Strefa komfortu

Dalej w naszej lidze palmę pierwszeństwa dzierży Korona Kielce, choć już chyba powoli przywykamy. Liczby, tak dzielnie publikowane przez portale preferujące zysk z reklam ponad rzetelność, już nie robią na nas takiego wrażenia. Dziś nawet naczelna pleciuga polskiego netu nie podała dobowych notowań. Ciekawe, co będą publikować dalej – choć może nie powinno mnie to interesować? Lepiej nie wiedzieć. Zawsze, jeśli wyobrażę sobie jakiś kataklizm, rzeczywistość potrafi dorzucić do niego swoje pięć groszy.

Ja staram się funkcjonować tak jak reszta. “Elyty narodu” pozwoliły nam hasać po trawie, więc nie muszę już się przemykać wieczorami, żeby poćwiczyć. Przecież jeszcze niedawno każda chwila wyjścia na zewnątrz była niemalże święta. Puste ulice miasta trochę przypominały czasy, kiedy drużyna Startu Wojnowice 81 panowała niepodzielnie w naszej lidze. Kiedy odwołali poranne mecze szliśmy z moim ojcem przez całe miasto sprawdzić, co się dzieje na Yelonkach. W tę grudniową niedzielę (bo to był niedzielny mecz) szliśmy przez miasto opanowane przez zawodników Startu stojących wokół koksowników. Nie było śmiesznie, choć dziś wspominam to trochę z rozrzewnieniem. Wtedy przynajmniej było wiadomo kto jest kto, jaki szalik nosi. Teraz swój czy obcy — ciężko po samych barwach zrozumieć.

Ale do brzegu. Ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Róbmy coś, by nie zwariować.

Jako ćwiczący styl Hao dostałem do dyspozycji filmy, zawierające dokładne opisy każdej sekwencji krótkiej formy. Mogę je oglądać po kilka razy, zatrzymywać i cofać. Mnie trzeba w kółko powtarzać – za pierwszym razem nie przyswajam. Zauważam multum szczegółów, których, z bliżej mi nieznanych powodów, do tej pory nie widziałem. Albo widziałem i zapomniałem? Myślę, że to dlatego, że postać Andrzeja na ekranie ma najwyżej 25 centymetrów. Łatwiej mi jest skupić się na całej sylwetce i wyłapywać różnice pomiędzy tym, co on robi a tym, co mi się wydaje, że powinien.

Ostatnio nawet zdarza mi się nie oglądać ich, a po prostu słuchać. Słyszę głos i w głowie widzę obraz, muszę tylko pamiętać, żeby co jakiś czas odświeżać sobie to, co widziałem.

Przy okazji złapałem się na tym, że te nowości przeszkadzają mi ćwiczyć. Owszem cieszę się, że to wszystko robi się coraz bardziej spójne. Ale… każdy nowy szczegół na dłuższą chwilę zaprząta mi umysł. Zamiast czuć, doświadczać myślę o tym, żeby za chwilę, zamiast obrócić ręce na linii centralnej, wciągnąć je nieco w prawo. A w chwilę później tracę sekundę, dwie na rozpatrywanie czy dobrze to zrobiłem, czy można było lepiej? Albo po prostu się wściekam, że o czymś zapomniałem.

W Guangfu było tak dużo poprawek i uściśleń, że ćwicząc co chwila o czymś zapominałem, albo nie robiłem tak jak bym chciał. Kończyło się tym, że każdą taką sytuację kwitowałem cichym syknięciem, cmoknięciem lub zwykłym “nie” (to i tak postęp, bo kiedyś potrafiłem w takiej sytuacji kląć). Doszło do tego, że młody mistrz Zhai zwrócił mi na to uwagę i powiedział, że nie trzeba, nie muszę kręcić głową, bo nie jest tak źle – żebym bardziej wierzył w to co robię. No, z tym ostatnim przegiął, może chciał być miły, ale i tak to chyba była jedna z ważniejszych poprawek na tym całym wyjeździe. Staram się nad tym panować i widzę teraz jak bardzo mi przeszkadzało to reagowanie na własne błędy.

