Spełnianie marzeń jest bezcenne. Zresztą, pięćdziesiąt złoty za tak ładny przedmiot, to wcale nie jest zaporowa cena.
Miałem ochotę na coś dłuższego, choć teraz myślę, że to raczej bez sensu, bo do czego używać takiego drąga? Kija się z tym nie poćwiczy, bo ten musiałby być gładki, w gablocie z podróżnymi trofeami się nie zmieści… tylko by się kurzył za szafą. Poza tym, dobrze że wziąłem taki krótki, bo przecież raczej nie przeszedłbym z nim przez kontrolę bezpieczeństwa na lotnisku. A tak, Marek, dzięki swojej uprzejmości, przemycił mi go w swoim bagażu. Czy 50 PLN to dużo? Po pierwsze trzeba znaleźć ładny kawałek drewna, wysuszyć, obrobić, zakonserwować, wygotować, znów wysuszyć… sporo roboty, a towar średnio chodliwy i raczej nie da się tego produkować na większą skalę.
obcy na gałęzi
Ciekaw byłem czym są te narośla na drewnie? Po konsultacji z kumplem Młodego, zawodowym ogrodnikiem, dowiedziałem się o takiej chorobie drzew owocowych – zrakowacenie drewna. Choroba jest wywoływana przez bakterie lub grzyby (nie przenosi się na ludzi, ale dla drewna jest wyjątkowo zjadliwa). Leczy się ją odcinając chorą gałąź i paląc ją wraz z kombinezonem, rękawicami i ogrodnikiem. Chyba się zagalopowałem… ogrodnika zostawia się w spokoju. Zrakowacenia są niepożądane i traktowane jako wada drewna. Trochę szkoda, bo ładne rzeczy z tego wychodzą.


Mój kawałek był lekko przeszlifowany, i wygotowany w oleju, dzięki temu narośla są przyjemnie chropowate w dotyku, ale bez ostrych krawędzi, a reszta drewna gładka jak skóra na… tych, no sami wiecie gdzie.
Kijek, oprócz wspomnianej już książki, był moją jedyną pamiątką z podróży. Bardzo cenną, bo i ładną, i użytkową. Nie każdy docenił ją od razu. Śmieszne było to, że wysłałem Jiuzhizi zdjęcie mojego trofeum, a on myślał że to nieobgryziona kość. Zdziwił się kiedy mu to pokazałem na żywo.

Jeśli znajdziecie kiedyś taki kawałek drewna, zachowajcie go sobie. Trochę pracy i wyjdzie z tego ładny przedmiot, nada się do treningu, a nawet jeśli nie, to przecież takie małe, unikalne dzieło sztuki natury.
1