Strefa komfortu – Milena Chmielewska – obraz olejny

Nie lubimy poprawek (nawet Ci, którzy mówią, że je lubią), bo wprowadzają bałagan do formy, który potem trzeba posprzątać. Ja lubię sprzątać, oczywiście w technikach – dodam szybko, bo Danusia przeczyta i do końca życia będę ze szmatą biegał. Lubię sobie techniki na nowo ustawiać. Ale przez jakiś czas zawsze jest to dyskomfort.

Kiedyś miałem problem z “Graniem na harfie” tym według mistrza Yanga. Próbowałem sobie to jakoś poukładać, ale za nic nie chciało mi grać (na tej harfie). Najgorzej, że ćwicząc formę z Fa Jin już w połowie “Omiatania kolana” myślałem o tym, co będzie za chwilę i analizowałem błędy jeszcze w następnej sekwencji. W rezultacie robiłem błędy przed i po sekwencji “Grania na harfie”. Któregoś dnia na egzaminie udało mi się harfę zrobić w miarę poprawnie. Tak się z tego powodu ucieszyłem, że zanim wróciłem umysłem do “tu i teraz” – nie bardzo wiedziałem co robię. Aż się zatrzymałem i powiedziałem Robertowi, że spróbuję ten egzamin zdać za następne trzy miesiące. Podobno nikt z zewnątrz nic nie zauważył – ja czułem bałagan jak stąd do lotniska w Radomiu.

Poprawki zmuszają nas do wyjścia z własnej strefy komfortu, a tego nie lubimy. Pamiętam instruktora, który po wyjściu z zajęć mistrza Yanga powiedział, że on nie przyjmuje dzisiejszych zmian do wiadomości. Wtedy mnie to zniesmaczyło – dziś bawi. A on po prostu nie chciał znów budować swojej praktyki od nowa. Opowiadali mi o instruktorce, która po spotkaniu z mistrzem Chen Xiao Wangiem zastanawiała się – jak ona spojrzy w oczy swoim uczniom i jak im powie, że tak naprawdę to się ćwiczy inaczej? Ona bała się stracić twarz i pewnie zarobek z treningów. Wiele osób tak bardzo przywiązuje się do swojego poziomu, nierzadko wysokiego, że boją się go stracić i przestają się rozwijać. A przecież to jest tak jak z jazdą samochodem. Czasami, żeby przyspieszyć trzeba najpierw wrzucić niższy bieg.

Tak, niełatwo jest wyjść z własnej strefy komfortu, mimo że poza nią jest druga – pewnie lepsza. Że zacytuję klasyka: “Bo my jesteśmy umysły ścisłe. Lubimy tylko takie Tai Chi, jakie już kiedyś ćwiczyliśmy. To przez reminiscencje… Bo jak nam się ma podobać Tai Chi, które widzę pierwszy raz na oczy?”.

inżynier Mamoń (ten z fajkiem)

Czy mistrzowie również wychodzą ze swojej strefy komfortu?

Krzysztof Operacz

KO

Autor niniejszego bloga

2 thoughts on “Strefa komfortu

  • 16/05/2020 o 21:27
    Permalink

    Przeżyłem cos takiego, jak na treningu Tai Chi odbębniałem sobie forme, mój Trener do mnie podszedł, zmienił ustawienie bioder i już wiedziałem, że uczę sie formy “od nowa” – po jakiś 6 latach treningu. Straciłem to wrażenie, które miałem. I duzo czasu mi zajęło odzyskanie tej pewności w ruchach.
    Z perspektywy czasu widze, że tez rozpoczęcie ćwiczenia w parach powoduje, że duzo osób ma problem w treningu Tai Chi – tworzysz sobie w głowie idealny obraz technik, zastosowań. A tutaj kicha, pojawia sie siła z zewnątrz i to co się wydawało “ogarnięte” trzeba modyfikować na nowo. Widziałem bardzo duzo osób, wierzących że już tak duzo potrafią, a przy praktycznej próbie weryfikacji wysiadają.
    Sugeruję osobom ćwiczącym Tai chi kontakt z yiquanowcami i delikatne tui shou. To bardzo dużo może dodac w treningu Tai Chi 😉 I zdecydowanie wypchnąć ze strefy komfortu – w moim prywatnym przypadku prawie wyleciałem przez okno w MDK Chorzów Batory 😉

    Odpowiedz

A co Ty myślisz na ten temat? Dodaj komentarz

%d bloggers like this: